Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 16

   – Zabrzmi to pewnie dziwnie, ale zaprosiłem pana, Kroinz, ze znacznie poważniejszego powodu, niż degustacja piwa oraz przeprowadzenie jednej ze standardowych rozmów, jak niedawno nazwał pan naszą pogawędkę podczas pełnienia służby.
   Stolz postanowił nie czekać dłużej z wyjawieniem powodu spotkania. Podsunął krzesło bliżej stolika, oparł łokcie na blacie i nachylił się mocno do przodu. Nadał spotkaniu atmosferę tajemniczości, która natychmiast udzieliła się słuchaczowi. Kroinz także, choć jeszcze w tej chwili nie zdawał sobie sprawy z wagi informacji jaką usłyszy, zbliżył się w kierunku pułkownika.
   – Uważam, że śmierć Grossera – zaczął Stolz ściszając głos – nie nastąpiła w sposób naturalny, lecz została spowodowana czyjąś ręką. – Przerwał, by przyjrzeć się reakcji młodego słuchacza.
   Oczy Kroinz rozwarły się do rozmiarów pięciomarkowych monet. Wyprostował się na krześle, niemal wgniatając plecy w poziome poprzeczki oparcia. Pociągnął raz za razem dwukrotnie papierosa i, po wypuszczeniu ogromnych kłębów dymu, otworzył szeroko usta. Upłynęło dobrych kilka sekund nim opanował się i bardzo spokojnie stwierdził: – Ale takie podejrzenia trzeba poprzeć konkretnymi dowodami.
   Stolz pozbył się głośno powietrza z płuc.
   – Nie mam ich… niestety. Sądzę, że wspólnie moglibyśmy trochę powęszyć i być może trafimy na jakieś ślady. Jesteśmy w powietrzu, więc by wrócić do Niemiec bez szwanku musimy się spieszyć, poruczniku. Jeśli ktoś rzeczywiście maczał w tym palce, to także będzie się spieszył. Cel może być różny, ale do głowy przychodzi tylko jeden – porwanie.
   Porucznik Kroinz stał się na powrót spokojny, jakby zszokowanie, które przed chwilą przeżył nie miało miejsca. Stolz zapamiętał ten dziwny moment.
   – Owszem, ma pan rację pułkowniku. Tylko czy leży w naszych kompetencjach tego typu nieformalne śledztwo. Może powinniśmy zawiadomić bazę? Jeśli oczywiście pańskie podejrzenia są słuszne.
   – Powiadomienie Memmingen należy wyeliminować. Natychmiast przypuszczalni wrogowie dowiedzieliby się o tym. Nie wiadomo ilu mają ludzi i na jakich stanowiskach. – Stolz wyprostował plecy. – Natomiast jeśli chodzi o kompetencje… – ponownie przerwał. Westchnął, wziął do ręki pudełko z papierosami i przyglądał się przez chwilę namalowanemu na niej wielbłądowi. Nagle wyjął jednego papierosa, ale nie przypalił go.
   – Posłuchaj, Dawidzie – Stolz po raz pierwszy zwrócił się do porucznika po imieniu. – Kompetencje mamy, i to najlepszego gatunku. Jestem pracownikiem kontrwywiadu. I właśnie moim zadaniem jest rozwiązywanie dwuznacznych sytuacji, które mogą mieć wpływ na bezpieczeństwo lotu S-3 i oczywiście jego ludzi. Mam duże pełnomocnictwa, ale nie przypuszczałem, że będę zmuszony je wykorzystać. – Pułkownik wyjął z zewnętrznej kieszeni, wiszącego na oparciu krzesła munduru, niewielką legitymację i podął ją porucznikowi. Teraz był wiarygodny. – Oczywiście w swoich domysłach mogę się mylić – kontynuował. – I oby tak było, lecz moim obowiązkiem jest sprawdzenie wszelkich, nawet nieprawdopodobnych zakłóceń w normalnym funkcjonowaniu programu, jaki przewiduje ten lot. – Stolz ponownie pochylił się w kierunku słuchającego go z uwagą oficera. – Poruczniku Kroinz, w tej sytuacji pańskim obowiązkiem jest udzielić mi wszelkiej pomocy w przeprowadzeniu śledztwa, które może wyeliminować ewentualne zagrożenie bezpieczeństwa załogi i samolotu.
   Kroinz cmoknął ustami z wrażenia.
   – Rozumiem, pułkowniku. Jestem do pana dyspozycji – odpowiedział z niemałym przejęciem leutnant, oddając jednocześnie legitymację, której zawartości nie bardzo się przyglądał.
   Thomas Stolz dopiero teraz przypalił trzymanego w palcach papierosa. Głęboko odetchnął, zadowolony, że jego wybór był trafny. Bez zbędnych ceregieli i niepotrzebnych wywodów wciągnął Kroinz do współpracy. Teraz już nie był sam.
   – Herr Stolz – odezwał się po chwili porucznik, patrząc w zamyślone oczy pułkownika. – Przypuszczenia, jakie pan raczył wysunąć w kwestii dwuznacznej śmierci Ernsta Grossera nie są jak myślę jedynymi, które spowodowały domysły o możliwości… no, na przykład… powiedzmy sabotażu. I zapewne podejrzewa pan konkretne osoby – zauważył kończąc.
   Stolz spojrzał żywym wzrokiem na młodzieńca. Uśmiechnął się lekko ze ściśniętymi ustami. Jeszcze raz pogratulował sobie w myśli takiego wyboru. Zatarł z zadowolenia dłonie.
   – Doskonale, poruczniku, całkiem logiczne rozumowanie. Tak, co do jednej osoby mam podstawy sądzić, że miała z tym coś wspólnego. Druga osoba też wykazuje nienaturalne zachowanie, której wcześniej nie zauważyłem. Należy raczej do ludzi wesołych i opanowanych. Obecnie bardzo raptownie się zmienił.
   Wysączyli piwo do dna. Stolz nie kwapił się z wyciągnięciem następnych butelek. Nadszedł moment, pomyślał, aby przedstawić sposób działania. Czasu było naprawdę niewiele.
   – Poruczniku, przede wszystkim musimy przejrzeć kabinę pułkownika Otlicha. Sądzę, że właśnie on pełni rolę kierowniczą. Aby wykonać to bezpiecznie, ja pójdę do niego z wizytą do jego nowej siedziby, którą przejął po Grosserze. Pan natomiast w tym czasie dokładnie przeszuka pokój. Nie sądzę, by w tak krótkim czasie przeniósł swoje rzeczy do nowej kabiny. Ten klucz otwiera wszystkie drzwi. – Podał porucznikowi dziwnych kształtów niewielkie podłużne narzędzie i opisał krótko sposób posługiwania się nim. – Ma pan na to maksimum dziesięć minut. Spotkamy się u mnie za następne dziesięć minut i omówimy kolejne kroki działania. Proszę zwracać uwagę na wszystko, co według pana wydaje się nienaturalne.
   Porucznik Kroinz schował do kieszeni klucz. Dogasił papierosa.
   – Nigdy nie zajmowałem się takimi rzeczami, ale sądzę, że nie będę miał kłopotów z wykonaniem tego prostego zadania.
   – Cieszę się poruczniku, że poznałem takiego śmiałego wspólnika – powiedział Stolz. – Nie pozostaje nam nic innego, jak wkroczyć do akcji. Powodzenia – zakończył.

Bonn
   Od chwili wyjścia komandora Agusta Stucka mijała minuta za minutą, a w gabinecie komisarza bońskiego wydziału zabójstw panowała zupełna cisza. Jakoś nikt, ani komisarz Stein, ani Artur Minz nie kwapili się aby ją przerwać. Obaj z różnych powodów: Stein szukał delikatnego sposobu, by wytłumaczyć kwestię zatajenia sprawy dotyczącej Trudy Grosser, natomiast bardzo poważny w tej chwili Minz okazywał wyraźne zmartwienie z powodu faktów, które przekazał im nieprzyjemny w swym sposobie bycia komandor.
   Stein, wciąż milczący, wstał i nie pytając o zgodę swojego podwładnego, napełnił dwie szklanki chłodnym piwem, z których jedną postawił przed zamyślonym głęboko Minzem.
   Komisarz zdawał sobie doskonale sprawę, że musi natychmiast wytłumaczyć ukrywany przypadek Trudy Grosser, ale wciąż nie wiedział jak się do tego zabrać. Cisza stawała się coraz bardziej nieznośna. Natomiast Minz nie czekał na wytłumaczenie, wiedział jakie ma prawa przełożony. Jego myśli zaprzątała inna sprawa, lecz Steinowi wydawało się, że właśnie na to czeka.
   Komisarz chwycił nagle słuchawkę i wybrał numer do pokoju Grubera, który na pytanie o pannę Grosser odpowiedział, iż z samego rana pozwolił sobie położyć raport w tej sprawie na biurku szefa. Stein uprzejmie przeprosił. Rzeczywiście, po przejrzeniu dokumentów leżących w nieładzie, znalazł dwie kartki zapisane pismem maszynowym z nagłówkiem „Stuttgart – T.G.”. Kiedy ten Gruber sypia, pomyślał komisarz, i zapoznał się z treścią notatki. Wynikało z niej, że panna Grosser miała na uczelni dobrą opinię. Od jakiegoś czasu nie rozstawała się z młodym człowiekiem, który studiował na innym wydziale. Każdy z przesłuchiwanych przez Grubera twierdził, iż byli rzeczywiście nierozłączną parą. Niestety, z chwilą, gdy Truda Grosser została przewieziona do szpitala z wyraźnymi objawami choroby, student zniknął bez śladu i nikt nie jest w stanie powiedzieć, kim tak naprawdę był. W jego aktach na uczelni widniał krótki wpis, że pochodzi z Lubecki i nie posiada krewnych. Nie potrzeba wielkiej filozofii, aby stwierdzić na tym etapie sprawy kim mógł być naprawdę.
   Komisarz Stein skończył czytać. Wstał i przysiadł się do stolika, przy którym siedział ciągle milczący Artur Minz.
   – Arturze, przepraszam – zaczął komisarz. – Nie miałem żadnego celu, by ukrywać przed tobą przypadek tej Grosser. Po prostu widząc, że jesteś zajęty i głęboko tkwisz w obecnym śledztwie, nie chciałem zaprzątać tobie tym głowy. Och, gdybym wiedział, iż łączą się one z tą całą aferą… – Westchnął i wytarł wilgotny nos. – Sprawą zainteresował mnie przypadkowo doktor Hepcke. Całkiem prywatnie opowiedział mi historię zasłyszaną od swojego kolegi pracującego w instytucie hematologii. Prawdziwy zbieg okoliczności. – I opowiedział Minzowi wszystko, co wie na ten temat, z najdrobniejszymi szczegółami, włącznie z treścią ostatniego raportu sporządzonego przez Grubera.
   – Znasz mnie – ciągnął dalej Stein – i wiesz, że lubię się zająć takimi niecodziennymi przypadkami, choroba zawodowa a i zwykła ludzka ciekawość. W czasie, kiedy doszło do spotkania z doktorem, ciebie nie było w Bonn. Później wyleciała mi zupełnie ta sprawa z głowy. Uzmysłowiłem sobie wagę tego zamieszania wokół Grosser, gdy ten gburowaty Stuck opowiedział nam o Ortlichu i Grosserze. Nie byłem więc wcale zdziwiony notatką Grubera. Ze słów komandora jasno wynika, że obie sprawy idealnie się zazębiają i niewątpliwie powiązane są z wywiadem. – Stein zakończył swoje usprawiedliwianie. Nie musiał tego czynić, lecz zrobił to z szacunku do zastępcy. Nieco zmęczony, otarł zakatarzony nos. Zerkał w kierunku Minza, w oczekiwaniu na jego reakcję.
   Minz nawet nie drgnął przez cały czas opowieści komisarza. Jego twarz ciągle zdradzała głębokie zamyślenie.
   – Ależ komisarzu – odezwał się wreszcie Minz. – Nie mam do pana najmniejszych pretensji. Tylko, że gdybym znał sprawę wcześniej, mógłbym odpowiednio wyjaśnić ją temu wyniosłemu oficerowi marynarki. Z drugiej strony, może i wyszło to na dobre. Okazuje się bowiem, iż wojskowi wiedzą na ten temat znacznie mniej od nas. Przynajmniej jeśli chodzi o Ortlicha. Tak… zgadzam się z panem, komisarzu, że natknęliśmy się w naszym śledztwie na bardzo delikatną sprawę, której korzenie tkwią znacznie głębiej niż pospolite morderstwa. Ale w takiej sytuacji nic nam to nie daje, gdyż nie możemy jej dalej prowadzić bez porozumienia z kontrwywiadem. Sądzę, że po zapoznaniu się z naszymi materiałami odbiorą nam ją i laury zbierze ktoś inny. Może nawet ten marynarzyk – zakończył szyderczo Minz, ale i z wyczuwalną nutą zazdrości.
   Stein odsunął od siebie szklankę z piwem.
   – Cała ta afera przerasta nasze kompetencje, także technicznie nie jesteśmy do niej przygotowani. Co w takim razie proponujesz, Arturze?
   Minz dopił piwo. Wytarł usta chusteczką i nadal bardzo poważny, powiedział: – Odpada wersja pospolitych morderstw. Jest to, tak mi się wydaje, niezwykle skomplikowana rozgrywka wywiadu wschodniego, która ma swoje początki jeszcze w czasach wojny lub okresu tuż po niej, kiedy sowieci przetrzymywali naszych żołnierzy w niewoli. Ta rozciągnięta w czasie gra osiągnęła kulminacyjny punkt właśnie teraz, po tylu latach. Wszystkie morderstwa zostały prawdopodobnie popełnione wyłącznie po to, by wyeliminować niewygodne osoby, które w mniejszym lub większym stopniu coś na ten temat wiedziały. Zlikwidowano ich, gdyż mogły zupełnie nieświadomie zepsuć finał tej długotrwałej akcji. A on z pewnością już wkrótce nastąpi, lub też już się dokonał. – Minz przetarł okulary. – Samobójstwo Ortlicha… On musiał wiedzieć bardzo dużo. Wiedział zapewne, że rozpoczął się kulminacyjny moment całej operacji i wiedział, że zjawi się u niego, podobnie jak u innych jego kolegów, likwidator niewygodnych śladów. Powiesił się, aby oszczędzić sobie widoku oprawcy. – Odwrócił się twarzą do Steina. – Tylko kontrwywiad, łącząc swoje informacje z naszymi, może rozwikłać tę zagadkę. Nie pozostaje nam nic innego, komisarzu, jak natychmiast przygotować akta i przesłać pod wskazany przez komandora adres.
   – Nie wątpię, tok twojego rozumowania jest słuszny, Arturze. – Stein wstał i przeszedł w stronę okna. – Mówiąc szczerze, nieco zdziwiło mnie zachowanie Stucka. Pomijam już jego brak kultury. Przecież w takich przypadkach, kiedy sprawy dotyczą ważnych misji państwowych, a ta akurat na taką wygląda, powinien osobiście po naszej rozmowie zabrać ze sobą akta. On tym czasem każe je sobie przesłać przez kuriera. Każdy doskonale wie, że taka dokumentacja, kiedy patrzą na nas oczy całych przestraszonych Niemiec, prowadzona jest bardzo skrupulatnie, na bieżąco i nie potrzeba czasu, by zebrać ją do jednej teczki.
   Słowa komisarza zmieniły twarz Minza. Nad czymś chwilę myślał, aby powiedzieć: – Nie wiem, jak wytłumaczyć postępowanie komandora, ale być może jesteśmy na tropie niezwykle ważnej operacji sowietów, wymierzonej w bezpieczeństwo naszego kraju. Dane, jakie posiadamy mogą ewentualnie przeszkodzić decydentom z Brelina Wschodniego a najpewniej z Kremla. Cofam, komisarzu, to co niedawno powiedziałem odnośnie dostarczenia naszych akt. Uważam, że powinniśmy natychmiast udać się do siedziby kontrwywiadu, i to do samego szefa, a nie komandora Stucka. Ma pan rację, w jego zachowaniu – analizując dopiero teraz jego mocne wejście do tego gabinetu – było rzeczywiście coś nienaturalnego. To nie była arogancja, to moim zdaniem była próba ukrycia strachu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie