Fakty i opinie

RZEKA –3

Magdalena Gadomska: Miło mi, że jestem tą osobą, która została wybrana do ostatniej części rozmowy z panem w formule wywiadu – rzeki. Cieszę się i z tego powodu, że według zawartej między nami umowy rozmowa ma pomijać tematy wyborów oraz zasadnicze sprawy dotyczące gminy Śniadowo. Ma to być rozmowa o panu, o tym co ma pan do powiedzenia. Ma ona zaspokoić ciekawość, a i może rozwiać wiele wątpliwości.

Z. Dulewicz: Bardzo mi pochlebia, to co pani mówi. Mam nadzieję, iż to niezamierzony panegiryzm. Mam tyle do powiedzenia, że Narew przy tym to strumyczek. Ja też jestem zadowolony, ale z innego powodu: cieszę się, że temat rozmowy jest pani pomysłem a nie moim. Pani Magdo, niedowiarki pomyślą inaczej, lecz to naprawdę ich kłopot.

M. Gadomska: Panie Zbyszku, jest pan butny w tym co mówi. Ledwie zaczęliśmy a już w tle słychać ironię!

Z. Dulewicz: Przesada. To tylko tak brzmi. Należę do pokornych, lecz ta „niby buta” nierzadko jest na mnie wymuszana. Przyznaję, potrafię się zdenerwować i być nawet obcesowy, ale tylko wówczas, kiedy wyczuwam, że jestem czasami nierozumiany w bardzo prostych sprawach.

M. Gadomska: Zapewne w pewnym okresie zauważył pan, że stał się takim opiekunem, dyżurnym, kreatorem sprawiedliwości, a przez to i moralizatorem. Spora część ludzi od lat zgłasza się do pana z problemami. I, jak zdążyłam się dowiedzieć, ci ludzie przychodzą z bardzo różnymi sprawami. Sytuacje te tworzą także wrogów.

Z. Dulewicz: Pani Magdo, doznałem tym samym bardzo dużego awansu. Początkowo dziwiłem się takim zachowaniom. Z czasem, poznając ludzkie problemy, ich zawiłości, niekiedy osobiste  dramaty, zacząłem odbierać to z wielką pokorą i zrozumieniem. Choć nie ukrywam, iż jestem zdumiony, że się do mnie dzwoni, czy przychodzi  niekiedy w dziwnych sprawach. Generalnie staram się ludzi w przedstawianych zawiłościach ich życia zrozumieć. Na pewno nie jestem spowiednikiem, broń Boże. Wrogów mam, rosną jak grzyby po deszczu.

M. Gadomska: Ale musi być gdzieś powód, że ci ludzie trafiają akurat do pana?

Z. Dulewicz: Chyba się domyślam w czym, czy też gdzie tkwi ten powód. Sądzę, że należę do ludzi, którzy starają się wysłuchać człowieka z pozycji strony neutralnej. A poza tym jestem z tych, którzy nie wykręcają kota ogonem, lecz działają w oparciu o prawdę i namacalne fakty. Poza tym jestem znany z bezinteresowności w każdym swoim działaniu. Pomagam, bo szczera pomoc nie wymaga od człowieka wysiłku, to wypływa samo z siebie. Ma to dwie strony medalu – szczerość rodzi przyjaciół, ale i wrogów.

M. Gadomska: Przyznam tym argumentom rację, ludzie są niesamowicie wyczuleni na fałsz, chytrość i judzenie. Konfrontacja z pana osobą wyklucza te niebezpieczeństwa?

Z. Dulewicz: Tak sądzę. Dlatego bez względu na rozmówcę, temat i cel polemiki, staram się być naturalny, niezafałszowany, jak pani to celnie nazwała. Jestem z natury naiwną osobą, wierzę w człowieka i z marszu każdemu ufam. Ludzie, którzy mnie bliżej poznali szybko zauważają te cechy. Ale i niekiedy z tego powodu jestem w nieelegancki sposób wykorzystywany. Zdarza się, teraz szczególnie często, że ludzie załatwiają swoje sprawy moim kosztem i nietaktownie po ich załatwieniu czmychają. Nie rozumieją, że ja nawet nie oczekuję zwykłego dziękuję, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Po prostu budzą we mnie wstręt osoby porażająco interesowne.

M. Gadomska: A nie uważa pan, że tylko ludzie naiwni są bezinteresowni i chcą szczerze pomagać, prawda zaś bywa często niewygodna?

Z. Dulewicz: Coś w tym jest. Dzięki temu nie jesteśmy wyrachowani. Ma pani rację, szczerość to w jakimś sensie naiwność. Co do prawdy zaś, dla mnie jest wygodna. Nigdy nie odczuwałem przed nią strachu. Nie wolno jej się bać. Ucieczka przed prawdą powoduje, że człowiek popełnia kolejne błędy. Sam zagania się w ślepą uliczką.

M. Gadomska: Wielu ludzi pana w tej gminie, tym powiecie nie kojarzy. Nie wiedzą, że przez wiele lat wydawał pan poczytne pismo na Środkowym Pomorzu, był bardzo zaangażowany w pracę społeczną, zajmował się wsparciem samorządów, funkcjonował nawet w polityce, ale przede wszystkim pomagał tym, którzy potrzebowali pomocy w różnych sprawach. Odbierają pana jak buntownika, który spadł nagle w ten region i z marszu zaczął mocno funkcjonować w przestrzeni społecznej, obyczajowej, politycznej.

Z. Dulewicz: Po pierwsze, pani Magdo, przypomnę, że miało nie być o gminie Śniadowo. Po drugie wymienia pani rzeczy, które w moim przypadku nie wymagają promocji. Kto ma chęć, potrzebę, czy chce – to mnie znajduje i poznaje. W wielu wymienionych przez panią obszarach próbowałem się spełnić. Raz było gorzej, raz lepiej. Mam wiele grzechów na sumieniu. Fakt, wielu ludzi chciało i chce mnie czasami posłuchać. Nie jestem kutwą, więc podaję im to najlepiej jak potrafię, nie żądając jednocześnie nic w zamian.

M. Gadomska: Ale co, niektórzy może myślą, że ma pan dyplomy, magisteria. Bo przecież inaczej by nie chcieli pana słuchać. Dyplom jest przepustką do stania się autorytetem?

Z. Dulewicz: Żeby rozsiewać pozytywistyczne myślenie, dzielić się nim, nie koniecznie trzeba mieć fakultety. W życiu napotkałem masę takich przykładów. Mój serdeczny kolega, Jacek Czapliński, mając jedynie podstawówkę pracuje z powodzeniem w jednym z instytutów psychologii, jako wykładowca. Ja też miałem różne podobne propozycje, lecz odmówiłem. Nie nadaję się do monotonnej pracy ze ściśle określonym organizmem, zamknięty w czterech ścianach, narażony na zaszufladkowanie. Bezustannie potrzebuję nowych wyzwań.

M. Gadomska: Panie Zbyszku, przy załatwianiu różnych spraw, w rubrykach odnośnie wykształcenia wpisuje pan „podstawowe”. Przecież ma pan również kilka lat nauki w szkole średniej. Powinien pan to ujmować.

Z. Dulewicz: Proszę ze mnie nie kpić. Te papiery nie przewidują stanów pośrednich. Mam podstawówkę, i tak uczciwie podaję. Lata w szkole średniej, kiedy nie kończą się maturą, nie mają przy wypełnianiu oficjalnych dokumentów żadnego znaczenia. Po co się rozdrabniać i silić, że ma się coś więcej. Po co oszukiwać siebie, innych. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, nie mam zamiaru niczego rozmydlać dla przyziemnych celów. Tym bardziej, iż nie mam na tym tle żadnych kompleksów. Z moim wykształceniem wiąże się paradoks, bo jednocześnie mam dyplom magistra z "mniemanologii stosowanej" zdobyty u nieodżałowanego prof. Stanisławskiego. Nie boleję...

M. Gadomska: Rozumiem. Ale nie widział pan czasami zdziwienia na twarzach, wpisując w papiery: „podstawowe”?

Z. Dulewicz: Ależ tak. Ten wpis budził u niejednej osoby osłupienie, zaskoczenie. Rzadko natomiast spotkałem się z bezpośrednią kpiną z tego powodu. Choć całkiem niedawno szydzono z tego w moim lokalnym środowisku dla określonych celów. Nie robi to na mnie większego wrażenia. Spotykałem się również z czymś takim, że dłuższy czas rozmawiała ze mną wykształcona osoba z tytułem, na przykład profesora, bardzo kompetentna to była polemika, bardzo partnerska. I nagle, gdy się dowiedziała, że mam tylko podstawówkę, dostawała na chwilę bezdechu. Bywały dziwne sytuacje z podtekstem podstawówki, to fakt. Każdorazowo dalsza dyskusja zacierała różnice, ten ciemny kanał braku wykształcenia dostawał szybko od partnera erystyki zielone światło.

M. Gadomska: Ale o co tak naprawdę chodziło z tą szkołą. Nie uczył się pan, sprowadzał koleżanki i kolegów na manowce? Coś w jej ukończeniu zapewne przeszkadzało? Czy to były mocne powody do opuszczenia szkoły, czy pana ze szkoły wyrzucono?

Z. Dulewicz: Nikt mnie nie wyrzucił. Dyrektor szkoły mnie uwielbiał, większość nauczycieli również, oprócz polonisty, z którym wieczne prowadziłem spory w kontekście budowy zdań oraz nauczycielki łaciny, starszej przedwojennej damy. Dyrektor uczył anatomii, miałem u niego z tego przedmiotu silną stałą czwórkę. Dyrektor Wiatroszak namawiał mnie do dalszego uczęszczania, nawet powiedział, że mogę wiecznie kiblować i tak mnie nie wyrzuci. Bezustannie otwierał mi każde oporne drzwi i namawiał do pozostania.

M. Gadomska: Mimo to pan rzucił w pewnym momencie szkołę i nigdzie jej później nie kontynuował?

Z. Dulewicz: Mam osobowość człowieka, który jest oporny na jakąkolwiek presję. Być może to zaważyło. Z perspektywy czasu wiem, że nie było to działanie racjonalne. Ówczesny mój bunt, brak odnalezienia się w śród rówieśników, parcie do wiedzy ponad to, co narzucała szkoła budziło w środowisku zdziwienie. Powodowało też kłopoty, bo komunistyczna władza zarzucała moim rodzicom, że nie potrafią wychowywać dzieci. Przez to mój ojciec miał kłopoty z uzyskaniem pozytywnej opinii, aby podjąć studia w Akademii Sztabu Generalnego. Jakoś mu darowali i ją skończył. Mam w tym swój udział, nawet poważny. Ojcu brakowało czasu, zaliczał egzaminy. Mając zaledwie 17 lat napisałem mu pracę końcową, na temat przebazowania pułku śmigłowców na lotnisko zapasowe, wykonałem nawet potrzebne do tego szkice i rysunki. Dostałem materiały, a z resztą sobie poradziłem. Jak? Nie wiem do dzisiaj. Pracę oceniono na cztery z plusem. Dla mnie była to fajna zabawa.

M. Gadomska: Panie Zbyszku, wrócę do pytania. Co było konkretną przyczyną, że jednak pan szkołę średnią porzucił?

Z. Dulewicz: Skumulowało się parę spraw. Kulminacyjną, był brak akceptacji wielu moich pomysłów. Buntowałem się. Przed odejściem wpadłem na zwariowany pomysł, żeby sale lekcyjne zamiast gazetkami ściennymi w stylu peerelu obwiesić „nową sztuką”. W przeciągu jednej nocy, z Waldkiem Michalskim, moim kolegą z Wałbrzycha, namalowaliśmy dwanaście obrazów a’la Picasso i a’la Dali, każdy o rozmiarach arkusza brystolu, z bardzo wyzywającą kolorystyką oraz przedziwnymi figurami rodem z Guernici oraz amatorsko surrealistyczne i rano przed lekcjami obwiesiliśmy tym klasę. To już było pełną gębą szyderstwo z obowiązującej poprawności i profanacja karnego systemu, pełen dynamit i nieakceptowana ekspresja. Kazano nam je pozdejmować. Powiedziałem, że prędzej odejdę ze szkoły niż zdejmę te „dzieła”. Nie zdjąłem. Odszedłem. Dyrektor wezwał ojca, namawiał do mojego powrotu. Nie skorzystałem. A tak naprawdę powód był inny i bardziej poważny. Ktoś doniósł, że flirtuję wieczorem w jednej z klas z Anią. Tak było rzeczywiście. Na jednym z takich tet a tet złapał nas dyrektor. Anię wyrzucili z internatu, ale pozwolili kontynuować naukę. Ja musiałem ostatecznie odejść. To była wspaniała dziewczyna, uważam, że zrobiłem jej krzywdę.

M. Gadomska: Powód bardzo prozaiczny. Nie uważa pan, że to nieco dziecinne?

Z. Dulewicz: Wtedy nie było. Już w wieku czternastu lat budowałem różne pomysły na bazie bardzo osobistego światopoglądu. Mierziło mnie wiele spraw. A już naprawdę bulwersowało, kiedy stosowano niezrozumiałe dla mnie zakazy. To musiało się tak skończyć. Być może szukałem pretekstu, aby odejść. Podam jeszcze jeden przykład. W szkole funkcjonował, jak na tamte czasy całkiem niezły zespół muzyczny. Byłem ich fanem, nie opuściłem żadnej próby. Czasami grałem z nimi na różnych instrumentach perkusyjnych. Zespół został wynajęty przez jedno z liceów na szkolną zabawę. Pojechałem z nimi. W połowie balu wpadłem na pomysł, że do kilku mocno zagranych utworów zaśpiewam z marszu, improwizując, bez tekstu. Wymyśloną na poczekaniu „udawaną angielszczyzną”, czyli jak teraz mawiają „po norwesku”, zaśpiewałem kilka kawałków. Całkiem nieźle wykonałem  na koniec a capella słynny utwór Joplin, z charakterystyczną chrypką. Zebraliśmy owacje, było sporo bisów. Rano wezwano nas na dywanik do dyrektora. Dostaliśmy straszną burę, z zakazem powtarzania czegoś podobnego. Okazało się, że licealistom ten „powiew zachodu” bardzo się podobał, ale niestety nauczycielom nie. Skończyło się wszystko wielkim skandalem. Mimo próśb uczniów z innych szkół średnich, nie daliśmy już więcej takiego czadu. Z zasadami ówcześnie panującymi było mi nie po drodze. Odejście było więc nieuniknione. Dusiłem się. Decyzja o odejściu nie była łatwa, lecz stało się.

M. Gadomska: Rodzice nie byli zadowoleni, niewątpliwie było to dla nich przeżycie?

Z. Dulewicz: Nie doszło do tego z dnia na dzień. Bunt we mnie narastał. Rodzice próbowali opanować sytuację. Starali się tłumaczyć, namawiać, grozić. W pewnym momencie matka zrozumiała, że nie dam się przekonać. Powiem więcej: moja matka mnie zrozumiała, wiedziała w co prę, ale na ten czas nie umiała znaleźć lekarstwa na problem, który w naszym rodzinnym życiu powstał. Relacja między rodzicami a mną, a szczególnie moja z matką owocowała zrozumieniem. Gorzej było z ojcem, który nauczony był wojskowych zasad, drylu. W konsekwencji pozwolono mi chodzić własnymi drogami, co w niedalekiej przyszłości okazało się złym pomysłem, bowiem nawarstwiało kolejne problemy.

M. Gadomska: Paradoksem jest, że rodzice nie chcą pamiętać swoich postaw kiedy byli młodzi. Trochę to niewychowawcze, co mówię, ale tak po prostu jest.

Z. Dulewicz: Oni wyrośli w innych realiach, tuż powojennych, bierutowsko-stalinowskich. Mi przyszło się rozwijać w dziwnych czasach. Młodzież przechodziła bardzo poważną rewolucję mentalną, czego ówczesny system nie chciał zaakceptować. Nasz głód wiedzy o postępie na świecie nie pozwolił im nas powstrzymać. Świeży był Woodstock, odeszli muzyczni rewolucjoniści Joplin i Hendrix, wkraczał na całego Led Zeppelin. Tuż przed tym przez Europę przeszła fala studenckich strajków, de Gaulle sam się zdymisjonował, Żydów pogoniono, Gomułka padał i wkraczał Gierek. I w tym obszarze szukałem wiedzy, a nie w szkole, która akurat w tych płaszczyznach była z sekularyzowana. Nie umiałem tego pogodzić, oddałem się chłonięciu wiedzy na własną rękę, w zakazanych strefach. Zacząłem robić co chcę, rodzice nie dali rady tego okiełznać. Zacząłem pić alkohol, życie pędziło w zawrotnym tempie. To wszystko było bardzo niepedagogiczne, ale silniejsze niż niejednemu się wydawało. Teraz wiem, że to nie był dobry pomysł. Chociaż, kto wie, mawiają, że nie powinno się niczego żałować.

M. Gadomska: Jest pan tym niepedagogicznym przykładem, że można chodzić do szkoły i nie czytać książek, a jednocześnie siedzieć w domu i czytać ich zawrotną ilość, idącą w tysiące, uczyć się bez nauczycieli.

Z. Dulewicz: Nie zatraciłem się całkiem po rzuceniu szkoły, ona mnie zaabsorbowała, ona mimo wszystko wpoiła pewne nawyki chciejstwa na zdobywanie wiedzy. Zresztą przez długi czas nie straciłem z nią zupełnego kontaktu. Książek przeczytałem kilka tysięcy, to fakt. Nie robiłem tego jak karabin maszynowy, rodziła się już wtedy świadomość co chcę czytać. Nie łykałem ich automatycznie, dobór tytułów był w miarę przemyślany. To samo przez się kształtowało intelektualnie. Ten nawyk sięgania po klasyczną wiedzę książkową pozostał do dzisiaj. Mnie również lepił intelektualnie teatr. Jelenigórski teatr odwiedzałem regularnie co drugi tydzień przez kilka lat. Grano klasykę i lżejsze rzeczy, to też silnie kształtowało. Na szczęście Polacy nie byli tak skomunizowani, jak inne narody tamtego systemu, była możliwość sięgania po wiele rzeczy zabronionych. Do dzisiaj mam w domu dziesiątki numerów wrocławskiego miesięcznika „Odra”, który przy każdej okazji kupowałem. W nim można było na tamte czasy liznąć niezłą zachodnią poezję, poczytać ciekawe rozprawki, pocztówki literackie, recenzje. Choć oczywiście było to w jakimś stopniu ocenzurowane. Można więc było przyswajać w pewnych ramach wiedzę inną niż narzucał system.

M. Gadomska: Sam, we własnym zakresie otworzył pan sobie drzwi do wolności?

Z. Dulewicz: Takie twierdzenie byłoby uproszczeniem i przekłamaniem. Te krótkie lata nauki mimo wszystko nauczyły mnie uczenia. Niesie to w sobie sprzeczności, ale posiadłem tę umiejętność wyłącznie dzięki nauczycielom. Powiem uczciwie, byli wspaniali.

M. Gadomska: Wcześniej mówiłam, że coś musiało zaważyć, iż ludzie szukali z panem kontaktu, chcieli się spotykać, działać z panem, radzić, szukać wspólnie rozwiązań. Pomimo tej niby niekontrolowanej wolności, zapracował pan na taki lokalny autorytet w środowisku, które latami pan zamieszkiwał, a co i powoli owocuje w miejscu obecnego zamieszkania.

Z. Dulewicz: Mam poczucie, że tak jest. Mam świadomość, że wielu ludzi chce być ze mną, chce mnie posłuchać i chce moich opinii. Na ile one są wykorzystywane, to już wtórna sprawa. Ma to różny obraz, bowiem większość czasu spędzałem i spędzam na uboczu, nie lezę z butami, gdzie mnie nie chcą. W środowisku obecnym jest mi ciężko, głównie za sprawą braku zrozumienia z tej drugiej strony. Poza tym ludzie mnie nie znają na tyle, by wydać o mnie obiektywną opinię, a mimo to starają się to robić. Przybiera to często formę obrazu przedstawianego w krzywym zwierciadle, bardzo nierzeczywistym. Negowanie czegoś i kogoś nieznanego jest samooszukiwaniem się, lub postawą przez kogoś celowo wymuszoną. Trzeciej ewentualności nie ma.

M. Gadomska: To kim pan właściwie jest? Proszę w jednym zdaniu siebie opisać.

Z. Dulewicz: W jednym zdaniu? To bardzo trudne. Spróbuję.
Jestem człowiekiem, który w zbyt młodym wieku wybrał wolność, bo uważał, że dorosłym można być szybciej niż zapisała to natura w kodzie ludzkiego życia, co poprzez różne perturbacje nie zakończyło się oczekiwanym sukcesem w spodziewanym obszarze, lecz poprzez związek z drugą osobą i narodzin z niego dzieci zaskutkowało szczęściem, którego bezustannie zaznaję.
Jedno zdanie. Dałem radę?

M. Gadomska: Jedno zdanie, brawo, świetnie. Wymienił pan tę drugą osobę i dzieci, które pozwoliły zbudować szczęście.

Z. Dulewicz: Szczęście, to trochę takie tajemnicze i niekiedy trudno namacalne zjawisko. Istnieją rzeczy, o których się wie, lecz dotknąć ich i do końca opisać nie sposób. Do nich należy szczęście. Moje życie rodzinne wcale nie było usłane różami, a moja żona powinna dostać honorowego Nobla za przeżycie ze mną tych trzydziestu lat. Człowiek, który w tak młodym wieku wybrał wolność, nie jest łatwym człowiekiem we współżyciu. Ale daliśmy radę, pomimo wielu życiowych perturbacji. Całe moje dorosłe życie jest przykładem, że dzieci są tym doskonałym spoiwem, pozwalającym na wspólne przetrwanie. Ich narodziny, wychowywanie, kształtowanie, poznawanie, pozwala małżeństwu bezustannie się na nowo odkrywać, pracować nad sobą dla trwałości związku. I to jest istota budowania szczęścia. Bo to doświadczenie pozwala postrzegać pozytywnie drugiego człowieka. Wszystko, co z tym związane jest naprawdę fascynujące. Nawet obecny, znacznie inny od naszego przywilej młodości, przy odpowiednim zrozumieniu i budowie odpowiednich więzi i relacji daje niesamowitą radość oraz rodzicielską satysfakcję. W konsekwencji smutki, przeciwności i problemy tak naprawdę funkcjonują w tle wypracowanego szczęścia.

M. Gadomska: Ma pan troje dzieci, w tym dwoje dorosłych. Czy któreś z nich nie chciało podobnej wolności? O ile wiem, pan ma dobre z nimi relacje.

Z. Dulewicz: Pani Magdo, nawet jeśli któreś miało takie zapędy, to od nich szybko odstąpiło. Klucz do tego jest jeden. Kiedy wychowuje się dzieci, nie wolno przed nimi mieć żadnych tajemnic. Moje dzieci w najdrobniejszych szczegółach znają moje życie. Nazywa się to nauką na błędach. Proste, slogan, ale bardzo racjonalne. Nigdy też nie mówiliśmy dzieciom: ubierz się tak, taką noś fryzurę, takie buty są najlepsze, z tym się nie zadawaj, tamtego nie czytaj, tego nie oglądaj itd. itp. Uciekaliśmy od typowego systemu nakazowego. Do tego dodaliśmy rzetelne wychowanie w duchu poszanowania wartości katolickich, ze szczególnym naciskiem na szacunek dla drugiego człowieka. Bardzo szanujemy każdy ich wybór, który nie zawsze musi się nam podobać. Być może to uchroniło je przed popełnieniem podobnych błędów, z jakimi ja miałem do czynienia. Niewątpliwie na tzw. ułożenie dzieci miało duży wpływ ich wychowywanie przez pierwsze trzy lata życia. Moja żona każdorazowo rezygnowała z pracy i każdemu z nich poświęcała te trzy lata, bo to jest najważniejszy okres w życiu człowieka. To wtedy tworzy się prawidłowa więź rodzic – dziecko. Natomiast idealnej recepty nie ma. Uważam, że moje dzieci są wolne, ale na pewno dużo mniej szaloną wolnością niż moja. Poza tym z mieniły się czasy, młodzi ludzie mają inne priorytety, a przede wszystkim żyją w wolnym kraju, który stawia zupełnie inne wymagania. W ich wieku byłem zwariowany, zaznałem smaku wolności, a mimo to nie mogę za nimi nadążyć. Dzięki Bogu, nie nazywają mnie jeszcze wapniakiem. Odnoszę wrażenie, że jestem nie tylko ich ojcem, ale także kolegą. To owocuje często fajnymi dysputami, tryska konstruktywnymi sporami.

M. Gadomska: Czyli wychodzi na to, że związek małżeński okiełznał pana wolność?

Z. Dulewicz: Łatwo nie było. W tamtym okresie piłem dużo alkoholu, robiłem przerwy, wracałem do picia. Pochłonęła mnie biografia Modiglianiego, i to w dwóch wymiarach: tym artystycznym i w aspekcie skomplikowanej psychologii człowieka nierozumianego przez otoczenie, bezustannie szukającego miejsca dla siebie. Stałem przed alternatywą, albo marnie skończę w spelunie, albo poświęcę się celom potrzebnym. To był najtrudniejszy okres w moim życiu, on wiele furtek zamknął mi raz na zawsze. Z tym balastem zwariowanej wolności, grzeszkami i brakiem papierka o wykształceniu, nie byłem w stanie w dalszych latach przeskoczyć pewnego progu aspiracji zawodowych. Natomiast ten dorobek nie przeszkodził mi w rzeczy najważniejszej, to jest poznawaniu ciekawych ludzi kultury, polityki, społeczników i współpracy z nimi właśnie na rzecz tych celów potrzebnych. Dzisiaj, z perspektywy czasu, osobistego dorobku zrozumiałem, że nie powinienem żałować, że nie dorobiłem się wielkich pieniędzy. Bo nie wykluczone, że gdybym je miał z moim charakterem, to być może ominęłoby mnie szczęście i byłbym zupełnie w innym miejscu i z kim innym. A tego widać podświadomie nie chciałem.

M. Gadomska: Alkohol odegrał w pana życiu bardzo negatywną rolę. A jednak tego finałem nie była spelunka?

Z. Dulewicz: Ale się o nią otarłem. Od niemal dziewiętnastu lat jestem trzeźwym alkoholikiem, powiem nawet, że bardzo trzeźwym, bo nie wykorzystuję tego do promocji ascetyzmu, czy wykorzystywania tego do niecnych celów, z czym się niestety spotkałem na obecnym gruncie. Tego nie można rozpatrywać w kategoriach bohaterstwa, jak niektórzy to robią. Piłem może mało widowiskowo, dość ukrycie, ale szkody były podobne, gdybym robił to bardziej publicznie. Nie miałem wówczas świadomości, że kiedyś za to zapłacę, to pojęcie było mi obce w tamtym czasie. Piłem i już.

M. Gadomska: Pił pan, ale doszło do momentu, że powiedział pan pas?

Z. Dulewicz: Zbyt przeskakuje pani wydarzenia. Moja walka z piciem była długa i okrutna. W tę walkę był zaangażowany cały sztab ludzi, włącznie z psychologami i przednimi medykami. Nie dali rady, piłem dalej.

M. Gadomska: Ale przyszedł moment…

Z. Dulewicz: To stało się nagle. Wstałem któregoś ranka, spojrzałem na żonę, dwójkę dzieci, Ania miała być w drodze. Poszedłem do łazienki, umyłem się. Spojrzałem ponownie na żonę i dzieci, ale jakoś inaczej, bardzo pogodnie, uśmiechnięty. Od tamtej pory nie piję, mija prawie dziewiętnaście lat. To nie jest wzniosłe, nie jest literackie, po prostu zawdzięczamy to sobie, to wspólny sukces. Kocham ich za wszystko i za to też. W gruncie rzeczy banalne i niebohaterskie. Życie, jak mawia moja młodsza córka.

M. Gadomska: Świat się dla pana zatrzymał, czy ruszył ponownie?

Z. Dulewicz: Nie stękałem, zacząłem się spełniać. Oddałem się pracy zawodowej, społecznej, politycznej. Zacząłem w wielu sprawach pomagać ludziom. Życie z marszu nabrało niesamowitego pędu. Zdobyłem na tyle pozycję społeczną, że ludzie z ówczesnego środowiska tęsknią za mną do dzisiaj. To tak skrótowo.

M. Gadomska: I nagle lądowanie w Śniadowie, zupełnie niespodziewane, bo oderwane od środowiska, z którym pan już wiele zbudował.

Z. Dulewicz: Lądowanie w Śniadowie, jak pani to lotniczo nazwała, ma powody prozaiczne. Wymuszone przez zwykłe rodzinne i zdrowotne powody. Ta decyzja nie była łatwa. Matka po odejściu rodziców nie chciała opuścić Śniadowa, a jednocześnie katowała się samotnością. Ja natomiast nagle zostałem obdarowany poważną chorobą nowotworową. Bardzo dramatyczny zbieg okoliczności, w którym przeciwnicy dopatrują się mnóstwa podtekstów. Robią to na własną odpowiedzialność, nie chcę mieć z tym nic wspólnego, żyję zupełnie czym innym. Kim byłem, czy kim jestem, widziało kilka osób ze Śniadowa, które odwiedziły ze mną świdwińskie strony. Nie sądzę, bym musiał się wstydzić za dorobek.

M. Gadomska: Teraz pan się spełnia.

Z. Dulewicz: Być może jest bliżej, niż dalej, choć dusza się nie starzeje. Wydaje mi się, że spełniam się w obszarach, do których mam dostęp i coś o nich wiem. Często jest mi smutno, bo żyjemy w świecie gigantycznego cynizmu i nagminnego kłamstwa, a mimo tego ludzie dokonują wyborów, które jeszcze pogłębiają tę koszmarną zapaść. Mój dobry znajomy, ówcześnie Proboszcz Parafii Wojskowej p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego w Świdwinie, ks. mjr. Jerzy Suchecki, notabene pochodzący z okolic Wizny, często mawiał w rozumieniu: bądźmy sobą, ale wybaczajmy, to i nam będzie przebaczone. Posłuchałem. Jestem sobą, ale i wybaczam, w nadziei, że i mi zostanie wybaczone.

M. Gadomska: Panie Zbyszku, dziękuję za rozmowę.

Z. Dulewicz: Miała być rzeka, a tu ledwie strumyczek. Dziękuję.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie