Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 11

   Ortlich chwycił oburącz pistolet.
   – Ostrzegam, niepotrzebny ruch z twojej strony i giniesz od kuli.
   Pułkownik Grosser wielkim wysiłkiem woli starał się opanować zdenerwowanie. Poczuł, jak całe jego ciało w przeciągu minuty pokryło się na przemian zimnym i gorącym potem. Jego temperatura zmieniała się w każdej sekundzie, a w ustach panowała susza utrudniająca mówienie. Najgorsze, że przy tym zaskoczeniu nie bardzo mógł zebrać myśli w logiczną całość.
   – Ortlich – zaczął Grosser – nie wierzę w to co mówisz. Ty po prostu oszalałeś. Znam takie przypadki. – Zwarł dłonie do granic możliwości, palce zsiniały. Nie wiedział, jaką przybrać taktykę obrony, by opanować tę niezwykłą sytuację. Teraz już dobrze rozumiał, że Ortlich mówi prawdę i zaistniała groźba porwania samolotu. To nie miało sensu, ale starał się przekonywać sowieckiego agenta. – Odłóż tę broń, Victor, i załatwmy sprawę po męsku. Tak byś bez skandalu mógł przejść do cywila i pobierać odpowiednią emeryturę. Jestem w stanie zapomnieć o tym szaleńczym, zwariowanym, pozbawionym szansy powodzenia wybryku.
   – Bzdury! – warknął Ortlich. – Przestań szukać linii obrony, i tak nic nie możesz zmienić. Słuchaj lepiej, co ci zaproponuję.
   Ortlich podsunął sobie krzesło. Usiadł. Trzymał cały czas pistolet wycelowany w dowódcę.
   – Masz córkę, Grosser, śmiertelnie chorą córkę. Zostało jej niewiele tygodni życia, a może nawet dni. Tylko ją… o – zawahał się, złapał oddech. – Na moje polecenie ona może być uratowana.
   Grosser przymrużył oczy, dopiero teraz zbladł. Nachylił się nad stolikiem, wciąż trzymając dłonie w silnym uścisku.
   – Łżesz, Ortlich. Powiedz konkretnie, co się tutaj dzieje, verflixt, zum Teufel noch mal!
   Ortlich wiedząc, że znaczna odległość od stołu daje pełne bezpieczeństwo przed nagłym atakiem ze strony Grossera, przypalił sobie papierosa. Wciągnął głęboko dym. Był spięty.
   – Wszystko w swoim czasie. Twoja córka była przez kilka tygodni podtruwana przez naszego agenta. Wykryto białaczkę i lekarze spisali twoją Trudę na straty. Wyrok: rak krwi. Ale to mija się z prawdą. Mogę ją uratować, co zależy wyłącznie od ciebie.
   Dowódca „Nocnego Ptaka” rozplótł odrętwiałe palce. Otarł rękawem pot z czoła. Bał się sięgnąć po leżące chusteczki.
   – Dowodzisz S-3 – kontynuował Ortlich. – Siądziemy wspólnie za sterami i sprowadzimy samolot na wyznaczone przez sowietów lotnisko. Nie będzie to trudne. Nawiążemy z nimi kontakt zaraz po przekroczeniu ich przestrzeni powietrznej i poprowadzą nas jak po sznurku do celu.
   – Opanuj się. Dobrze wiesz, że nie wyrażę zgody – odparł natychmiast Grosser.
   – Nie martw się, jestem opanowany. Zbierz myśli. Ratuj córkę a nie tego powietrznego kolosa. Zawiadomimy natychmiast po wylądowaniu klinikę w Bonn. – Ortlich pociągnął papierosa raz za razem.
   Pułkownik Grosser zrozumiał swoje położenie. Poczuł przegraną. Ale wciąż intensywnie myślał. Po pierwszej fali zaskoczenia wróciły mu siły, był bardziej opanowany. Jeśli Ortlich mówi prawdę, to obecna medycyna znajdzie rozwiązanie. Znajdą środek ratujący życie Trudy. To tylko kwestia czasu. Nie brał pod uwagę innego rozwiązania. Skupił się nad sposobem ratunku dla załogi i S-3. Nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Nie znał ilości członków załogi stojącej po stronie napastnika. Nie dostrzegał cienia szansy. Trzeba mówić, pomyślał, byle co mówić, a może w każdej chwili nadejść ocalenie.
   – Kłamiesz Ortlich. Po wylądowaniu u sowietów, nie będzie ratunku dla nikogo, a tym bardziej dla mojej córki. Jeśli ma żyć, będzie żyła bez twojej pomocy. Jest pod opieką najlepszych specjalistów. – Spojrzał na fotografię córki, stojącą na pulpicie obok telefonów. – Sowieci nas zlikwidują, aby pozacierać wszelkie ślady. Przestraszą się skandalu, jeszcze jednej politycznej klęski – szukał słów. – Nie wierzę ci – powtórzył. – Ich metody niczym nie różnią się od naszego osławionego sadyzmem Gestapo. Tylko, że u nas Gestapo już dawno nie istnieje, natomiast sowieci kontynuują te nieludzkie tradycje. Mówi o tym cały świat. I ty, człowiek niezwykle inteligentny, mający tak wysoką pozycję, poniżyłeś się do tego stopnia, by współpracować z tym terrorystami. Śmiem twierdzić, iż ty możesz również, dla ich świętego spokoju, iść do piachu. Wyciągną z ciebie najważniejsze informacje i cześć, żegnaj życie szpiega. Byłbyś dla sowietów niewygodnym i niepewnym świadkiem wielkiej międzynarodowej afery, także działający z tobą koledzy. Zmęczył się. Przerwał.
   Ortlich spodziewał się innego obrotu sprawy. Myślał.
   Grosser szybko wyczuł konsternację przeciwnika. Postanowił dalej prowadzić beznadziejną walkę.
   – Oddajesz wszystko, Victorze! – krzyknął pułkownik. I już zupełnie spokojnie dodał: – Tyle pracy rąk i myśli ludzkiej… miliony marek…
   – Nie oddaję, lecz biorę. – Wydął policzki. – Mam w sobie rosyjską krew. Wracam do kraju matki, do domu, Grosser. Pół życia przepracowałem dla Niemiec, za ojca, który mnie wychował. Teraz należy spłacić dług matce. To Niemcy zgotowały mi taki los.
   – Okłamujesz się. Nie mogę pojąć, jak niemiecki oficer, znakomity lotnik, dowódca, może w tak perfidny sposób zdradzić swój kraj, swoich kolegów. To się nie mieści w głowie normalnego człowieka, Niemca.
   Grosser widząc błysk w oczach siedzącego naprzeciw oficera, ze wzmożonym lękiem pojął tragizm sytuacji. Możliwości znalezienia sposobu ocalenia z każdą sekundą zbliżały się do zera. Próbował nadal.
   – Ortlich, jesteś sam. Twoje szanse są bardziej niż nikłe, prawie ich nie ma. Tym samolotem lecą sprawdzeni ludzie. Do tej pory myślałem tak i o tobie. Nie licz, że zdecyduję się na przedstawioną propozycję. Jestem oficerem, Niemiec – podkreślił. – Wszystko, nawet życie najbliższych i moje oddam, by ratować S-3.
   Ortlich uśmiechnął się szyderczo.
   – Nic nie uratujesz, naiwna istoto. Pieprzysz, Grosser… Pod drzwiami stoi major Zorn, gotowy jak ja do ataku. Reszta załogi jest nieświadoma, a tobie nie dam szansy, byś nam przeszkodził, Ernst. To jest dawno i na pewno dobrze zaplanowana akcja. Będę bohaterem bez twoje pomocy.
   Pułkownik Ortlich rzucił na podłogę niedopałek i zgniótł go ostentacyjnie butem. Wstał i poprawił broń w dłoni.
   – Zmęczyła mnie twoja umoralniająca gadka. Daję ci minutę. Długą minutę na podjęcie decyzji. Masz sześćdziesiąt sekund Grosser, wybieraj – powiedział, i uniósł wyżej pistolet, robiąc przy tym krok do przodu. – Wybieraj – powtórzył. – Możesz ocalić córkę, życie swoje i znacznej części załogi.
   Dowódca „Nocnego Ptaka” ujrzał przez mgłę, która nagle przesłoniła zmęczone oczy, żonę i córkę. Objął dłońmi twarz w pełni zrezygnowany. Trwało to sekundy. Opuścił je szybko i całkiem spokojnie powiedział:
   – Nie, Ortlich, nie zrobię tego. Jeśli chcesz, to proszę, strzelaj.
   – A co, sądzisz, że mam jakiś inny wybór?
   – Zawsze jest wybór. Ja wybrałem, teraz ty powinieneś wybrać właściwie. Mój wybór jest zgodny z ludzkim sumieniem. Przysięgałem armii i ty też. Honor oficera to rzecz święta. Nawet gdy zginę, nie poradzisz sobie. Tak, Victorze, klęska czeka waszą stronę, szaleńców! – uniósł na koniec głos.
   Ortlich zrobił na twarzy nerwowy grymas. Wycelował lufę wprost w głowę Ernsta Grosser.
   – Właśnie wybrałem – powiedział drugi pilot i pociągnął za spust. Padł strzał – głuchy, dziwny, nie podobny do tych z tłumika.
   Dowódca chciał jeszcze coś powiedzieć. Otworzył szeroko usta, ale gardło wydało jedynie niezrozumiały charkot. Jego klatka piersiowa powiększyła się do kolosalnych rozmiarów, a dłonie ze sztywnymi palcami przywarły do szyi w dramatycznej obronie przed dusznością. Brakowało mu powietrza. Przez chwilę poruszał ustami, jak ryba wyrzucona z wody szukająca tlenu. Nagle zupełnie bezwładny osunął się z krzesła na podłogę. Kilka sekund później skonał, ze wzrokiem skierowanym na fotografię córki.
   Zapanowała cisza.
   Ortlich odkręcił grubą nasadkę na lufie i obie części narzędzia zbrodni schował do wewnętrznej kieszeni bluzy. Szybkim ruchem wyjął małą fiolkę z kieszeni spodni i łyknął całą jej zawartość. Teraz był już bezpieczny. Pewny, że trucizna, która uśmierciła Grosser nie zadziała również na niego. Sprzątnął dokładnie leżący niedopałek papierosa oraz wytarł leżący wokół niego popiół. Podszedł do przeciwległej ściany i włączył na największe obroty wentylator umocowany pod sufitem, klimatyzacja działała bez zastrzeżeń.
   Nie zbliżał się do ofiary.
   Objął wzrokiem pokój dla sprawdzenia, czy nie zostawił podejrzanych śladów.
   Wyszedł na korytarz.
   – Grosser nie żyje… Idź do swojej kabiny. Tylko bez paniki, Markus. Odczekaj kilka minut i zrób obchód stanowisk. Zachowuj się naturalnie. Ja zajmę się resztą. Czekaj spokojnie na dalsze rozkazy. – Słowa te przekazał Ortlich nerwowo, chaotycznie, bez zwracania uwagi na reakcję Zorna.
   Zorn pobladł, ale o nic nie zapytał.
   W tej chwili obaj wiedzieli, ze odwrotu już nie ma.

Waszyngton, Wirginia
   Prezydent Stanów Zjednoczonych, rozłożony szeroko łokciami na ogromnym biurku, przeglądał dostarczone przez szefa CIA zdjęcia wykonane z satelity szpiegowskiego. Nie wiele mu one mówiły, robił to ze zwykłej ciekawości, gdyż tak naprawdę mógł je odczytać jedynie długo pracujący w tej dziedzinie analityk. Ważniejsze dla prezydenta było to, co ma do powiedzenia na ten temat osoba, która przed niespełna dziesięcioma minutami przyniosła te fotografie w czarnej, zrobionej z grubej skóry teczce zamykanej na trzy szyfrowe zamki.
   Prezydent, wysoki chudzielec, zebrał zdjęcia na jedną, dość pokaźną kupkę. Położył obok okulary w grubej rogowej oprawie. Wyprostował swoje długie plecy i zwrócił się do siedzącego naprzeciwko z ponurą miną grubego, łysiejącego mężczyzny, który od trzech lat pełnił najważniejszą funkcję w Langley.
   – Proszę o szczegóły, John.
   Szef CIA, John Flint, poprawił z przodu marynarkę przykrywającą zwały tłuszczu, których właściciel najwyraźniej się wstydził. Wyraz jego twarzy wciąż się nie zmieniał, ale było to standardem, bowiem niewielu ludzi widywało go w innym, lepszym nastroju.
   – Zdjęcie wykonano kilka dni temu w rejonach dalekowschodniej Syberii. Analitycy bez cienia pomyłki wyczytali, iż sowieci dokonali bardzo dużego przebazowania z trzech lotnisk w kierunku Władywostoku. Na temat lotnisk wiemy niewiele. Stacjonują tam pułki lotnicze wchodzące w skład jednej rozbudowanej dywizji. Rosjanie wielokrotnie ćwiczyli w tym rejonie, ale po raz pierwszy odbywa się to na tak dużą skalę.
   – Może ćwiczenia są częścią składową polityki Rosjan prowadzonej w stosunku do Japonii? – zapytał niedbale prezydent.
   – Nie sądzę – odparł natychmiast John Clint. – Nasi agenci donoszą w raportach, że w ostatnim okresie stosunki tych dwóch państw są poprawne. Nie zaszło nic, co zmuszałoby rząd sowiecki do takich kosztownych posunięć.
   Prezydent pochylił się do przodu i położył na biurko swoje kościste, wypielęgnowane dłonie.
   – A więc w takim przypadku należy podejrzewać, iż sowieci przygotowują się w sprawie japońskiej do ataku dyplomatycznego. Te manewry są wyraźną przygrywką do rzeczywistych wydarzeń, jakie niebawem nastąpią na linii Moskwa – Tokio. Jest to metoda niezwykle często przez nich stosowana. – Splótł palce, jednocześnie rozpostarł szeroko łokcie. Była to jego ulubiona poza. – Faktem jest, że w tym rejonie po raz pierwszy ją stosują z takim rozmachem. Skala operacji jest co najmniej zastanawiająca – zakończył.
   – Zgadzam się z panem. Tylko, że w niecałą dobę po wyjściu oddziałów i wylocie samolotów bojowych z baz, nasze satelity zarejestrowały dziwny fakt. Otóż, niemal w tym samym czasie na pasach startowych owych lotnisk wylądowało kila dużych samolotów transportowych. We wszystkich bazach rozwinięto także duże stacje radiolokacyjne dalekiego zasięgu, mimo iż takie pracują tam całą dobę.
   Prezydent oparł się ponownie o wysokie oparcie fotela, ścisnął usta i opuścił powieki. Był to znak, że ostanie zdania wypowiedziane przez szefa CIA zirytowały głowę państwa.
   Widząc milczącego prezydenta, Clint ciągnął dalej.
   – Opisano je w dostarczonym raporcie, jako samoloty IŁ-76TD, ze znakami cywilnych linii lotniczych. To było główną przyczyną, że nie posłużyłem się kurierem, lecz przybyłem do pana osobiście.
   – Podszywanie się pod Aerofłot jest starym ich zabiegiem. Ale zbyt duży to ruch, aby nazwać go zwykłym zastraszaniem – skomentował prezydent.
   – Tylko z czym połączyć tą nagłą bieganinę? – postawił głośno pytanie szef CIA.
   Prezydent wstał i odwrócił się do okna, które znajdowało się tuż za fotelem. Upłynęła pełna minuta, zanim spokojnie powiedział:
   – Nie wydaje ci się John, że to ja powinienem zadać takie pytanie tobie?
   Szef CIA jeszcze bardziej spochmurniał.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie