Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 15

   – Owszem, był telefon tuż przed pana przybyciem. Powiedziano mi jedynie, że niebawem zjawi się u nas pracownik kontrwywiadu. Nic poza tym – powiedział oględnie Stein. W myśl uzgodnień z Minzem, postanowił nie ujawniać pierwszy znanych ich faktów.
   Komandor na dźwięk takiej odpowiedzi jeszcze bardziej spoważniał, choć tak naprawdę wyglądało to na nadęcie trąby przed wydaniem głośnego odzewu.
   – Sprawa pierwsza – zaczął ponownie służbowo Stuck – dotyczy pułkownika Victora Ortlicha. Moi przełożeni chcą znać przyczynę tak intensywnych poszukiwań tego oficera przez policję. – Stuck rozluźnił się nagle, gdyż odstawił teczkę obok oparcia fotela i ostentacyjnie założył nogę na nogę, co wcale nie świadczyło, że automatycznie zmniejszyło poziom sztucznej, śmiesznej powagi. Przynajmniej tak to wyglądało.
   Minz przestał wyprawiać cuda na swojej twarzy. Zaczął intensywnie myśleć, pojął w mig, iż kontrwywiad wie bardzo mało, albo zupełnie nic. W przeciwnym razie komandor nie robiłby z siebie pośmiewiska, a po prostu kazał wydać akta i zamknął wydziałowi zabójstw sprawę.
   Minz wymienił krótkie spojrzenie z komisarzem Steinem i otrzymał milczącą zgodę na prowadzenie rozmowy z tym nad wyraz ważnym marynarzem.
   – Herr Stuck, nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Nasi ludzie jedynie sumiennie wykonują swoje obowiązki. Nie rozumiem, czym mogliśmy się narazić i poruszyć górę Spionageabwehr.
   – Nie staram się podważać sprawności i skuteczności działania policji. Wykonuję jedynie polecenia generała Lindemana – odparł komandor.
   Obaj policjanci spojrzeli na siebie z lekkim uśmieszkiem na ustach, wiedząc bardzo dobrze, że komandor doskonale zna sytuację, przynajmniej na tyle, na ile dotyczyła ona Ortlicha.
   – Ojciec pułkownika Ortlicha, Klaus, popełnił samobójstwo i naszym obowiązkiem jest odnalezienie najbliższych osób z rodziny, która naświetliłaby być może prawdopodobną przyczynę tego desperackiego kroku, oraz aby zajęła się pogrzebem. Tak się jakoś składa, że dotychczas nie udało nam się ustalić miejsca pobytu jego syna. Natomiast innej rodziny, z tego co wiemy, Klaus Ortlich nie posiada.
   Gustav Stein ponownie się uśmiechnął. Spodobała mu się wypowiedź Minza, co wyraził nie tylko na twarzy, ale także zatarł dłonie nie skrywając zadowolenia z tego powodu.
   Komandor uparcie udawał, że nie dostrzega ironii skierowanej w jego stronę od początku spotkania.
   – Pułkownik Ortlich pozostaje w dyspozycji najwyższych władz wojskowych. Obecnie pełni bardzo ważną misję i niemożliwym jest, aby mógł rozwiać jakieś wątpliwości oraz uczestniczyć w pogrzebie ojca. Proszę zająć się sprawą pochówku i wystawić rachunek wojsku.
   A więc wdepnęliśmy w bardziej poważną sprawę, jak przed godziną słusznie przypuszczaliśmy, pomyślał Minz.
   – Teraz rozumiemy – stwierdził krótko zastępca komisarza Steina.
   Oficer marynarki ponownie wyprostował plecy i zerknął na teczkę, sprawdzając być może, czy ponadludzkie siły mu jej nie sprzątnęły. Ułożył kolana na powrót obok siebie i tonem rozkazującym powiedział
   – Aby zakończyć tę sprawę, uważam… mój szef uważa – poprawił – iż powinniście panowie odwołać poszukujących pułkownika ludzi i nie interesować się więcej jego osobą.
   – Oczywiście, Herr Stuck, jest to dla nas rozkazem – odparł natychmiast Minz tonem, w którym czuło się lekki powiew szyderstwa.
   Komisarz słuchał z pełnym podziwem, gdyż dawno nie widział swojego zastępcy w tak nerwowej akcji. Zawsze spokojny Minz, nawet w sytuacjach napiętych, wydawał się teraz także opanowany, ale nie w ocenie dobrze znającego go Steina.
   – Wspomniał pan o jakiejś drugiej sprawie, komandorze – powiedział zupełnie spokojnie Stein.
   – Tak. Doszły nas słuchy, iż na czyjeś polecenie, a sądzimy, że pana, Herr Stein, wasz pracownik Erich Gruber węszy wokół Trudy Grosser. Życzeniem mojego szefa jest, by zaprzestano tego nieformalnego śledztwa. Prowadzimy w tej sprawie własne dochodzenie i niepotrzebnie dublujecie poczynania naszej komórki. Po prostu, leży to w kompetencji naszych służb – zakończył wyniośle komandor.
   Minz okazał wyraźne zdziwienie tą informacją, gdyż jako pracownikowi wydziału nic mu nie było wiadomym na temat tej drugiej sprawy.
   Komisarz Stein był również zaskoczony, ale z innego powodu niż jego lojalny zastępca. Wziął z biurka chusteczkę i powoli ocierał zakatarzony nos. W wydziale, w jego wydziale – myślał komisarz – znajduje się wtyczka kontrwywiadu. I choć Stuck znał dokładnie poczynania Grubera, to komisarz w żadnym razie nie podejrzewał go o zdradę. Gruber był godny zaufania, co wielokrotnie udowodnił. Nie, musi istnieć ktoś inny, ale mający w równym stopniu dostęp do najważniejszych dokumentów i tajemnic wydziału zabójstw. Ten ktoś pracuje znacznie dłużej od Grubera, jeśli odważa się na współpracę z kontrwywiadem. Ktoś sprytnie wciśnięty przez wojskowych, albo skaptowany stary pracownik, któremu w wydziale ufano. Komisarz postanowił zająć się tym później. Nie znosił donosicielstwa, a tym bardziej inwigilacji ze strony innych służb.
   Stein wstydził się w tej chwili wobec Artura Minza, przed którym nie miał nigdy tajemnic, a teraz ukrył działania nad przyczyną niezwykłej choroby Trudy Grosser.
   – Śledztwo było legalne, komandorze, tyle że prowadzone nadzwyczaj dyskretnie, ze względu na niezwykłość sprawy – krótko wytłumaczył komisarz.
   – Wynika z tego, co usłyszałem, że b y ł o – podkreślił Stuck. – Rozumiem, i tak przekażę swoim przełożonym. Dziękuję panie Stein, o to chodziło.
   Komandor stawał się coraz bardziej bezczelny. Chwycił teczkę i położył szybkim ruchem na kolana. Wyprostował plecy do granic.
   – Temat pułkownika Victora Ortlicha i córki pułkownika Ernsta Grosser znika od tej chwili z grafików pańskiego wydziału. Proszę wszystkie akta przesłać przez kuriera z nazwą podanego wydziału Spionageabwehr i kilkoma, niewiele mówiącymi zwykłemu śmiertelnikowi, cyframi.
   Gustav Stein wywnioskował po zachowaniu komandora, że jego wizyta dobiegła końca.
   – Tak, w myśl życzenia kontrwywiadu – odparł ironicznie komisarz, krzywiąc usta ze złością.
   Komandor nie powiedział już ani jednego słowa. Wstał, pożegnał się równie przepisowo, jak niedawno przywitał i sprężystym krokiem opuścił gabinet komisarza wydziału zabójstw.

„Nachtvogel”
   Dziesięciominutowa rozmowa z doktorem Kulhnauem obaliła wszystkie przypuszczenia, jakie jeszcze niedawno dręczyły umysł pułkownika Thomasa Stolza.
   Doktor jednoznacznie określił przyczyny śmierci Ernsta Grossera i tym samym wykluczył morderstwo. Był święcie przekonany o trafności tej diagnozy. Stolz natomiast nie mógł w tej fazie swojego śledztwa powiedzieć doktorowi prawdy o swoich podejrzeniach, co mogłoby skierować rozważania na inną przyczynę zgonu pułkownika.
   W tej chwili Thomas Stolz nie miał żadnych atutów w ręku. Jego przypuszczenia nie były poparte namacalnymi konkretami. A więc wizyta lekarza nie przyniosła rezultatów mogących być punktem zaczepienia i pchać jego śledztwo do przodu.
   A jednak Stolz, leżąc wygodnie na łóżku w swojej kabinie, snuł rozważania, że śmierć pułkownika Grossera mogła być dziełem nie przypadku, jak oficjalnie to wygląda, lecz właśnie morderstwem. Zdawał sobie doskonale sprawę, że tylko jakieś dowody mogą potwierdzić jego mglistą teorię. Aby to sprawdzić, potrzebował do pomocy drugiej osoby. Wybór Stolza padł na leutnanta Dawida Kroinza. Postanowił pomocnika nawigatora wciągnąć do współpracy i razem z nim poprowadzić tę być może niebezpieczną grę, gdyby jego teoria w praktyce okazała się słuszna. Decyzja, podjęta przez Stolza, wymagała ujawnienia przed Kroinzem przynależności do służb innych, niż tylko lotnictwo. Czy ma to jednak w tej chwili istotne znaczenie? – zadał sobie pytanie. I natychmiast odpowiedział, iż praktycznie żadnego w sytuacji możliwego zagrożenia.
   Podejrzenia, jakie miał w stosunku do Ortlicha, a w mniejszym stopniu do Markusa Zorna, kazały działać szybko, lecz w sposób zupełnie niewidoczny dla pozostałych członków załogi samolotu. Zdawał sobie również sprawę, że jest niewiele czasu, aby w przypadku próby jakiegokolwiek sabotażu – teraz tym bardziej go nie wykluczał, pomimo diagnozy lekarza – móc zapobiec takiej katastrofie. Nie mógł tego na tym etapie połączyć w logiczną całość, ale lata pracy w kontrwywiadzie, intuicja, którą nierzadko się kierował, i to z dobrymi skutkami, pchała jego myśli w kierunku podejrzeń, iż na pokładzie „Nocnego Ptaka” zaczęły się dziać rzeczy przez kogoś świadomie zaplanowane, mające związek z bezpośrednią ingerencją ludzi, którzy długo przygotowywali zaistniałe wypadki, oraz te, które mogą w każdej chwili nastąpić z powodu bliżej nieokreślonych sytuacji w przyszłości, groźnych dla załogi i samolotu. Podświadomość dobijała się ze swymi chmurnymi domysłami, a Stolz wciąż próbował znaleźć przyczyny takiego nienormalnego stanu.
   Pogrążony w rozmyślaniach Stolz usłyszał ciche pukanie do drzwi kabiny. To na pewno porucznik Kroinz, pomyślał.
   – Bitte! – krzyknął pułkownik, aby nie trzymać zbyt długo leutnanta przed progiem.
   Porucznik Dawid Kroinz wszedł nieśmiało i stanął w wojskowej postawie.
   – Proszę usiąść, poruczniku. Spotkanie jest jak najbardziej prywatne i nie bawmy się w tej chwili w wojskowe ceremonie. Ogromnie nie lubię służbowej sztywności po służbie, a jak już nieraz pan zauważył – podczas niej staram się także, na ile to możliwe, utrzymywać atmosferę koleżeństwa.
   Młody oficer został wyraźnie ośmielony ciepłymi słowami przełożonego. Nieco rozluźniony usiadł na krześle przy przeźroczystym stoliku, umocowanym w głębi pokoju.
   Stolz podniósł się sprężyście, sięgnął prawą ręką do szafki nad łóżkiem i wyciągnął dwie ciemnobrązowe butelki ze złoconymi napisami. Postawił obie na środku stolika.
   Na ten widok, Kroinz wyciągnął szybko z kieszeni otwieracz, z którym nigdy się nie rozstawał i bez zgody pozbawił obie butelki zamknięcia.
   W tym samym czasie, zastanawiając się nad czymś Stolz, postawił na blacie szklane pucharki, rzucił obok paczkę Cameli i dostawił popielniczkę, podwinął rękawy koszuli i usiadł naprzeciw równie zamyślonego porucznika.
   – Sądzę, że ten gatunek piwa lubią wszyscy – zagadnął Stolz.
   Kroinz uśmiechnął się szeroko, objął dłońmi naczynie z krystalicznym, złocistym płynem i odparł niczym stary, doświadczony piwosz: – Oczywiście, pułkowniku, ten gatunek jest znakomitym piwem.
  Obaj widać spragnieni, wypili niemal po pół szklaneczki i każdy z nieukrywaną przyjemnością przypalił papierosa.
  Przez chwilę milczeli.
   Stolz nie bardzo wiedział od czego zacząć. Przytłaczały go najróżniejsze myśli, jeszcze czarniejsze w swej treści, jak przed przyjściem porucznika. Posmutniał nagle.
   – Poruczniku Kroinz – zaczął powoli pułkownik – wciąż nie mogę pogodzić się ze śmiercią Ernsta Grossera. Pomimo kłopotów, psychicznego podłamania z powodu choroby córki, trudno zrozumieć, by tak zdrowy mężczyzna zmarł na atak serca. – Stolz rozparł się wygodniej na krześle, aby swoim zachowaniem wprowadzić w to spotkanie rozluźnienie i atmosferę prywatności. Zauważył, że siedzącego przed nim młodego oficera opuszczał nimb służbowej postawy, jaką dało się zauważyć na początku spotkania.
   – Rozumiem pana, pułkowniku Stolz. Każdemu z nas jest przykro, tym bardziej, że Herr Grosser był znakomitym człowiekiem i dobrym dowódcą. Zawał serca to jedno z tych nielicznych powodów śmierci, który może spotkać nawet najzdrowszego człowieka. – Odsunął nieco krzesło i podobnie jak pułkownik przyjął wygodna pozycję. Podniósł szklane naczynie i połknął znaczną część pieniącego się płynu. – Świetne – dodał oblizując białą otoczkę osiadłą na ustach.
   – Ten gatunek pijam od lat – odparł Stolz. – Czy nikomu pan się nie chwalił, iż idzie do mnie na degustacje piwa? – spytał, patrząc prosto w oczy porucznika.
   Kroinz nawet nie drgnął. Podobnie utkwił wzrok w twarzy pułkownika. – Ależ pułkowniku… Otrzymałem zaproszenie od człowieka, którego bardzo szanuję, cenię za bezpośredniość i prawdomówność, i nieśmiałbym nadużywać jego zaufania i gościnności – odpowiedział leutnant, z nutką pretensji ale i lizusostwa.
   Stolz natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
   – Przepraszam poruczniku, ale obaj wiemy, co powiedzieliby inni, wiedząc o moich piwnych zapasach. Raptem znalazłoby się mnóstwo degustatorów – skłamał.
   – Tak, wierzę panu. Są różni ludzie na pokładzie S-3, ale na pewno w jednym są jednakowi, każdy z nich lubi piwo. Jeszcze raz dziękuję za zaufanie i wyróżnienie mnie z grona tak licznej załogi. – przerwał, przypalił kolejnego papierosa z paczki należącej do przełożonego.
   Pułkownik spostrzegł, że mają w szklankach resztki piwa, wstał powoli i wydobył ze schowka kolejne dwie butelki. Tym razem sam napełnił pucharki.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie