Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 14

   – Tak, śledziłem z wielką uwagą wszystkie doniesienia w tej bardzo niezwykłej sprawie. Cała czwórka rzeczywiście należała do moich kolegów. Choć od kilku lat, z racji mojego i ich wieku, nie utrzymywaliśmy kontaktu. No… czasami wymienialiśmy miedzy sobą krótkie listy, ale sporadycznie.
   Druse zamilkł, stwierdziwszy zapewne, iż jego odpowiedź jest wystarczająca, by zadowolić stojącego przed nim policjanta.
   Komisarz Minz słysząc potwierdzenie, postanowił przejść do konkretów. Zawrócił wolno i zajął poprzednio zajmowane miejsce.
   – Cztery ze wspomnianych ofiar miały na przedramieniu niewielkie tatuaże, o prawie identycznym kształcie tylko nieco różniące się rozmiarami. Co one oznaczały? Czy były czymś ważnym?
   Druse automatycznie podsunął do góry rękaw grubego swetra, który swym ciężarem pociągnął za sobą rękaw znajdującej się pod nim koszuli. Na bladej skórze ukazał się tatuaż, identyczny jakie posiadały zamordowane osoby. Starzec wysunął w powietrze rękę w kierunku Minza.
   – Ja również taki posiadam – powiedział cicho.
   – Tak, wiemy o tym, dlatego dzisiaj rozmawiamy – odparł Minz.
   Drżącą dłonią starzec poprawił okulary na nosie, a dopiero później opuścił rękaw.
   – Tak… znam ich, panie komisarzu. Wszyscy razem przebywaliśmy w niewoli w Związku Sowieckim, nad Amurem. Poza tym, z trzema z nich służyłem w pułku Wehrmachtu, który wchodził w skład armii feldmarszałka Paulusa. Paulus pozwolił sobie bez wiedzy Furera poddać armię, co nie przyniosło mu chluby, choć mówiąc szczerze nie było wyjścia. Sowieci parli ze straszliwą siłą, a i zima docierała do szpiku kości. Tego się nie da zapomnieć… – Druse opuścił nisko głowę, jakby jeszcze dzisiaj wstydził się tej porażki.
   – Służyliśmy w jednej kompanii – kontynuował po chwili milczenia. – Dowódcą był Klaus Ortlich. Major Klaus Ortlich – poprawił. – Przed bitwą stalingradzką, kiedy jeszcze nie dokuczało nam zimno, większość z obsady kompanii dała sobie zrobić ten niewielki obrazek. Różnią się wielkością, gdyż wykonywało te tatuaże parę osób, aby było szybciej. Pamiętam, że tylko nieliczni odmówili jego wykonania. Nie bali się świszczących pocisków, ale ukłuć… Nie było to podyktowane jakimś ważnym celem. Ot, wypełnienie nerwowych chwil w oczekiwaniu na natarcie, które miało być jednym z ostatnich, oraz jakby zjednoczenie kompanii tym wspólnym znakiem. Nic poza tym.
   Druse cofnął swą postać w głąb fotela. Oparł się wygonie, co świadczyło, iż rozluźnił się po wypowiedzeniu tych kilku zdań.
   Minz robił notatki w swym tajemniczym kajeciku. Podniósł głowę i zadał kolejne pytanie.
   – Wspomniał pan nazwisko Ortlich, Klaus Ortlich. Czy wie pan, ze popełnił samobójstwo? Być może w obawie, że również on może zostać ofiarą mordercy?
   – Znałem Ortlich, majora Ortlich – podkreślił. – Jak wspomniałem, był naszym dowódcą kompanii. – Druse zamilkł, jakby potrzebując chwili na przetrawienie wiadomości, o jeszcze jednej ofierze tajemniczego zabójcy. – Razem przyjmowaliśmy stalingradzkie lanie, a później przez pewien okres pracowaliśmy w obozie na dalekiej Syberii. To były niezwykle trudne czasy i ogromnie bolesne. – Ponownie się zamyślił, przywodząc najpewniej na myśl okrutne lata niewoli.
   Minz patrzył przez moment z nad okularów na przeciwległą ścianę, w poszukiwaniu w myśli kolejnego pytania. Dotychczasowe informacje usłyszane z ust starca niewiele odkrywały. Tego wszystkiego dowiedział się właściwie w czasie wertowania dokumentów w archiwum. Ortlich był jakimś śladem, pomyślał Minz, ale Druse nie powiedział nic, co prowadziłoby do szukanej prawdy. Nawet w pewnym momencie odczuł, iż starzec, były żołnierz Whrmachtu, bardzo widać wierny swej byłej armii, ukrywa coś na temat Klausa Ortlich.
   – Chcemy wiedzieć więcej o waszym dowódcy kompanii. Jego samobójstwo w pewnym sensie łączy go z nieżyjącymi kolegami. Tylko pan jest w stanie pomóc nam odnaleźć pobudki tego desperackiego czynu. Pan, Druse, z pewnością także bał się, że może znaleźć się na liście mordercy. Jakie jest pana zdanie na ten temat? – Minz założył nogę na nogę, kładąc na kolana dłonie które trzymały otwarty notes.
   Z chwilą, gdy przesłuchujący zakończył stawianie pytań, Heinz Druse stał się na powrót niespokojny. Trzęsące się ręce dotknęły ust, gdyż chwycił go nagły kaszel. Trwało za nim się opanował. Milczał.
   Widząc opór świdka, Stein po raz pierwszy się poruszył. Wytarł wilgotny nos chusteczką z paczki leżącej na brzegu biurka. Minz, jak nigdy dotąd, bez pytania o zgodę zapalił papierosa.
   – Nie rozumiem, co panowie chcą wiedzieć – zapytał nagle Druse.
   – Proszę wybaczyć, Herr Druse, ale wydaje mi się, że moje pytanie skonstruowałem dość jasno. Co pan sądzi o tych morderstwach, i o zachowaniu Klausa Ortlich? Poza tym z pewnością pan także szukał w swoich myślach przyczyn, które pchnęły kogoś do wykonania tych wyroków. Bo coś mi się zdaje, że były to najzwyklejsze wyroki śmierci. Wykonane za coś, czego my na razie nie wiemy i próbujemy z pana pomocą rozwikłać. Ukrywanie czegokolwiek przedłuża nie tylko śledztwo, ale także wciąż naraża pana na niebezpieczeństwo utraty życia. Pańskie milczenie każe mi się domyślać, że jednak może pan coś wyjaśnić, coś ważnego, co nam pomoże.
   Starzec słuchał i nie podnosił głowy. Wciąż nerwowo przebierał palcami, a jego kolana to zbliżały się, to oddalały w niecierpliwych ruchach.
   Nagle Druse wyprostował się i powiedział:
   – Komisarzu, ja właściwie nic nie mogę powiedzieć ważnego. Przez wiele dni, a i nocy także, zastanawiam się nad przyczyną tych nagłych śmierci, i naprawdę nie przyszło mi nic sensownego do głowy. Przykro mi, ale nie widzę logicznego wytłumaczenia tych tragicznych zajść. – Skończył. Nie opuścił głowy, jak poprzednio, kiedy kończył swoje wypowiedzi.
   Policjanci spojrzeli na siebie jednocześnie. Obaj w tym momencie zrozumieli, że Heinz Druse mówi prawdę lub też mimo swego wieku jest znakomitym aktorem.
   – Wierzymy panu… – po raz pierwszy odezwał się Stein. – Myślę jednak, iż w samobójstwie Klausa Ortlich należy upatrywać oznak mogących przyspieszyć śledztwo. On, podobnie jak pan, bał się czegoś i nie wytrzymał napięcia. Proszę się zastanowić… – Stein nie dokończył.
   – Utrzymywał pan z nimi kontakty, może w ich życiu prywatnym tkwi rozwiązanie? Może w czasie działań wojennych, czy pobytu w niewoli doszło do wydarzeń, które nabrzmiały po latach i skończyły się dla nich wszystkich tragicznie? – pytał spokojnym tonem Minz.
   Pomieszczeniem zawładnęła po raz któryś z rzędu cisza. Obaj policjanci patrzyli z uwagą na starca, który wyraźnie nad czymś intensywnie myślał. Jego oczy były prawie zamknięte, a lewa ręka podążała co pewien czas z czoła w kierunku potylicy, muskając delikatnie nieliczne posiwiałe włosy, co dziwnie wyglądało przy wahadłowych drżeniach jego dłoni.
   – Pamiętam, jak przez mgłę – zaczął Druse.
   Komisarz spojrzał natychmiast na Minza.
   – Pamiętam – powtórzył starzec – że podczas jednego ze spotkań byłych żołnierzy armii Paulusa, chociaż nie tylko, bo byli tam i wojskowi z innych armii, w których nie uczestniczył Ortlich, ktoś – bodajże Hagel – wspomniał niby żartem, o dziwnym zachowaniu Klausa w okresie przesłuchań, jakie prowadzili sowieccy oficerowie w obozie w Komsomolsku. W jakiś czas później Ortlicha przeniesiono do innego obozu. Oczywiście, to o niczym nie świadczy, gdyż w tym samym czasie wyjechało paręset innych więźniów. Jednak po jakimś okresie Ortlich wrócił, ale też nie na długo. Hagel pod jego nieobecność naśmiewał się, był wówczas pod wpływem alkoholu, iż nasz były dowódca kompanii został zwerbowany przez wschodni wywiad, o czym miało miedzy innymi świadczyć przywiezienie stamtąd dziecka. Podobno Rosjanka, która urodziła mu syna zmarła zaraz po porodzie. Sprawę przemilczeliśmy, gdyż uważaliśmy wywody Hagela za bzdurne alkoholowe wymysły. Nigdy więcej nikt z nas podczas różnych spotkań nie poruszał tego tematu. Dopiero słowa pana komisarza – wskazał ręką na Minza – zmusiły mój umysł do wysiłku i przypomniałem sobie to dziwne zajście.
   Komisarz Stein połączył się z sekretarzem i wezwał do siebie Ericha Grubera
   – Proszę wziąć pod opiekę pana Drusego do czasu, aż podejmę decyzję – polecił Grubnerowi. – Musi pan – zwrócił się do staruszka – jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Przeprowadzę rozmowę z Herr Minzem i dopiero wówczas postanowię, czy na tym zakończymy wyjaśnienia.
   Heinz Druse wstał ociężale, z trudem prostując plecy i wyszedł bez słowa z młodym komisarzem.
   – Pachnie mi to aferą, którą powinien zająć się kontrwywiad – powiedział Stein, uderzając lekko dłońmi o biurko.
   Minz obrócił fotel w stronę szefa.
   – Też tak sądzę. Ślady wiodą prawdopodobnie do sowietów lub innego wywiadu wschodniego. Ten Druse niby przypomniał sobie tę historię przed chwilą, ale podejrzewam, iż zrobił to znacznie wcześniej, zanim do nas przybył.
   – Nie chce mi się wierzyć – odparł komisarz. – W przeciwnym razie, w obawie o życie powiadomiłby policję lub też kogoś innego, aby go bronili. Jego koledzy ginęli jeden po drugim od tajemniczych rąk, musiał się więc obawiać, że może skończyć podobnie. Nie… wątpię, by wcześniej ukrywał takie wiadomości – stwierdził na koniec stanowczo.
   Zastępca nie próbował przekonywać swojego szefa. Może rzeczywiście się zagalopował w swoich przypuszczeniach. Otworzył notatnik.
   – Co w takim razie robimy? – zapytał Minz.
   Komisarz niedługo się zastanawiał.
   – Należy zebrać wszystkie akta dotyczące tej sprawy i spowodować spotkanie z szefem kontrwywiadu. W żadnym wypadku nie możemy pozostawić Heinza Drusego bez ochrony. Znając takie fakty, w jego ustach tylko przypuszczenia, wciąż narażony jest na niebezpieczeństwo. Przydziel mu dwóch ludzi i niech wraca do domu. Najpewniej już teraz myśli o pozostawionym w mieszkaniu psie.
   Na biurku odezwał się brzęczek telefonu.
   Stein podniósł energicznie słuchawkę i rozmawiał z sekretarką, a właściwie słuchał, od czasu do czasu używając krótkiego „tak”. Na koniec rozmowy padło również „tak”.
   – Arturze, wyprzedzili nas… Za moment złoży nam wizytę przedstawiciel Spionageabwehr. Nie spieszmy się, w czasie rozmowy nie wyprzedzajmy faktów, zobaczymy ile wiedzą.
   – Wystarczająco, jeśli postanowili nas odwiedzić – skwitował Minz. Miał smutną minę, bowiem zdawał sobie sprawę, że tę ciekawą sprawę, w którą tak mocno się zaangażował za kilka minut odbiorą mu wojskowi.
   Stein natychmiast wyczuł powód złego nastroju zastępcy.
   – Nie przejmuj się, jeśli wytyczony ślad przez Drusego jest prawdziwy, nasz wydział by temu nie podołał. Sam wiesz, że nie mamy dojścia do wielu dokumentów, w posiadaniu których jest kontrwywiad oraz innych środków mogących pchnąć sprawę do przodu.
   Obaj wiedzieli, że tak jest naprawdę. Byli zawodowcami. Ich kompetencje nie sięgały obszarów, gdzie prowadziły rozgrywki wywiady i kontrwywiady dwóch przeciwstawnych bloków politycznych starego kontynentu. Wykrywając podobne sprawy, mogli jedynie je sygnalizować odpowiednim komórkom w armii.
   Usłyszeli dwukrotne głuche uderzenie w drzwi i po głośnym „Bitte!”, do gabinetu wszedł wysoki, około czterdziestoletni mężczyzna ubrany w mundur Kriegsmarine.
   Komandor przywitał się wojskowym skinieniem głowy, a Stein uprzejmie wyszedł zza biurka i podął gościowi rękę. Podobnie uczynił Minz, mając minę człowieka, który wita intruza.
   Wszyscy trzej usiedli przy jednym stoliku. Stein położył przed sobą akta sprawy, które w pośpiechu ułożył chronologicznie Erich Gruber.
   – Cóż pana sprowadza w nasze progi? – rozpoczął komisarz standardowo, udając niepotrzebnie, że nic wie na temat przyczyny wizyty komandora.
   Wysłannik kontrwywiadu siedział sztywno na samym brzegu fotela, ze ściśniętymi kolanami, na których położył dużą teczkę. Minę miał poważną, zapewne w celu nadania swojej osobie nadzwyczajnej ważności.
   – Nazywam się August Stuck i przybywam na polecenie mojego szefa, generała Horsta Lndemana – powiedział bardzo służbowo przybysz, jakby ci z armii byli dużo ważniejsi. – Jak mi wiadomo, informowano panów w tej sprawie telefonicznie – dodał równie wyniośle. Przycisnął jeszcze mocniej teczkę do ud, jakby skrywała niezwykle ważne dokumenty.
   Stein nie zwracał uwagi na pozę komandora, czego nie można było powiedzieć o Minzu, który otwarcie, z dodatkiem nieukrywanej bezczelności, robił przedziwne miny patrząc prosto w twarz wysokiej rangi marynarza.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie