Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 10  

   – I ja tak sądzę – zgodził się komisarz. Usiadł ponownie przy biurku. – I kto wie, czy właśnie tatuaże nie naprowadzają nas na właściwy trop. Ale… masz rację Jurgen. – Stein zwrócił się do doktora po imieniu, co najpewniej było wynikiem znośnego zachowania Hepckego. – Przed powrotem Minza nasze rozważania nic więcej nie wniosą. Przepraszam – komisarz wyjął jednorazową chusteczkę i wytarł wilgotny nos. – Hepcke, czy medycyna, będąca obecnie na tak wysokim poziomie, nie może wynaleźć skutecznego leku na mój katar – powiedział bardzo poważnie Stein, wrzucając białe zawiniątko do plastikowego pojemnika.
   Hepcke przybrał bardzo uczoną minę.
   – Przykro mi, Herr Stein, to nie moja specjalność – odparł równie poważnie i sięgnął po pucharek z piwem.
   – A tak ogólnie, co słychać doktorze?
   Lekarz oparł szklankę na kolanie.
   – Nawał pracy jak nigdy – odparł. – Mam dla pana ciekawostkę. Wczorajszego popołudnia spotkałem przypadkowo mojego kolegę z okresu studiów, doktora Georga Bolzena, który jest znakomitym specjalistą w klinice hematologicznej. Trochę powspominaliśmy, ale w konsekwencji i tak zeszliśmy na sprawy zawodowe. Poruszył bardzo ciekawy przypadek, jakim intensywnie zajmuje się od paru tygodni.
   Stein słuchał, lecz myślami był wciąż zagłębiony w prowadzone przez jego wydział śledztwo. Hepckego uważał za gadułę, więc kierowany dobrym humorem, pozwolił mu się wygadać. Nigdy nie słuchał jego opowieści ze zbytnią uwagą, pomijając przygotowane na piśmie i ustnie raporty.
   – Bolzen – ciągnął dalej Hepcke – opowiedział bardzo sensacyjną historię, w którą aż trudno uwierzyć. Na jego oddziale przebywa niejaka Truda Grosser, młoda studentka ze Stuttgartu. Sądzi, że ktoś tę młodą osobę systematycznie podtruwał i, gdyby nie przypadkowe badania, dziewczyna pożegnałaby się z życiem.
   – Ciekawe, doktorze – odparł ospale komisarz. – Gdyby nie ta seria morderstw, być może zająłbym się tą sprawą. Interesujące, lubię takie niecodzienne przypadki. Czy ktoś już nad tym pracuje? – zapytał z zawodowego przyzwyczajenia.
   – Tego nie wiem. Bolzen jest doświadczonym lekarzem, wie co należy do jego obowiązków i zapewne zgłosił sprawę policji.
   Stein potarł delikatnie swój obolały nos i wrócił do bieżącej sprawy.
   – Czy Minz nie mówił kiedy wróci?
   Jurgen Hepcke wstał i wziął do ręki swoją pakowną aktówkę. Krótki komentarz do opowieści o pacjentce Bolzena i pytanie o Minza, świadczyło, że komisarz dał do zrozumienia, iż zbliża się koniec ich spotkania. Hepcke nie miał zamiaru przedłużać tej wizyty.
   – No, na mnie już czas, komisarzu – powiedział. – Za dwie, trzy godziny powinien się zjawić – dodał podchodząc do Steina.
   Podali sobie dłonie.
   W gabinecie zrobiło się chłodno. Stein przymknął okno.
   Hepcke nie był dzisiaj uciążliwy – pomyślał komisarz. – Najwyraźniej spieszyło mu się. Propozycja wypicia piwa powstrzymała go, tylko dzięki temu opowiedział historię o trutej przez jakiegoś wykolejeńca dziewczynie. Choć zewnętrznie widać było, że niezbyt uważnie słuchał Hepckego, to jednak zapamiętał dokładnie jego opowieść. Nie kłamał, mówiąc, ze chętnie zająłby się tym tajemniczym przypadkiem. Uśmiercać powoli młodą dziewczynę… robił to ktoś mając wytyczony konkretny cel – analizował w myśli Stein – albo człowiek chory psychicznie, których coraz więcej w tym z chemizowanym świecie.
   Spojrzał na stos spiętrzonych przed nim dokumentów. Postanowił w oczekiwaniu na zastępcę, przejrzeć je i uporządkować. Większość papierów dotyczyła prowadzonego śledztwa. Segregował teczki, luźne kartki, dziesiątki raportów. Dobrnął do połowy, kiedy ponownie zaczął dokuczać mu katar. Sięgnął po chusteczki leżące na skraju biurka. Wycierając nos, mimo woli pomyślał o historii opowiedzianej przez Hepckego. Z niczym tego nie kojarzył. Ot, zawodowa dociekliwość w sprawach nietypowych.
   – Gdzie ten Minza? – zadał sobie głośno pytanie.
   Połączył się z sekretarką.
   – Gertrudo, sprowadź do mnie natychmiast Grubera – polecił.
   Odłożył leniwie słuchawkę.
   Nie upłynęło dwie minuty i Erich Gruber wszedł do biura szefa. Wysoki, szczupły blondyn, w wieku około trzydziestu lat. Należał do grona dobrze zapowiadających się pracowników wydziału zabójstw. Stein, obserwując system pracy Grubera, porównywał go często z Minzem.
   – Erich, czy Minz nie dał znaku życia?
   Gruber uniósł nieco do góry swoje długie ramiona i opowiedział:
   – Nie, panie komisarzu. Z tego co mówił asystent doktora Hepckego, powinien lada moment się zjawić.
   Stein wstał, podszedł wolnym krokiem do porucznika.
   – Nie mam czasu na inne sprawy, ale od prawie godziny zżera mnie ciekawość – odwrócił się i poszedł w kierunku okna. – Skontaktuj się z kliniką hematologii, z doktorem… – chwilę szukał nazwiska w pamięci. – Z doktorem Georgiem Bolzenem i dowiedz się kogo powiadomił o przypadku Trudy Grosser. W razie trudności, powołaj się na mnie. Sprawdź kto prowadzi tę sprawę. Postaraj się zachować dyskrecję.
   – Herr Stein, czy mam sprawdzić również szczegóły, to znaczy postępy w sprawie? – Gruber zadał pytanie, jakie niewątpliwie padłoby w takiej sytuacji z ust Minza.
   Komisarz spojrzał w sufit. Albo ma talent, albo wzoruje się na Minzu, albo jedno i drugie – pomyślał. – W każdym przypadku wyjdzie to wydziałowi na dobre. Przymrużył powieki.
   – Tak, oczywiście. Ale delikatnie Erich. – Zaczął spacerować z założonymi na palcach rękami. – Jak daleko jesteście z listą byłych żołnierzy Wehrmachtu? – zapytał.
   – Zostało kilka nazwisk. I dotychczas nic szczególnego – odparł krótko porucznik.
   – Szukajcie dalej. Głównie zależy nam na mężczyznach z tatuażem, jakie miały ofiary. – Spojrzał prosto w twarz Grubera. – O tej Grosser  nie informujcie Minza, ani Oskara. Nikogo. Niech to pozostanie między nami.
   – Rozumiem, Herr Komissar.
   Gruber wyszedł.
   Komisarz przepłukał szklanki po piwie i ustawił na tacy przy barku. Postanowił skończyć porządki na biurku.
   Minęło prawie dwie godziny, zanim komisarz Stein uporał się z całą dokumentacją. Niemal przeraził się pustki na blacie biurka. Ne znosił takiej niewypełnionej przestrzeni na swoim warsztacie pracy, ale zdawał sobie sprawę, że bałagan był już zbyt wielki. Popatrzył jeszcze raz ze zdziwieniem na biurko i, aby nie wkurzać się jego nienagannością, rozłożył ostatni raport przyniesiony przez Hepckego oraz kilka teczek związanych ze śledztwem. Teraz wygląda już znacznie lepiej, pomyślał.
   Obmył twarz i ręce we wnęce, gdzie znajdowała się sprytnie ukryta umywalka. Szedł w kierunku biurka, gdy usłyszał, ze do gabinetu wszedł ktoś bez pukania. Obrócił się. Na środku, z rozpiętym płaszczem i kapeluszem w dłoni, stał Minz.
   – Siadaj Arturze. Jesteś zapewne zmęczony. Naleję ci kawy.
   Minz zdjął płaszcz i powiesił na niklowanym wieszaku stojącym w rogu, tuż obok umywalki. Kapelusz spoczął na półce nad nim. Odświeżył się i otarł papierowym ręcznikiem. Usiadł przy stoliku, wypił łyk gorącej kawy i odstawiając filiżankę, zdecydował się na jeszcze jeden.
   Minz nic nie mówił. Stein, wypełniony do granic ciekawością, także milczał.
   Zastępca otworzył teczkę i wyjął szarą, dużą kopertę. Jedno obok drugiego ułożył pięć zdjęć sporego formatu, przedstawiających podobizny zamordowanych. Do nich dołączył szóste, Klausa Ortlicha.
   – Pięciu z nich ma takie same tatuaże – przemówił Minz, przerywając tym samym okrutną dla Steina ciszę. – Śmiem twierdzić, ze jedyna szansa, to odnaleźć kogoś żywego, szóstego, który taki tatuaż posiada.
   – Czyli, ze nic interesującego nie przywiozłeś? – zapytał spokojnie komisarz, lecz brzmiało to jak stwierdzenie przykrego faktu.
   – Zostałem, licząc na jakiś ślad, punkt zaczepienia. Ale nic, dosłownie nic. Na nic nie natrafiłem. Przeszukaliśmy dokładnie całe mieszkanie, bez efektów.
   – Kim był Klaus Ortlich? – spytał komisarz. Oparł wygodnie plecy o miękkie oparcie fotela i splótł dłonie na wysokości brzucha.
   Minz pił zachłannie kawę. Jego szara twarz nie ukrywała zmęczenia.
   – Skromny niemiecki emeryt. Były oficer Wehrmachtu. Nie był nigdy żonaty, ale miał syna którego sam wychowywał. Nie poznałem na razie szczegółów. Syn, Victor Ortlich, jest oficerem lotnictwa. Nikt z pytanych przeze mnie nie wie, gdzie obecnie pracuje i przebywa. Klaus Ortlich nie miał poza synem żadnej rodziny. Inne dane, te z okresu wojny i niewoli u sowietów przekazałem we wcześniejszym raporcie.
   Minz napełnił kawą kolejną filiżankę.
   Stein bawił się piórem. Był wyraźnie zmartwiony. Przez cały okres, czekając na powrót Minza, liczył w skrytości, że nie przyjedzie z pustymi rękami.
   – Zapal Arturze, kawa lubi dym, jak mawiają starzy, zawodowi kawosze, choć bardziej chyba palacze – zagadnął komisarz, pozorując poczucie dobrego humoru.
   – Mam na razie dość, język stoi kołkiem. Aż mnie mdli, spaliłem ponad plan – odparł nie ukrywając niezadowolenia.
   Gustav Stein wsadził pióro do kieszeni marynarki. Wstał i podszedł do stolika. Patrzył na ułożone w równym rządku fotografie. Wziął do ręki zdjęcie Klausa Ortlich i przyglądał się jej, marszcząc w zamyśleniu czoło.
   – Trzeba natychmiast odnaleźć jego syna – powiedział stanowczo.
   – Oskar już się tym zajmuje – odparł spokojnie Minz. – Idąc do pana zajrzałem również do Ericha. Odnalazł kogoś z tatuażem. Tym razem na szczęście żywego. Trochę potrwa jego sprawdzenie. Nazywa się Heine Dresu i mieszka w Eitorf, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od Bonn.
   – Świetnie, działasz jak zwykle bardzo sprawnie. Gruber uwinie się szybko. Więc jednak nie stoimy w martwym punkcie, Arturze. Proponuję byśmy poszli coś zjeść – zaproponował. Nastrój komisarza znacznie się poprawił.
   Minz odsunął pustą szklankę.
   – To jest konieczne. Kiszki grają mi marsza, a i papieros zacznie smakować – zawyrokował Minz. Jego humor także uległ poprawie.

Nachtvogel
   – Herr Grosser, niech pan uważnie słucha tego, co za chwilę powiem – odezwał się Ortlich, skupiając całą uwagę na ruchach dowódcy.
   Pułkownik okazał nieukrywane zdziwienie, słysząc nienaturalny ton w głosie swojego podwładnego.
   – Nie rozumiem, pułkowniku Ortlich – powiedział, przybierając bardziej służbową minę.
   Ortlich wstał energicznie i wyjął szybkim ruchem pistolet, na lufie którego nakręcony był gruby, długi tłumik jakich nie widywało się w uzbrojeniu.
   Grosser, nie przypuszczając jeszcze w tym momencie cóż takiego wymyślił zastępca, instynktownie poczuł wiszące nad sobą niebezpieczeństwo. Drgnął i wyciągnął rękę, aby sięgnąć do przycisku z napisem „Alarm”.
   – Nie rób tego Grosser – powiedział stanowczo Ortlich i skierował jednocześnie lufę w stronę dowódcy S-3.
   – Co ty wyprawiasz, Victorze? – spytał zrezygnowawszy z naciśnięcia czerwonego guzika, mogącego sprowadzić pomoc. – Zwariowałeś! – teraz już Grosser krzyknął.
   – Nikt nie zwariował. Podejdź grzecznie do stolika i siadaj. Za tym pulpitem jesteś zbyt niebezpieczny – rozkazał Ortlich. Cofnął się o krok, by trzymać odpowiedni dystans do przeciwnika. Nie chciał szamotaniny, która mogłaby komplikować całą akcję.
   Grosser, zaciskając mocno szczęki ze zdenerwowania, wykonał polecenie. Usiadł i splótł w silnym uścisku palce, kładąc dłonie przed sobą.
   – Posłuchaj – zaczął Ortlich. – Nie ma czasu na szczegółowe wyjaśnienia. Pracuję dla wywiadu sowieckiego.
   Grosser uniósł się z krzesła.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie