Refleksje
Władza twoja niczym jest,
jeśli ktoś drugi nie wie, że ty to wiesz...
Nie da rady... itd. itp.
Wraz z nadchodzącą chwilą zmiany władzy w gminie, narastają nagle sztuczne i autentyczne problemy. Napływ informacji w kwestii końcowych różnych nadań każe mi wysłać czytelny komunikat, że nie mam i nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Bardzo czytelnie na tym blogu podobne postawy silnie krytykowałem w połowie stycznia tego roku. Na bieg zdarzeń nie miałem zresztą wpływu już od wielu miesięcy, co urodziło miernych plenipotentów, wątpliwe autorytety i w konsekwencji opłakane skutki w różnych obszarach, o czym z czasem będzie okazja szerzej publicznie popolemizować.
Nadtytuł z A. Kamińskiego, to słowa znamienne. Jednak, aby ktoś drugi dowiedział się o tym, należy to pokazać, i nie przez świstanie indeksem marnej uczelni, czy archaicznym dyplomem, czy długim stażem pracy, ale przez czyny. Z tym w naszej gminie słabiutko, oj słabiutko! Nie ma koedukacji, gdyż pieniądz zarósł nie tylko oczy, ale i rozumy.
Przykłady niekompetencji, nieudolności, kompromitowania stanowisk można mnożyć. I dobrze o tym wiedzą przemijający kierownicy, niektórzy radni i masa zniewolonych urzędników, od których w dużej mierze zależy los tej gminy.
Dlaczego temat jest aż tak ważny? Z obserwacji wynika, że problem, poza oczywistą kolizją między wiedzą, umiejętnością a realizacją zadań w konkretnej działalności, dotyka także sfery etyczno - moralnej, dając wyraźny odwód ogromu skali świadomego kalania norm i wartości, powodując w szerokim znaczeniu lokalny regres kulturowy, w rezultacie sprzyjając tworzeniu się patologii społecznej. Tym samym przekazuje się wyraźny komunikat np. młodemu pokoleniu wyrastającemu w Śniadowie, Szczepankowie i innych sołectwach naszej gminy, że nic dobrego ich tutaj nie czeka. I może jest to komunikat prawidłowy? Może za radą jednego z wójtów młodzi powinni wyjeżdżać z tej gminy, nie mając w zapleczu koneksji rodzinnych i urzędniczych zasiedziałości oraz przysłowiowych pleców tu i tam. W końcu wójt to wójt – wie co mówi! Pewnie niejeden z nich zrobiłby dużo dla młodych ludzi, często wykształconych, trzeźwo patrzących i mających chęć do pracy. Ale cóż – nic zrobić się nie da. Najlepiej wyjechać, spożytkować swoje siły w Warszawie, Białymstoku, Łomży, a tutaj nie trzeba. Skądinąd wiadomo, że „świeża krew” niesie ze sobą zmiany, rewolucje, przewrót w utartych schematach i mechanizmach. Obala stare sposoby działania, myślenia, chce je dostosować do realiów.
A na co to komu? A kto to widział, żeby podważać autorytet zasiedziałego pracownika? Toż on wszystko wie najlepiej – wie, bo tak wypada i ma przyzwolenie tych, którzy z różnych powodów rezygnują z tego prawa, a niekiedy nawet obowiązku. Nowy pracownik jest postrzegany jako uczeń, musi przyjąć zasady obowiązujące w nowym miejscu pracy. Metody pracy często biegunowo odległe od merytorycznych i metodologicznych założeń. Przyjmuje się nową, bezwartościową wiedzę służącą jedynie dla ochrony własnej pracy, zatrudnienia. Pojawia się zanik autonomii, zdolności do kierowania się wiedzą przełamywania stereotypów i ustalonych zasad współżycia społecznego.
W efekcie rodzi brak reakcji na piętrzące się problemy. Zresztą, po co starać się rozwiązywać problemy rodzące się same. Lepiej stworzyć sobie problemy łatwiejsze w rozwiązaniu, przy tym podobnych rozmiarów.
Niekompetencja bywa często wynikiem strachu i skutecznego udawania, iż się nie wie niczego (nie myli się ten kto nic nie robi), często ze zwykłej głupoty i niedokształcenia, a czasami wyuczonej lub wrodzonej amnezji. Czasami zaś z bliżej nie zweryfikowanych poglądów filozoficznych. Przyczyną niekompetencji (mimowolnej?) jest sztuka doprowadzenia do tego, że metody w dążeniu do celu stają się same w sobie celami.
Wskaźnikiem kompetencji jest stopień świadomości swojej autonomii, poczucie własnej siły, często bogate w doświadczenia życiowe, poczucie i zrozumienie swojej roli w życiu, w społeczeństwie.
Nasuwa się refleksja, że władze gminy, które - wydawać by się mogło - powinny być najbliżej ludzkich spraw, są jakby najdalej. A przecież w gminie pracują ludzie, od których oczekuje się, i którzy podjęli się tego zadania. Biorą za to pieniądze, żeby „było można”.
I aspekt ważny. Niczym jest wiedza zdobywana normalnym edukacyjnym tokiem w odniesieniu do potrzeb społecznych, jeżeli w trakcie jej zdobywania, ani przed, ani po nie towarzyszy jej zwykła humanitarna refleksja: kim jestem, co robię, po co żyję!
Problem nie zasygnalizowany nigdy nie zaistnieje. Potrzeba, która nie odnosi się do twojej osoby, nigdy nie zainspiruje optymalnego działania. Przecież nie chodzi o to, żeby żyć jak wieprz: choć krótko, ale dobrze.
Po niedzieli, dokładnie we wtorek, na urząd wchodzi nowa, wykształcona i młoda władza. Czy spróbuje i ewentualnie na ile sobie poradzi z naleciałością tych problemów? Zapewne dzisiaj nikt nie zna odpowiedzi na to fundamentalne pytanie. Ale coś mi się zdaje, że edukacja w tym zakresie jest większym priorytetem niż niejedna inwestycja w terenie. Bo żeby zmieniać (zapowiadane!) oblicze, trzeba mieć merytoryczny oraz etycznie i moralnie wyedukowany warsztat.
jeśli ktoś drugi nie wie, że ty to wiesz...
Nie da rady... itd. itp.
Wraz z nadchodzącą chwilą zmiany władzy w gminie, narastają nagle sztuczne i autentyczne problemy. Napływ informacji w kwestii końcowych różnych nadań każe mi wysłać czytelny komunikat, że nie mam i nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Bardzo czytelnie na tym blogu podobne postawy silnie krytykowałem w połowie stycznia tego roku. Na bieg zdarzeń nie miałem zresztą wpływu już od wielu miesięcy, co urodziło miernych plenipotentów, wątpliwe autorytety i w konsekwencji opłakane skutki w różnych obszarach, o czym z czasem będzie okazja szerzej publicznie popolemizować.
Nadtytuł z A. Kamińskiego, to słowa znamienne. Jednak, aby ktoś drugi dowiedział się o tym, należy to pokazać, i nie przez świstanie indeksem marnej uczelni, czy archaicznym dyplomem, czy długim stażem pracy, ale przez czyny. Z tym w naszej gminie słabiutko, oj słabiutko! Nie ma koedukacji, gdyż pieniądz zarósł nie tylko oczy, ale i rozumy.
Przykłady niekompetencji, nieudolności, kompromitowania stanowisk można mnożyć. I dobrze o tym wiedzą przemijający kierownicy, niektórzy radni i masa zniewolonych urzędników, od których w dużej mierze zależy los tej gminy.
Dlaczego temat jest aż tak ważny? Z obserwacji wynika, że problem, poza oczywistą kolizją między wiedzą, umiejętnością a realizacją zadań w konkretnej działalności, dotyka także sfery etyczno - moralnej, dając wyraźny odwód ogromu skali świadomego kalania norm i wartości, powodując w szerokim znaczeniu lokalny regres kulturowy, w rezultacie sprzyjając tworzeniu się patologii społecznej. Tym samym przekazuje się wyraźny komunikat np. młodemu pokoleniu wyrastającemu w Śniadowie, Szczepankowie i innych sołectwach naszej gminy, że nic dobrego ich tutaj nie czeka. I może jest to komunikat prawidłowy? Może za radą jednego z wójtów młodzi powinni wyjeżdżać z tej gminy, nie mając w zapleczu koneksji rodzinnych i urzędniczych zasiedziałości oraz przysłowiowych pleców tu i tam. W końcu wójt to wójt – wie co mówi! Pewnie niejeden z nich zrobiłby dużo dla młodych ludzi, często wykształconych, trzeźwo patrzących i mających chęć do pracy. Ale cóż – nic zrobić się nie da. Najlepiej wyjechać, spożytkować swoje siły w Warszawie, Białymstoku, Łomży, a tutaj nie trzeba. Skądinąd wiadomo, że „świeża krew” niesie ze sobą zmiany, rewolucje, przewrót w utartych schematach i mechanizmach. Obala stare sposoby działania, myślenia, chce je dostosować do realiów.
A na co to komu? A kto to widział, żeby podważać autorytet zasiedziałego pracownika? Toż on wszystko wie najlepiej – wie, bo tak wypada i ma przyzwolenie tych, którzy z różnych powodów rezygnują z tego prawa, a niekiedy nawet obowiązku. Nowy pracownik jest postrzegany jako uczeń, musi przyjąć zasady obowiązujące w nowym miejscu pracy. Metody pracy często biegunowo odległe od merytorycznych i metodologicznych założeń. Przyjmuje się nową, bezwartościową wiedzę służącą jedynie dla ochrony własnej pracy, zatrudnienia. Pojawia się zanik autonomii, zdolności do kierowania się wiedzą przełamywania stereotypów i ustalonych zasad współżycia społecznego.
W efekcie rodzi brak reakcji na piętrzące się problemy. Zresztą, po co starać się rozwiązywać problemy rodzące się same. Lepiej stworzyć sobie problemy łatwiejsze w rozwiązaniu, przy tym podobnych rozmiarów.
Niekompetencja bywa często wynikiem strachu i skutecznego udawania, iż się nie wie niczego (nie myli się ten kto nic nie robi), często ze zwykłej głupoty i niedokształcenia, a czasami wyuczonej lub wrodzonej amnezji. Czasami zaś z bliżej nie zweryfikowanych poglądów filozoficznych. Przyczyną niekompetencji (mimowolnej?) jest sztuka doprowadzenia do tego, że metody w dążeniu do celu stają się same w sobie celami.
Wskaźnikiem kompetencji jest stopień świadomości swojej autonomii, poczucie własnej siły, często bogate w doświadczenia życiowe, poczucie i zrozumienie swojej roli w życiu, w społeczeństwie.
Nasuwa się refleksja, że władze gminy, które - wydawać by się mogło - powinny być najbliżej ludzkich spraw, są jakby najdalej. A przecież w gminie pracują ludzie, od których oczekuje się, i którzy podjęli się tego zadania. Biorą za to pieniądze, żeby „było można”.
I aspekt ważny. Niczym jest wiedza zdobywana normalnym edukacyjnym tokiem w odniesieniu do potrzeb społecznych, jeżeli w trakcie jej zdobywania, ani przed, ani po nie towarzyszy jej zwykła humanitarna refleksja: kim jestem, co robię, po co żyję!
Problem nie zasygnalizowany nigdy nie zaistnieje. Potrzeba, która nie odnosi się do twojej osoby, nigdy nie zainspiruje optymalnego działania. Przecież nie chodzi o to, żeby żyć jak wieprz: choć krótko, ale dobrze.
Po niedzieli, dokładnie we wtorek, na urząd wchodzi nowa, wykształcona i młoda władza. Czy spróbuje i ewentualnie na ile sobie poradzi z naleciałością tych problemów? Zapewne dzisiaj nikt nie zna odpowiedzi na to fundamentalne pytanie. Ale coś mi się zdaje, że edukacja w tym zakresie jest większym priorytetem niż niejedna inwestycja w terenie. Bo żeby zmieniać (zapowiadane!) oblicze, trzeba mieć merytoryczny oraz etycznie i moralnie wyedukowany warsztat.
Komentarze
Prześlij komentarz