Powieść
Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 8
Bonn
– Herr Stein, wyjazd przyniósł pewne owoce –powiedział Artur Minz, wchodząc do gabinetu szefa wydziału zabójstw.
Gustav Stein wstał, by przywitać się zeswoim zastępcą.
– Minę masz Arturze całkiem, całkiem –powiedział Stain, podając dłoń Minzowi. – Siadaj. Co przywiozłeś ciekawego?
Usiedli w fotelach.
Minz rozłożył przywiezione dokumenty.
– Cała piątka – rozpoczął bez zbędnegowstępu. – Cała zlikwidowana piątka, czyli Hegel, Smith, Wirnau, Ebelman orazPruse przebywali w tym samym obozie na Syberii w latach 1947 – 1955. Pracowaliprzy rozbudowie miasta o nazwie Komsomolsk nad Amurem. Duże miasto, widnieje nawszystkich mapach.
– Co do Smitha myliłem się, nie miałtatuażu, ale był tam razem z nimi – wtrącił spokojnie Stein.
Minz zaczął szukać czegoś w kieszeniachwypłowiałej marynarki. Jego strój znacznie odbiegał starannością od innychpracowników wydziału.
– Pal, Arturze – powiedział komisarz, nieczekając na pytanie o pozwolenie, które z pewnością padłoby z ust Minza. Steinsiadł przy swoim biurku. Nie chciał kichać. Na wszelki wypadek trzymał wpogotowiu chusteczkę.
Minz zaciągnął się głęboko dymem i po chwiliwypuszczając powolnym strumieniem jasnobłękitną mgiełkę, podnosząc jednocześnienotes niemal do oprawek okularów, powiedział: – Pruse, Wirnau, Hegel i Ebelmandostali się do niewoli pod Stalingradem, natomiast Smith w okolicach Kurska.Wszyscy razem wrócili do Niemiec w 1955 roku. Najciekawsze jest to, że taczwórka mająca na rękach tatuaże, służyła w jednym pułku.
Minz przerwał. Palił papierosa i przewracałleżące przed nim dokumenty. Uważnie czegoś szukał.
– A więc zakrawa to na zagadkę o podłożuzupełnie innym, jak pierwotnie zakładaliśmy. Kto wie, czy nieznaczniepoważniejszą i o dużym zasięgu – stwierdził komisarz. Rzucił chusteczkę nabiurko, ale niemal w tej samej chwili sięgnął ręką i schował ją do kieszeni. –Znam cię, Arturze, masz w zanadrzu jakąś niespodziankę. Dane, które przedstawiłeśnie są kompletne, choć przyznam, że są rewelacyjne. W końcu mamy się za co zahaczyć.
Minz wykonał ustami coś na kształtzagadkowego uśmiechu i spojrzał znad okularów w kierunku szefa.
– Nie nazwałbym tego niespodzianką – rozpocząłMinz. – Archiwum jest doskonale zorganizowane. Pełna komputeryzacja i w ogóle.Szukałem punktu zaczepienia i bardzo szybko otrzymałem od uprzejmego urzędnikaw alfabetycznym zestawieniu wydruk nazwisk osób, które walczyły razem zPaulusem, a po kapitulacji trafiły nad tę syberyjską rzekę. Przeraziłem się,było tego 14850 chłopa.
Stein ścisnął na moment usta. Podana ilość ijego przygniotła.
– Szukanie… – zawahał się – szukanie kroplico najmniej w morzu – dokończył.
– Niezupełnie, Herr Stein. – odparł Minz. – Oskarprzepuścił tę listę przez centralny komputer. Razem z Erichem dokonali selekcji,wykluczając osoby, które zmarły wcześniej. Zostało – spojrzał w notes – 126mężczyzn.
– Ooooo, to już kropla w niewielkim bajorze– powiedział komisarz wstając. Twarz mu się rozpogodziła. Wiedząc, że Minzdogasił niedopałek, odczekał aż pracujący na suficie wentylator rozwiał resztkidymu i podszedł do stolika. Usiadł na czarnym, skórzanym fotelu, tuż obokzastępcy.
– Analizowałem tę listę – kontynuował Minz.– Wprowadziłem te wyselekcjonowane nazwiska ponownie do komputera w program ewidencjiludności i otrzymałem obecne adresy tych mężczyzn oraz podstawowe o nich dane.
Minz zaczął ponownie przeglądać rozłożoneluźno kartki. Stein nie przerywał, cierpliwie czekał na dalsze wiadomości.
– Dwudziestu jeden z nich przebywa oddłuższego czasu w specjalistycznych szpitalach. Oskar dzwonił do wszystkich. Tagrupa, to w większości bardzo schorowani starcy, część z nich cierpi naParkinsona i Alzheimera. Od nich już nikt prawdopodobnie nic się nie dowie.Erich zlokalizował trzydziestu w domach starców. Postanowiłem tych takżewykluczyć z listy. Ktoś likwidując tę piątkę czegoś się prawdopodobnie obawiał.Nie wiemy czego, lecz nie widział zagrożenia wśród pensjonariuszy tych domów.Tam nie było żadnej ofiary.
Minz przesunął wyżej okulary, które jeszczechwila a spadłyby mu z czubka nosa.
– Po wykonaniu prostego działaniaarytmetycznego, zostaje nam sześćdziesięciu dziewięciu – dokończył i położyłprzed Steinem listę wybranych osób.
Minz zaczął układać dokumenty.
Stein zapoznawał się w ciszy z nazwiskami izałączonymi do nich krótkimi notatkami.
– Nie jest tego wiele. Należy dobraćodpowiednich ludzi i odnaleźć ich jak najszybciej. Może przypomną sobie, cozaszło między nimi, że spowodowało po latach tę falę morderstw. Nie mogła tobyć błacha sprawa. Zgadzasz się, Arturze? – spytał komisarz, kładąc notatki nastoliku.
– Pozwoliłem sobie, Herr Stein, wydać w tejsprawie dyspozycje. Po prostu szliśmy za ciosem – odparł Minz.
– Dobrze, bardzo dobrze – powiedział Stein,zacierając mocno dłonie.
– W tej chwili Oskar i Erich zbierają zposzczególnych komisariatów wywiady środowiskowe. Prosiłem ich o dalekoposuniętą dyskrecję, by nie pokpić sprawy. Musimy czekać.
Gustav Stein wstał, założył ręce do tyłu iprzeszedł dwukrotnie po całej długości gabinetu. Myślał.
– A jednak chłopcy się przydali – powiedziałkomisarz bez cienia ironii.
– Tak, tym razem, panie Stein, byli mibardzo pomocni. Znacznie przyspieszyli analizę dokumentów – potwierdził Minzsłowa szefa.
Usłyszeli pukanie do drzwi. Obajrównocześnie odwrócili głowy.
– Bitte! – powiedział głośno komisarz.
Wszedł porucznik Erich Gruber.
– Panie Minz – zwrócił się nieśmiało dozastępcy szefa wydziału. – Odpadł nam jeszcze jeden. Przed chwilą z ośrodkainformacji nadeszła lista śmiertelnych wypadków z ostatniej doby.
– Jak się nazywa? – zapytał Minz prostującplecy.
– Klaus Ortlich – odpowiedział porucznik ipodał wydruk.
– Danke – odpowiedział Minz. – Badajciedalej.
Grabner skinął grzecznie głową i opuściłpokój.
Minz przeczytał przyniesioną wiadomość.Podał pismo Steinowi, mówiąc: – Klaus Ortlich powiesił się w swym mieszkaniu.
Ich spojrzenia skrzyżowały się. Obajzrozumieli, że to może być właściwy ślad. Wypadki samobójstw ludzi w wieku Ortlichzdarzały się w Niemczech niezwykle rzadko. W karierze Steina może ze dwa razy,nie więcej.
– Arturze, jedź tam. Ja zostanę, być możeOskar lub Erich natrafią na coś konkretnego – polecił komisarz.
„Nocny Ptak”
S-3 przebył jedną trzecią odcinka, jaki miałdo pokonania lecąc z nad Sri Lanki do Cape Horn, kiedy po skończonej służbiepułkownik Kalus Ortlich wezwał dyskretnie majora Markusa Zorna do swojegopokoju. Operacja, zaplanowana przez najwyższe dowództwo GRU, miała wejść wkolejna fazę realizacji.
– Czas rozpocząć wykonanie jednego zważniejszych punktów w moim planie – powiedział pochylony nad stolikiempułkownik Ortlich.
Major wykrzywił usta w dziwnym grymasie, iwykonując ruch głową świadczący o zakłopotaniu, zapytał: – Jaka jest moja rolaw tej części operacji?
– Bardzo prosta. – Ortlich usiadł. – Kiedywejdę do Grosser, ty masz krążyć po korytarzu w pobliżu drzwi i nie dopuścić,aby ktokolwiek nam przerwał. Każdemu, kto podejdzie, tłumacz, że prowadzę zGrosserem ważną rozmowę i ty jesteś następnym w kolejce umówionym na spotkanie.Dawaj jednocześnie do zrozumienia, iż to potrwa bowiem omawiamy kolejne zadaniaprzewidziane w programie lotu. Nic więcej. Raczej nie powinieneś mieć kłopotów,gdyż wszyscy dobrze wiedzą, że Grosser skończył niedawno służbę i odpoczywa.Musiałaby być to nadzwyczajna rzecz, a na taką się nie zanosi. To my mamy ważnąsprawę! – podkreślił kończąc.
Zorn przytaknął milcząco, ale po krótkimzastanowieniu, pociągając nerwowo ustnik do połowy wypalonego papierosa, odparłkrótko: – Ryzykowne posunięcie.
Major, mimo, że wcześniej rwał się do akcjii ponaglał pułkownika, zrobił minę wskazującą, iż teraz, kiedy rozpoczyna siękonkretne działanie jego zapał zamienił się w obawy i strach.
– Ryzyko jest zawsze, verflixt! – Ortkichuderzył pięściami o stolik, aż podskoczyła popielniczka. – Przeprowadzę z nimte rozmowę teraz. Jeśli się uda, za około dziesięć, góra dwanaście godzinmożemy być już bezpieczni na jednym z sowieckich lotnisk. Sądzę, że tak się stanie.On ją bardzo kocha i zrobi wszystko, by jej nie stracić.
Zorn popatrzył roziskrzonymi źrenicami wtwarz pułkownika.
– Dobrze… ale musimy brać pod uwagę wszelkieewentualności. A jeśli on się nie złamie? Przecież należy do twardych iambitnych dowódców. – Zorn splótł ramiona na klatce piersiowej. Odważna postawaOrtlicha rozwiązała mu język. – Co wówczas? Może dojść do alarmu na pokładzie samolotu,ogólnej paniki. Bierz pod uwagę, że nas jest tylko dwóch. Zostaniemyrozszarpani na strzępy zanim cokolwiek uczynimy w swojej obronie. Ta analizanie jest pokierowana strachem, jak zapewne myślisz, lecz wciąż zastanawiam się,czy twoje rozwiązanie jest słuszne i będzie skuteczne. Należy pomyśleć, cozrobimy w przypadku niewygodnej dla nas sytuacji? Jak postąpimy, jeśli niezdołasz przeciągnąć Grosser na nasza stronę?
Ortlich z wielkim wysiłkiem starał sięopanować podniecenie, jakie Zorn spowodował swoim potokiem niepewności. Zbierałprzez moment myśli, by odparować - jego zdaniem - niesłuszne przypuszczeniawciąż przestraszonego kompana.
Siedzieli obaj przy stole, wykonanym przezzmyślnego projektanta z grubej, przeźroczystej pleksi o odcieniu granatu.Pracująca niezawodnie klimatyzacja nie pomagała, po prostu nie nadążała, nadnimi unosiły się kłęby jasnego dymu. Palili papierosy jeden za drugim.Popielniczka ledwie mieściła piramidę niedopałków.
Ortlich podniósł się z krzesła, rozprostowałodrętwiałe członki. Oparł się dłońmi o błyszczący blat obficie zaprószonypopiołem i ugiął ręce w łokciach. Wyglądał teraz przy siedzącym Zornie, jakogromne, drapieżne ptaszysko z rozcapierzonymi łapskami. Szykował się do skoku.
– Nie będzie żadnej paniki, Zorn! –powiedział prosto w twarz skulonego w tym momencie, chyba rzeczywiścieprzestraszonego majora. – Po to tu jesteśmy! Wykonuj tylko precyzyjnie mojepolecenia. O resztę niech ciebie głowa nie boli. – Trzasnął otwartą dłonią wblat. – I nie rób nic na własną rękę, gdyż nie masz za wielkiej wyobraźni.Opanuj się, Zorn, nie jesteś chyba zafajdanym smarkaczem, lecz agentem wywiadu– upomniał ostro na koniec, aby przywołać do porządku partnera. Mówił wciążgłośno, choć to opanowanie przed nerwami i strach przed niewiadomą, w tejprzynajmniej chwili, było potrzebne bardziej jemu niż Zornowi. – Spotkamy sięza dziesięć minut przy drzwiach kabiny Grossera. Zjawimy się tam oddzielnie, jakbybyło to zwykłym zbiegiem okoliczności. Dla zabezpieczenia zabierz pistolet ztłumikiem.
– Jawohl! – odparł karnie Zorn, zapewneotrzeźwiony, a i nieco przerażony stanowczością Ortlicha.
Pułkownik patrząc za wychodzącym majorem,dodał już spokojniejszym tonem: – Przestań trząść tyłkiem, bo spartolimy całąakcję i skończymy w czeluściach któregoś z oceanów. A przecież, Markus, tegoobaj nie chcemy. No, trzymaj się.
Wychodzący oficer nie skomentował ostatnichzdań swego dowódcy. Pomyślał jedynie: nerwowy, ale zawzięty – z nim musi sięudać. W tych samych sekundach Ortlich myślał o Zornie: wypłoch, jak mogliprzydzielić takiego prostaka do tak poważnej operacji?
„Nocny Ptak”, najnowocześniejszy statekpowietrzny świata mknął z prędkością przekraczającą nieco dwukrotna liczbęMacha, na wysokości 36 tysięcy metrów.
Pułkownik Thomas Stolz, pełniący właśniesłużbę, wykonał przegląd sprawności podzespołów i przyrządów pokładowych orazskonsultował obecne położenie samolotu z nawigatorem. Nie było najmniejszychzakłóceń. Genialne głowy i ręce niemieckich naukowców i konstruktorów dokonałyrzeczy niewiarygodnej. Lecieli spokojnie wyznaczonym kursem, według ocen swoichi ośrodków naziemnych przez nikogo dotychczas nie zauważeni. S-3 zmierzał wkierunku Ameryki Południowej.
Na tym odcinku samolot kierowany byłautopilotem, a wszelkie odstępstwa od kursu korygował natychmiast komputersprzężony z urządzeniami nawigacyjnymi, które pracowały w trzech niezależnychsystemach. Ta wszechstronna komputeryzacja pozwoliła odprężyć się pułkownikowiStolzowi, który rozparł się wygodnie w fotelu i popijając kawę przyglądał sięna parametry wyświetlane na monitorach.
Postanowił zagadnąć siedzącego obok leutnantaDawida Kroinza, który podobnie raczył się aromatyczna kawą i śledził wskazaniaprzyrządów. Kroinz pełnił rolę pomocnika nawigatora, w praktyce zaś oficerałącznikowego, głównie do uzupełniania kontaktu z kabiną nawigatorów istanowiskiem dowodzenia.
– Jak się panu podoba praca na S-3, Kroinz?– spytał Stolz.
Leutnant wypił łyk kawy i odpowiedział:
– Phantastisch, Herr Oberst, pełen komfort ipraca bez dodatkowych przeciążeń. To jest naprawdę cacko.
Thomas Stolz obrócił fotel w kierunkupomocnika.
– Tak, to prawda. Nigdy nie myślałem, żeprzyjdzie mi latać tak wspaniałą maszyną. Szczyt techniki – potwierdził opinię.– Długo latasz? – spytał Stolz, przyjmując formę bezpośrednią.
Leutnant spojrzał na wskaźniki, a następnietakże obrócił fotel tak, by siedzieć twarzą do pułkownika. Spodobało mu się, żeStolz podjął dyskusję. Nie lubił typowych służbistów i mruków.
– Niedługo będzie dziesięć lat. Mam na myśliduże transportowce. Ostatnio latałem wyłącznie na amerykańskich z klasy C.Dobre i bezpieczne maszyny, choć trzeba przyznać, że prymitywne w porównaniu doS-3.
Stolz taksował wzrokiem leutnanta. Czekał zzadaniem właściwego pytania. Postanowił wprowadzić jeszcze większerozluźnienie.
– Ajak żona znosi tę rozłąkę? Z tego co wiem, większość kobiet jest w takich sytuacjachwyrozumiała tylko na początku małżeństwa.
Kroinz należał do rozmownych, więcodpowiedział bez zastanowienia na to standardowe pytanie.
– Pułkowniku, wbrew lamentom, jakie słyszy sięod kolegów, moja Rosa nie robi mi większych wyrzutów. Twierdzi, że chciała miećmęża lotnika i godzi się na te częste rozstania. Przestrzega tylko ciągle, abymlądował na kołach. I dzięki Bogu, na razie nie było przykrych niespodzianek.
Stolz wciągnął go w dyskusję.
– Macie szczęście, poruczniku. Mojemałżeństwo to już daleka historia. Poślubiłem kobietę, która może i lubiłamundur lotnika, ale szalenie męczyły ją rozstania. Poświęciła się innym,bardziej przyziemnym celom. Staram się o tym zapomnieć i nie często wracam dotego przykrego okresu mojego życia.
Komentarze
Prześlij komentarz