Powieść
Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 9Stolz nie opowiadał szczegółów o swoim małżeństwie, albowiem większość lotników, z którymi ostatnio latał znała jego perypetie z żoną. Przemógł chwilowy smutek, może nawet nieco udawany. Jego usta trwały przez moment w tajemniczym uśmiechu.
– A dzieci? – spytał Stolz.
– Mamy trójkę, choć początkowo tyle nie planowaliśmy. Urocze gnojki. Uwielbiam dzieci. Mamy syna i dwie córeczki. Nie chciałbym, by syn był podobnie jak ja lotnikiem. Niestety, z racji mego zawodu, na Rosie leży główny ciężar ich wychowywania.
Przez chwilę milczeli. Pili kawę, wypełniającą swym przyjemnym zapachem wnętrze kabiny.
– Pracowałeś na jakichś maszynach z pułkownikiem Ortlichem? – zapytał Stolz, zmieniając niespodziewanie temat rozmowy.
Kroinz, wbrew obawom Stolza, nie okazał zdziwienia tym pytaniem. Odpowiedział natychmiast.
– Tak, lataliśmy w tej samej bazie dłuższy okres. Jest dobrym pilotem, lecz nie tak rozmownym człowiekiem jak pan, pułkowniku Stolz.
– No, nie przesadzaj Kroinz. Jestem podobny do wszystkich – odpowiedział bezpiecznie, bojąc się spłoszyć swojego rozmówcę.
– Owszem, ale Herr Ortlich jest zawsze skupiony, jakiś napięty, nawet wówczas kiedy nie wymaga tego sytuacja. I rzadko można z nim porozmawiać na pozasłużbowe tematy… takie luźne. Moim zdaniem jest zbyt ostrym dowódcą. A przecież każdy z nas jest przede wszystkim człowiekiem.
Pułkownik uśmiechnął się ze ściśniętymi ustami.
– Luźne, to znaczy jakie? – spytał, biorąc w dłoń filiżankę.
Kroinz uniósł do góry brodę. Szukał w myśli odpowiednich słów.
– Zwykłe… O codziennym życiu, o rodzinie, o zainteresowaniach. No… pułkownik rozumie o co mi chodzi.
– Tak. I co?
– Pułkownik Ortlich sprawia wrażenie bardzo tajemniczego człowieka. Nie zauważa się tego od razu, ale gdy tak jak ja, latając z nim kilka miesięcy… Odczuwa się po pewnym czasie jego niechęć do swobodnej polemiki.
– Czy wszystkich tak wnikliwie obserwujesz, Kroinz? – spytał Stolz.
Porucznik dolał sobie kawy z metalowego dzbanka i odrobinę zmieszany, odpowiedział:
– Nie. Tylko, że z panem Ortlichem przelatałem sporo godzin i… i nigdy nie podejmował wspomnianych przeze mnie tematów. Kiedyś nawet zgadałem się o tym z Hansem Hopfem, który również latał często z pułkownikiem Ortlichem. Hans ma podobne do mojego zdanie.
Stolz zgiął plecy i przechylił się lekko do przodu.
– Sądzę, że w waszych spostrzeżeniach jest sporo przesady. Victor Ortlich jest dobrym pilotem, oficerem i całkiem niezłym kolegą – powiedział Stolz, choć i on w duchu zgadzał się z opinią Kroinz.
Leutnant po usłyszeniu tych słów, jakby przestraszył się swojej wylewności co wyraźnie okazał na twarzy, która przybrała barwę czerwieni.
– Pułkowniku, nie podważam umiejętności zawodowych pana Ortlich. Jest fachowcem wysokiej klasy. Ale nie tylko ja uważam, ze jest on mało przystępny. To wszystko – wyjaśnił porucznik w swojej obronie.
Stolz zauważył zmianę na twarzy Leutnanta, której niepotrzebnie był sprawcą. Zaczął naprawiać niezamierzony błąd.
– Nie ma się czym przejmować, poruczniku. Ludzie mają różne nastroje a i często noszą w sobie problemy osobiste, o których my nie mamy pojęcia. I na pewno nie są ludźmi złymi.
– Tak, nie przeczę, lecz Herr Ortlich zbyt często przesadza – odparł odważnie Kroinz, widząc, że ze strony przełożonego nic mu nie grozi. Wyczuł, że Stolz nie należy do ludzi zajmującymi się intrygami.
– Tajemniczość nie zawsze należy do złych cech – prowokował Stolz, próbując podtrzymać dyskusję, która przy wylewności Kroinz mogła znacznie poszerzyć wiedzę o Ortlich. A na tym głównie pułkownikowi zależało.
– Tego nie powiedziałem. – Kroinz zastanawiał się przez ułamek sekundy. – Pan pozwoli, Herr Stolz… Jeszcze kiedy nie znałem charakteru pułkownika Ortlicha, podjąłem, podczas bodajże lotu na poligon w Czadzie, próbę rozmowy. Spytałem go bardzo grzecznie, czy ma rodzinę. Pan rozumie, pułkowniku, takie popularne pytanie, które zadaje się by zacząć dyskusję. Pan też to dzisiaj zastosował. U niego wywołało to dziwną reakcję. Zdenerwował się, i to dość mocno, i opieprzył mnie bez powodu, a następnie szybko zmienił temat na sprawy służbowe. Nigdy więcej nie próbowałem poruszać tego tematu, choć lataliśmy wspólnie na dalekich trasach i człowiek odczuwał potrzebę porozmawiania nie tylko o sprawach wojskowych.
– Ta opowieść, poruczniku, potwierdza, że wielu z nas nosi w sobie intymne problemy i bardzo często woli je trzymać w sobie. Z pewnością łączy się to z jakimiś przykrościami dla tych ludzi. Nie wszyscy są tacy wylewni jak my. – Stolz uśmiechnął się przyjaźnie. – Widocznie nie każdemu zwierzenia pomagają – dokończył.
– Tak, tylko cholera nie wiadomo, czy takich ludzi podziwiać, współczuć im, czy też być na nich złym?
– Najlepiej nie wchodzić im w drogę. Bywa, że z czasem sami się otwierają i zawiązują przyjaźnie.
Stolz obrócił fotel w stronę pulpitu sterowniczego. Główny komputer sygnalizował zbliżającą się porę nawiązania łączności z Memmingen, która miała nastąpić nad wyspą Gough na Atlantyku. W słuchawkach usłyszał potwierdzenie nawigatora. Zaczął wykonywać czynności nakazane procedurą wyświetloną na monitorze.
Pułkownik myślał jednocześnie, że opinie obu pomocników nawigatora, Kroinza i Hopfa, są identyczne z jego odczuciami. Ortlich rzeczywiście należał do ludzi skrytych, omijających dyskusje o swojej przeszłości oraz prywatnym życiu. Podczas spotkań w klubie przy kartach czy piwie, był rozluźniony, wesoły, lecz zawsze mówił o rzeczach mało istotnych, traktujących o teraźniejszości. Jak słusznie zauważył Kroinz, nikt ze znanych mu osób nie słyszał, by opowiadał o swym prywatnym życiu. I praktycznie nigdy tego nie zauważył, lub może nie chciał głośno poruszać tego drażliwego dla Ortlich tematu.
Stolz zagadnął Kroinz o Victora Ortlich, gdyż wiedział, że obaj dużo latali w jednej eskadrze tą samą maszyną. Poza tym porucznik znany był z gadulstwa, ale nie mającego nic wspólnego z plotkarstwem. Ot, lubił sobie pogadać, taka natura. Głównym przyczynkiem do sprowokowania takiej dyskusji było zachowanie Ortlich, według Stolza dziwne. Był przypadkowym świadkiem, jak pułkownik Ortlich majstrował w zamku drzwi do kabiny Ernsta Grossera. Przy tym Ortlich starał się być niezauważonym, na co wskazywały jego ruchy. Cóż mogła oznaczać ta tajemnicza wizyta, to pytanie zadawał sobie kilkakrotnie.
Podczas gry w karty w tym samym dniu, pułkownik Stolz nie dał po sobie poznać, iż był świadkiem tego niezwykłego zajścia. Całkiem możliwe – kalkulował Stolz – że Ortlich, pełniący obowiązki zastępcy, wszedł do pomieszczenia Grossera na jego polecenie. Pytać nie wypadało z różnych powodów. Ortlich miał przecież klucze, przynajmniej tak to wyglądało. Pułkownik postanowił nie ujawniać tego faktu, lecz baczniej obserwować drugiego pilota. Jeśli dalej nie znajdzie nic podejrzanego, to znaczy, że przypuszczenia były niesłuszne – postanowił.
– Nawet na moment nie wolno ci stąd odejść – przykazał Ortlich Zornowi przed wejściem do pomieszczenia Grossera. – I nie próbuj używać broni. To stateczność, gdyby ktoś wbrew twym ostrzeżeniom chciał wejść do kabiny. – Pułkownik zlustrował korytarz i zmienił decyzję. – Gdyby ktoś się upierał, wpuść go. Ja sobie z nim poradzę. Lepiej nie robić zamieszania na zewnątrz.
– Rozumiem, Victor. Ale nie powinieneś być tam zbyt długo. Moja obecność pod drzwiami może kogoś zainteresować.
– Spokojnie – odparł krótko Ortlich.
Zapukał lekko dwa razy i nie czekając na zezwolenie, nacisnął klamkę. Wszedł.
Pułkownik Ernst Grosser półleżąc na tapczanie, przeglądał wydruki komputerowe. Usłyszał, że ktoś uchylił drzwi, więc podniósł się automatycznie. Spojrzał w kierunku drzwi, marszcząc przy tym czoło.
– Aaa, to pan, Ortlich. Proszę pułkowniku – zaprosił przyjaźnie Grosser.
Ortlich podszedł i usiadł przy stoliku, który służył lotnikom podczas odpraw z dowódcą S-3.
– Bardzo przepraszam, Herr Grosser, że przeszkadzam w odpoczynku – zaczął delikatnie Ortlich. – Ale mam sprawę nie cierpiącą zwłoki. – Prawą rękę trzymał w kieszeni spodni.
Grosser wstał z tapczanu i usiadł przy głównym pulpicie spełniającym jednocześnie rolę biurka.
– Nie szkodzi. Cóż ważnego ma pan mi do przekazania? – spytał, kierując wzrok na fotografię córki. Wziął ją do ręki i postawił po przeciwnej stronie biurka, na samym brzegu, jakby tam lepiej była dla niego widoczna.
Bonn
– Guten Morgen, Herr Stein – powiedział Jurgen Hepcke, idąc w kierunku biurka szefa.
Przywitali się chłodno. Komisarz nie lubił doktora. Ogromnie irytowała go niepohamowana bezpośredniość Hepckego. Stein cenił ludzi, którzy nie owijali spraw w niepotrzebną otoczkę, jednakże bywał on dość często przesadny, a jego nadmądrość stawała się niesmaczna. Doktor był również kpiarzem, a co najgorsze często drwił sobie z potknięć wydziału, którym kierował Gustav Stein. Wszystko to sprawiało, że spotkania tych dwóch osób z reguły zamykały się na krótkiej wymianie zdań wyłącznie na służbowe tematy.
– Czy Minz także przyjechał? – spytał komisarz.
– Nie. Minz postanowił trochę tam powęszyć. Wątpię, by natknął się na coś mogącego posunąć śledztwo do przodu – odparł doktor. Pstryknął swoimi wypielęgnowanymi palcami, aby strzepnąć pyłek na nieskazitelnie wyprasowanych spodniach. Hepcke był pedantem.
– Na ile znam Minza, to z pewnością nie został tam bez powodu – odparł Stein.
– Gdy wyjeżdżałem, nic jeszcze konkretnego nie miał. W chałupie denata są pustki, jakby celowo przed śmiercią usunął wszelkie dokumenty, ślady mogące bliżej go określić. – Założył nogę na nogę. Pochylił głowę nad wstępnie sporządzonym raportem z oględzin zwłok. – To jest naprawdę zdumiewające. Komisarzu, ten Ortlich miał podobny tatuaż jak tamci trzej. Lecz tym razem obyło się bez okrutnej rzezi. Starzec się powiesił – wyjaśnił Hepcke. – Na ciele nie znalazłem niczego, co wskazywałoby na ingerencję kogoś z zewnątrz.
Komisarz z ożywieniem popatrzył na lekarza. Zdawał sobie sprawę, że to było głównym powodem pozostania Minza w mieszkaniu samobójcy.
– Tatuaż był powodem pozostania Minza na miejscu – powtórzył głośno swoje myśli.
– Jest pan w błędzie, myśląc że ktoś go zamordował. Jestem pewny, że ten człowiek popełnił samobójstwo i nikt mu w tym nie pomagał.
– Zgadzam się z panem. Tylko, że wszystko wskazuje, iż wiadomość o pięciu wcześniejszych ofiarach, gdyż najpewniej byli jego kamratami, pchnęły Ortlicha do samobójczego czynu. Prawie morderstwo, Herr Hepcke. – Stein wstał i uchylił okno. Przyglądał się nijakim wzrokiem na przejeżdżające ulicą samochody.
– Sprawa Klausa Ortlich może wiele wyjaśnić – powiedział cicho komisarz, bardziej do siebie niż siedzącego nieopodal lekarza. Odwrócił się i sam nie wiedząc czemu, zaproponował piwo swojemu rozmówcy. Podszedł do barku.
– Wolisz chłodniejsze, czy normalne? – zapytał Stein.
– Pijam tylko schłodzone, Herr Stein – odparł oficjalnym tonem, zaskoczony zaproszeniem.
Stein uchylił ukrytą w głębi mebli chłodziarkę i wydobył dwie butelki. Nalał pieniący się płyn do pękatych pucharków. Jeden z nich podał wciąż zdziwionemu lekarzowi.
Obaj mocno spragnieni wypili po sporym łyku.
Po krótkim milczeniu pierwszy zaczął dalszą dyskusję komisarz Stein.
– Albo ten weteran bitwy stalingradzkiej przestraszył się, że i jemu grozi niebezpieczeństwo z rąk tajemniczego mordercy – Stein uniósł szklankę i patrzył chwilę pod światło na musujący powoli miodowej barwy płyn. – Albo Ortlich miał z tym coś wspólnego? Pytanie zasadnicze: co pchnęło tego starego człowieka do tak desperackiego czynu? Zbyt wiele przeżył lat, by właśnie w ten sposób zakończyć życie – zastanawiał się głośno komisarz, nie licząc zupełnie na pomoc ze strony Hepckego.
– Wątpię byśmy mogli w najbliższym czasie odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Sprawa staje się co najmniej zawiła – powiedział spokojnie Hepcke. Jego dzisiejsze zachowanie było wyraźnym odstępstwem od zasad, jakie wyznawał od zawsze. Nie ironizował tym razem, co wprawiało Steina w zdumienie.
Komentarze
Prześlij komentarz