Powieść

Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 13

   Rozmowa nie wiązała się. Stolz zaczął kojarzyć pewne fakty. Był od tego, żeby uważnie słuchać i obserwować. Śmierć Grossera wydała mu się, sam jeszcze nie wiedział czemu, nieco podejrzana. Istniały pobudki – myślał przypominając sobie zachowanie Ortlich, a teraz także zdenerwowanie Zorna – że zgon dowódcy nie koniecznie był dziełem zwykłego przypadku. Po raz pierwszy zaczął dogłębniej rozważać, czy w razie jakiegoś sabotażu potrafi sobie poradzić w pojedynkę. Wniosek nasuwał się tylko jeden: nie ma szans ze zorganizowaną grupą podstępnie działających osób, która może dążyć do jakiegoś ważnego celu jemu nieznanego.
   W konsekwencji swych rozmyślań postanowił, że zaraz po służbie przeprowadzi rozmowę z doktorem Kulhnauem, co albo utwierdzi go w swych przypuszczeniach, albo da dowody na to, by potraktować całą sprawę jako rzeczywiste dzieło przypadku. Podjął także jeszcze jedną decyzję.
   Kroinz wyglądał na zmęczonego.
   – Ciekawe, jak długo przedłuży się nasza służba – zastanawiał się głośno porucznik.
   Stolz obrócił o dziewięćdziesiąt stopni swój fotel w kierunku pomocnika.
   – Oprócz mnie i Ortlicha, pozwolenie na pilotowanie S-3 ma także major Markus Zorn. Na pewno niebawem ktoś nas zmieni. Jeśli czuje się pan zmęczony, poruczniku, może podmienić pana Kobusch – zaproponował Stolz.
   Porucznik poprawił powolnym ruchem słuchawki.
   – Nie, dziękuję, pułkowniku. Wolę nie zakłócać porządku służb, mogę wówczas trafić na zmianę z Herr Ortlichem. Z panem jest raźniej i…
   – Bez wazeliny, Kroinz – przerwał Stolz. – Ale decyzja należy do ciebie.
   – Dziękuję, panie Stolz.
   Pułkownik położył dłonie na kolanach.
   – Poruczniku, zdradzę panu tajemnicę.
   Kroinz spojrzał z ciekawością w stronę przełożonego, jakby miał usłyszeć rzeczywiście coś tajemniczego. Stolz wyprowadził go szybko z błędu.
   – Udało mi się przemycić na pokład samolotu niewielki kartonik z dobrym piwem. Przynajmniej nie ma takiego w naszej kantynie. Wpadnij Kroinz po służbie do mojej kabiny. Wypijemy po buteleczce, porozmawiamy…
   Twarz porucznika nie zmieniała swego wyrazu, mimo, iż wiadomość nie należała do zbyt tajnych.
   – Dziękuję pułkowniku za zaufanie. Skorzystam, będzie mi niezwykle miło z panem pogawędzić – odpowiedział zadowolony z zaproszenia.
   Zajęli się obserwacją przyrządów. Wypadek z Ernstem Grosserem nie nastrajał do dalszego prowadzenia rozmów. Pracowali w milczeniu.

   Major Markus Zorn siedział na tym samym krześle, które przed niespełna pół godziną zajmował pułkownik Grosser. Ortlich rozsiadł się wygodnie za pulpitem sterowniczym. Chcąc zrobić wrażenie na koledze przyjął minę wielkiego władcy.
   – Czyżby nie wytrzymał napięcia i skończyło się zawałem? – zapytał Zorn, opierając łokcie o blat stojącego przed nim stolika.
   Ortlich uśmiechnął się zagadkowo i odparł:
   – Wyjaśniłem mu swoje zamiary. Przez chwilę próbował stawiać opór i nagle osunął się na krześle. Efekt już znamy, najzwyklejszy zawał. Ta niezamierzona reakcja Grossera wybawiła nas z kłopotu, gdyż nikt nie skieruje na nas podejrzeń. Nie martw się Markus, jak na razie sprzyja nam szczęście.
   – Miejmy nadzieję, że tak jest rzeczywiście. Co dalej, Victorze? – Zorn nie wyglądał na zadowolonego. Wciąż trzymała go w swych uściskach obawa, że akcja może nie przebiegać tak łatwo, jak sugeruje pewny siebie Ortlich.
   – Obecnie wszystko zależy od odpowiedzi, jaką otrzymamy z bazy. Wówczas będę zupełnie pewny, co mamy zrobić. Tym czasem zachowuj się tak, aby ostatnich zajść nie wiązano z czymś nienormalnym. Przede wszystkim opanowanie, Markus. Nie możemy w żadnym wypadku skierować na siebie jakichś podejrzeń, bowiem w ostatniej chwili dopuścimy do paniki, a to przekreśli szanse na udane porwanie „Nocnego Ptaka”. W odpowiednim momencie dam ci znać i odkryjemy swoje karty. Wtedy będzie już zbyt późno, by mógł nam ktokolwiek przeszkodzić w realizacji planu.
   Zorn słuchał z uwagą wypowiedzi pułkownika, lecz mina niepewności nie znikała z jego twarzy.
   Ortlich po raz ostatni, widząc wahanie w oczach majora, przestrzegał przed pochopnymi krokami i niepewnym zachowaniem.
   – Markus, jeśli dalej będziesz tak mało zdecydowany, nie ręczę za siebie. Nie pozwolę, byś zepsuł tak dobrze przebiegającą operację. Jeśli nie zmienisz postawy, zmusisz mnie do kroków, które wyeliminują ciebie z gry. I wierz mi, że posiadam środki, które… – przerwał na moment. Zdał sobie sprawę, że zagalopował się i najnormalniej zaczął straszyć Zorna najgorszym, a to mogło wywołać odwrotną reakcję od zamierzonej. Zmienił ton. Mówił spokojnie.
   – Markus, nie straszę, tylko próbuję wytłumaczyć, co może nastąpić w wyniku przedwczesnego rozszyfrowania naszych zamiarów przez członków załogi. A nie nastąpi to, dopóki my będziemy stanowczo i bez paniki dążyli do celu. – Wstał i podszedł do Zorna. Oparł rękę na jego ramieniu i dokończył:
   – Nie martw się Markus, już niedługo będziemy bezpieczni w naszej prawdziwej ojczyźnie.
   Major, pod wpływem najprawdopodobniej ostatniego zdania wypowiedzianego przez Ortlich, powiedział bez cienia zdenerwowania: – Możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji.
   Pułkownik Ortlich podszedł ponownie do biurka, oparł dłonie o jego nieskazitelnie czysty blat i wydał polecenie.
   – Na najbliższe cztery godziny zastąpisz przy sterach Stolza. Weźmiesz na pomocnika Kobuscha. Później ja przejmę od ciebie służbę wraz z Hopfem. Spiesz się, Stolz z pewnością jest zmęczony.
   – Zajdę na chwilę do siebie i zaraz ich podmienimy – odparł spokojnie Zorn. Wstał i energicznym krokiem opuścił pokój nowego dowódcy.
   Ortlich usiadł na miejscu zajmowanym przed chwilą przez majora Zorna. Przypalił papierosa i pogrążył się w myślach.
   Oszukał Zorna, bowiem nie przypadek lecz on, wyposażony w odpowiednią broń przez Johana, agenta Specnazu, spowodował zawał serca u pułkownika Grossera. GRU uzbroiło go w tę broń celowo, gdyż wywołanie takiego rodzaju śmierci nie stwarzało podejrzeń. Normalna kula wystrzelona z pistoletu wywołałaby skutki, które niewątpliwie, jeśli nie zniweczyłyby całego planu, to najprawdopodobniej znacznie by go skomplikowały.
   Moskiewski sztab GRU przekazał unowocześnioną wersję od dawna stosowanej broni, którą między innymi używali agenci do likwidowania niewygodnych dla siebie z różnych względów ludzi na Zachodzie, szczególnie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Niemczech Zachodnich i Wielkiej Brytanii. Urządzenie miało zupełnie prostą konstrukcję: w rurce z gwintem, który pozwalał nakręcić ją na lufę pistoletu i przypominającym zwykły tłumik, o długości około osiemnastu centymetrów i średnicy prawie trzech, znajdowała się ampułka z cyjanowodorem i urządzenie do wystrzeliwania uruchamiane przez spust broni. Dawniej urządzenie było bardziej prymitywne. Z chwilą, gdy Ortlich pociągnął za spust, sprężyna spowodowała odpalenie małego ledwie słyszalnego ładunku, który wywołaną kompresją stłukł ampułkę i wyrzucił trujący gaz w kierunku przytłoczonego myślami pułkownika Ernsta Grossera. Ten zaś wciągnął gaz do płuc i nastąpiła szybka śmierć przez skurcz naczyń krwionośnych. Identycznie, jak w przypadku zatrzymania akcji serca. Nim Ortlich wypił skuteczną odtrutkę z buteleczki i uprzątnął ślady, naczynia krwionośne Grossera rozkurczyły się tak, że nie podejrzewający niczego doktor Kulhnau dokonując oględzin zwłok musiał stwierdzić, iż śmierć dowódcy S-3 nastąpiła na skutek ataku serca.
   Pułkownik Ortlich miał przygotowane jeszcze dwie dawki tego śmiercionośnego ładunku. Nie opisywał sposobu zlikwidowania Grossera swojemu współpracownikowi, aby nie wywołać u niego dodatkowego zaciekawienia, a i tym samym zdenerwowania, co jeszcze bardziej uczyniłoby Zorna mniej przydatnym. W wielu sprawach wolał utrzymywać majora w niewiedzy, wychodząc z prostego i słusznego założenia, że czym mniej wie, tym będzie bardziej pewny w działaniu. Wszystkie wcześniej zauważone błędy popełnione przez Zorna, kazały Ortlichowi posługiwać się majorem tylko w sytuacjach naprawdę koniecznych, w przypadkach kiedy niezbędna była pomoc osoby drugiej.
   Papieros dopalił się do samego filtra, co Ortlich odczuł po nagłym wzroście temperatury palca. Dogasił go, wstał i zabrał z biurka raport przygotowany do przesłania na Ziemię. Zgasił światło i poszedł zamyślony do generała Grabnera, aby wspólnie wysłać wiadomość. Zastanawiał się, że gdyby szefowie w Memmingen nakazali powrót musiałby wkroczyć do akcji niemal natychmiast. Spotkał na korytarzu Zorna wracającego z kabiny pilotów.
   – Idę Markus nadać raport. Wolę być przy tym osobiście, by wersja meldunku była taka, jak ją sporządziłem. Z pewnością odpowiedź z bazy nadejdzie za pół godziny, muszą mieć czas do przemyślenia. Jeśli orzekną, że mamy wracać, to natychmiast wkraczamy do akcji i przejmujemy władzę na „Nocnym Ptaku”. Jeżeli każą kontynuować lot, to jeszcze przemyślimy jak przeprowadzić operację w sposób najbardziej łagodny, bez ryzyka i ofiar.
   Najpewniej po ostatniej ich rozmowie, Zorna opuściła niepewność. Sprawiał wrażenie człowieka w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej.
   – Dobrze się składa, akurat w tym czasie będę za sterami. Umówiłem się ze Stolzem, że za piętnaście minut przejmuję od niego służbę.
   – Gut! – oparł krótko Ortlich.

Bonn
   Pokonanie trasy do Eitorf i z powrotem do Bonn zajęło pomocnikowi Minza, Erichowi Grubnerowi, około dwie i pół godziny. Trwało to tak długo, gdyż musiał cierpliwie czekać na Heinza Drusego, który udał się do przychodni lekarskiej, aby wykonano mu codzienny zastrzyk insuliny. Ten sędziwy starzec od wielu lat chorował na daleko posuniętą cukrzycę. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie jego upór: nie dał się nigdy przekonać, że wiek dawał mu przywilej, aby każdego dnia pielęgniarka odwiedzała go w domu w celu dokonania tego niezbyt bolesnego zabiegu, którego on nigdy się nie mógł nauczyć. Heinz Drusu natomiast chodził do ośrodka zawsze osobiście, w towarzystwie swego ogromnego czarnego doga, twierdząc, iż takie spacery sprzyjają jego dobremu samopoczuciu. Trzeba przyznać, że w tym twierdzeniu jest sporo racji, nawet gdy weźmie się pod uwagę wiek Drusego.
   Kierowany zniecierpliwieniem komisarz Gustav Stein wyszedł osobiście na korytarz, aby przywitać człowieka, który swymi zeznaniami mógł w sposób zasadniczy pchnąć śledztwo do przodu.
   Podali sobie dłonie i weszli do gabinetu.
   Drusego posadzono przy bocznym stoliku, aby nie czuł się jak przesłuchiwany. Stein usiadł za biurkiem tchnącym czystością od kilku godzin, a niezastąpiony Minz spoczął na fotelu obok szefa.
   Wcześniej, kiedy oczekiwano na przybycie tak ważnego świadka Stein uzgodnił ze swoim zastępcą, że to on przeprowadzi przesłuchanie. Natomiast komisarz będzie jedynie przysłuchiwał się rozmowie, i tylko wówczas, gdyby uważał za konieczne pozwoli sobie na wtrącenie do dyskusji.
   Około osiemdziesięcioletni starzec, którego w czasie jazdy do Bonn wprowadził w sprawę Erich Gruber, siedział niespokojnie w fotelu, co chwila wiercąc się nerwowo, patrząc jednocześnie rozbieganym wzrokiem przez grube soczewki okularów.
   Artur Minz rozpoczął dłuższym wstępem.
   – Herr Druse, z pewnością mój współpracownik, Erich Gruber, zaznajomił pana ze sprawą, której rozwikłanie sprawia nam niemały kłopot. Pozwolę sobie jednak skrótowo naświetlić główne wątki. – Minz wstał i przeszedł na środek pokoju. W dłoni trzymał zamknięty notatnik, którego nie potrzebował w tej chwili używać, a z którym nigdy się nie rozstawał.
   – Prowadzimy obecnie niezwykle trudne śledztwo – ciągnął Minz opowieść. – Aby wykryć sprawcę lub też sprawców tych potwornych zbrodni, wykonaliśmy ogrom żmudnej pracy. I okazało się, iż właśnie pan może podać nam fakty, których brakuje aby tę trudną zagadkę rozwikłać. Z danych, które zebraliśmy jednoznacznie wynika, że wszystkie ofiary są lub mogą być kolegami, i tym samym pańskimi znajomymi. Tak przynajmniej wynika z akt, jakie przejrzałem w archiwum Wehrmachtu – Minz urwał swą opowieść. Odwrócił się w stronę starca i patrząc mu prosto w nerwowo biegające źrenice, zapytał:
   – Czy słyszał pan coś na temat tych zbrodni, a sądzę, że tak, gdyż krzyczą o tym codziennie całe Niemcy? Czy zgadza się pan ze mną, że byli oni pańskimi kolegami?
   Heinz Druse przesunął się na brzeg fotela, jakby szukając wygodniejszej pozycji. Chrząknął głośno, i równie głośno przełknął ślinę. Było wyraźnie widać, że nie wie jak zacząć lub też boi się potwierdzić słowa wypowiedziane przez Minza.
   – Śmiało, Herr Druse, powiedzenie prawdy nie wyrządzi panu żadnej krzywdy, a jedynie może uchronić przed tragedią, jaka spotkała pana kolegów.
   Starzec zacisnął swoje kościste palce na poręczach.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie