Ile wart jest HONOR czyli rachunek PO AMERYKAŃSKU
Historia, z którą miałem okazję się zapoznać, z wielu powodów zasługuje na przybliżenie mieszkańcom gminy. Zawiera ona w sobie naukę życiową oraz pokazuje drastyczne pogwałcenie podstawowych wartości, na jakich powinien opierać się każdy związek dwóch osób połączonych węzłem małżeńskim w obliczu Boga. Owocem czego były dzieci. Mnie w tej historii przeraziło najbardziej, że ponad tym wszystkim postawiono wartość materialną. W imię posiadania, zwykłego chciejstwa, niczym stały się miłość, poszanowanie, morale i w ostateczności honor. Trudne do przyswojenia, mrozi krew w żyłach, a jednak miało miejsce, wydarzyło się i stało się faktem.
Miejscem zdarzenia jest wszystkim znana wieś leżąca nieopodal stolicy gminy. Jest 1979 rok. Wiosna w całym swym naturalnym rozkwicie. Dwie dorosłe osoby, a więc odpowiedzialne, zawierają związek małżeński. Ona i On mówią sobie sakramentalne „Tak”. Teraz i do śmierci. Stają w obliczu przyszłości, startują w kolejny etap życia. Prowadzą wspólnie gospodarstwo rolne. Mają zapewniony byt i opierunek. Rodzą się dzieci – jedno, drugie, trzecie, czwarte. Obowiązków przybywa, piętrzą się w tak licznej rodzinie.
Mija kilka lat. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Jest dokładnie 1986 rok, za niespełna dwa tygodnie doniosła chwila dzielenia się opłatkiem. On podejmuje decyzję – porzuca rodzinę i wyrusza za ocean, do stanów zjednoczonych ameryki. Ona zostaje na gospodarstwie z czwórką małych dzieci. Kiedy On wyrusza, najstarsze z nich ma lat sześć, najmłodsze roczek. Ona staje przed poważnym wyzwaniem – zostaje sama. Z dziećmi, gospodarstwem i trudami dnia codziennego. Sytuacja zmusza ją do bycia odważną. Podejmuje trudną walkę, której finału nikt nie jest w stanie przewidzieć. On ląduje za oceanem w pojedynkę, wyzwolony z trosk i obowiązków rodzinnych. Kolejne lata świadczą, że poczuł się wolny. Nie interesuje się piątką, która została sama z sobą, bez męskiej ręki mogącej zapewnić im godny byt i serce. Dzieci nie mogły na co dzień mówić tata, jak ich rówieśnicy. On swoje ojcostwo wywiózł na inny kontynent, pozbawił dzieci i żonę bezpieczeństwa oraz należnego szacunku środowiska. On zniknął – nie interesował się rodziną, ich sytuacja materialna stała się jemu obca, więź duchowa i rodzinna uleciała, pozostawione gospodarstwo nie miało znaczenia.
On zaczął urządzać się za oceanem. Ona zakasała rękawy. Stanęła wyprostowana, z podniesionym czołem. Miała obowiązki, została przecież z czwórką małych dzieci. W celu zaspokojenia potrzeb dzieci i swoich podjęła się gospodarzenia. Na ile była w stanie, ogarniała problemy, utrzymywała dzieci, troszczyła się o pozostawiony majątek. Jak każdy człowiek w tej sytuacji, zrozumiała, że z racji porzucenia przez małżonka stała się wraz z dziećmi posiadaczem tegoż gospodarstwa oraz należącej do niego ziemi. Władała majątkiem jak właściciel, zarządzała nim tak, aby ziemia była utrzymana w należytej kulturze, wnosiła terminowo ustawowe podatki. Ziemia do dzisiaj jest uprawiana przez członków jej rodziny.
Kluczowym dowodem na to, że On miał wszystko „gdzieś”, czyli żonę, dzieci i gospodarstwo rolne była decyzja podjęta w dwanaście lat od chwili wyjazdu. On, bez wiedzy i zgody prawowitej małżonki, wystąpił z wnioskiem o rozwód. Ona nie miała nic do gadania. Rozwodu dokonała instytucja za oceanem, a sąd polski w kilka miesięcy później go usankcjonował. Teraz dzieci już nie miały ojca nawet na papierze.
I nagle gruchnęło we wsi. Jak grom z nieba. Blisko trzydzieści lat od chwili, kiedy On porzucił rodzinę i gospodarstwo pojawiły się kłopoty. On się nagle zjawił po trzech dekadach i bezczelnie zawiadomił, że ma zamiar sprzedać ziemię, bo wciąż jest jej właścicielem. Szybko nawet znaleźli się chętni na jej zakup, jakby obce im były zawirowania mające miejsce w tej rodzinie. Widać honor nie miał żadnego znaczenia. Mieć jest dla niektórych najważniejsze. Coś jednak poszło nie tak, bowiem On ziemię wydzierżawił i ponoć poczynił starania o rentę z tego tytułu. Kupcy jednak czyhają, a On ponoć podejmuje kolejne starania.
Ona wraz z jedną z córek tylko chwilowo były zszokowane zaistniałą sytuacją, są zahartowane przeszłością. Bardzo szybko ochłonęły i podjęły jedynie słuszną decyzję. Skierowały sprawę na drogę sądową. Doszły do wniosku, bardzo słusznie, że przez wystarczająco długi okres samodzielnie wykonywały uprawnienia właścicielskie i ziemia w drodze zasiedzenia w dobrej wierze od ładnych paru lat należy do nich. Teraz sprawa leży w rękach sądu, a wszczęte postępowanie zapewne zablokuje zapędy „rencisty” zza oceanu, który nagle przypomniał sobie o ziemi. I widać w powyższym, że tylko o ziemi, bowiem w jego obecnym działaniu nie widać, by przypomniał sobie kogo w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku pozostawił w kraju na pastwę losu.
Miejscem zdarzenia jest wszystkim znana wieś leżąca nieopodal stolicy gminy. Jest 1979 rok. Wiosna w całym swym naturalnym rozkwicie. Dwie dorosłe osoby, a więc odpowiedzialne, zawierają związek małżeński. Ona i On mówią sobie sakramentalne „Tak”. Teraz i do śmierci. Stają w obliczu przyszłości, startują w kolejny etap życia. Prowadzą wspólnie gospodarstwo rolne. Mają zapewniony byt i opierunek. Rodzą się dzieci – jedno, drugie, trzecie, czwarte. Obowiązków przybywa, piętrzą się w tak licznej rodzinie.
Mija kilka lat. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Jest dokładnie 1986 rok, za niespełna dwa tygodnie doniosła chwila dzielenia się opłatkiem. On podejmuje decyzję – porzuca rodzinę i wyrusza za ocean, do stanów zjednoczonych ameryki. Ona zostaje na gospodarstwie z czwórką małych dzieci. Kiedy On wyrusza, najstarsze z nich ma lat sześć, najmłodsze roczek. Ona staje przed poważnym wyzwaniem – zostaje sama. Z dziećmi, gospodarstwem i trudami dnia codziennego. Sytuacja zmusza ją do bycia odważną. Podejmuje trudną walkę, której finału nikt nie jest w stanie przewidzieć. On ląduje za oceanem w pojedynkę, wyzwolony z trosk i obowiązków rodzinnych. Kolejne lata świadczą, że poczuł się wolny. Nie interesuje się piątką, która została sama z sobą, bez męskiej ręki mogącej zapewnić im godny byt i serce. Dzieci nie mogły na co dzień mówić tata, jak ich rówieśnicy. On swoje ojcostwo wywiózł na inny kontynent, pozbawił dzieci i żonę bezpieczeństwa oraz należnego szacunku środowiska. On zniknął – nie interesował się rodziną, ich sytuacja materialna stała się jemu obca, więź duchowa i rodzinna uleciała, pozostawione gospodarstwo nie miało znaczenia.
On zaczął urządzać się za oceanem. Ona zakasała rękawy. Stanęła wyprostowana, z podniesionym czołem. Miała obowiązki, została przecież z czwórką małych dzieci. W celu zaspokojenia potrzeb dzieci i swoich podjęła się gospodarzenia. Na ile była w stanie, ogarniała problemy, utrzymywała dzieci, troszczyła się o pozostawiony majątek. Jak każdy człowiek w tej sytuacji, zrozumiała, że z racji porzucenia przez małżonka stała się wraz z dziećmi posiadaczem tegoż gospodarstwa oraz należącej do niego ziemi. Władała majątkiem jak właściciel, zarządzała nim tak, aby ziemia była utrzymana w należytej kulturze, wnosiła terminowo ustawowe podatki. Ziemia do dzisiaj jest uprawiana przez członków jej rodziny.
Kluczowym dowodem na to, że On miał wszystko „gdzieś”, czyli żonę, dzieci i gospodarstwo rolne była decyzja podjęta w dwanaście lat od chwili wyjazdu. On, bez wiedzy i zgody prawowitej małżonki, wystąpił z wnioskiem o rozwód. Ona nie miała nic do gadania. Rozwodu dokonała instytucja za oceanem, a sąd polski w kilka miesięcy później go usankcjonował. Teraz dzieci już nie miały ojca nawet na papierze.
I nagle gruchnęło we wsi. Jak grom z nieba. Blisko trzydzieści lat od chwili, kiedy On porzucił rodzinę i gospodarstwo pojawiły się kłopoty. On się nagle zjawił po trzech dekadach i bezczelnie zawiadomił, że ma zamiar sprzedać ziemię, bo wciąż jest jej właścicielem. Szybko nawet znaleźli się chętni na jej zakup, jakby obce im były zawirowania mające miejsce w tej rodzinie. Widać honor nie miał żadnego znaczenia. Mieć jest dla niektórych najważniejsze. Coś jednak poszło nie tak, bowiem On ziemię wydzierżawił i ponoć poczynił starania o rentę z tego tytułu. Kupcy jednak czyhają, a On ponoć podejmuje kolejne starania.
Ona wraz z jedną z córek tylko chwilowo były zszokowane zaistniałą sytuacją, są zahartowane przeszłością. Bardzo szybko ochłonęły i podjęły jedynie słuszną decyzję. Skierowały sprawę na drogę sądową. Doszły do wniosku, bardzo słusznie, że przez wystarczająco długi okres samodzielnie wykonywały uprawnienia właścicielskie i ziemia w drodze zasiedzenia w dobrej wierze od ładnych paru lat należy do nich. Teraz sprawa leży w rękach sądu, a wszczęte postępowanie zapewne zablokuje zapędy „rencisty” zza oceanu, który nagle przypomniał sobie o ziemi. I widać w powyższym, że tylko o ziemi, bowiem w jego obecnym działaniu nie widać, by przypomniał sobie kogo w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku pozostawił w kraju na pastwę losu.

Zbyniu wiesz,że ... nie brakuje
OdpowiedzUsuńkastrować :wink:
OdpowiedzUsuńRęce opadają jak się czyta takie historie. Wychowała 4 dzieci i na koniec została z niczym. Za to podróżnik będzie miał rentę. Ale jaja, ten kraj jest chory :grin: :grin: :grin:
OdpowiedzUsuńBardzo odważnie pan pisze nie znając szczegółów swojego opowiadania. Chyba, że ma pan dobrego prawnika.
OdpowiedzUsuń