Powieść
Zbigniew Dulewicz
NOCNY PTAK - odcinek 12 – Rozumiem, panie prezydencie. Tak naprawdę postawiłem głośno sobie to pytanie.
– Jeśli sobie, to czekam na odpowiedź – zripostował prezydent i usiadł ponownie za biurkiem.
John Clint wziął do ręki kartkę maszynopisu wyjętą z plastikowego skoroszytu, leżącego przy nim na niewielkim, pokrytym szkłem stoliku.
– Wciągu ostatniej doby zaangażowałem do analizy danych kilka zespołów, działających niezależnie, w tym jeden zajmujący się sprawami opatrzonymi największą klauzulą tajności. Uruchomiłem również cały zespół szefa wydziału do spraw sowieckich. Nikt nie doszukał się niczego konkretnego, co mógłbym panu przedstawić.
– I aby mi to powiedzieć, przyleciałeś osobiście – wtrącił ironicznie prezydent.
– Oczywiście, że nie… – rozpoczął niemrawo Clint. – Dzisiaj nad ranem pułkownik Dawid Holt – mówił śmielej szef CIA – zaczął kojarzyć fakty i doszedł do jedynego logicznego wniosku, tłumaczącego zachowanie sowietów, który pokrywa się z moimi przypuszczeniami. Jego zdaniem sprawa nie ma nic wspólnego z Japonią, czy też innym krajem Dalekiego Wschodu. Sprawa dotyczy Europy.
John Clint nie zdążył powiedzieć kolejnego zdania, gdyż w tym momencie wszedł mu w słowo prezydent.
– Tak, John, to trzyma się kupy, to ma sens. Teraz dopiero pojąłem… On ma rację, ten twój pułkownik Holt. Sprawa najprawdopodobniej powiązana jest z… niemieckim niewidzialnym ptaszyskiem.
Wysoko podniesione brwi Clinta świadczyły, że został co najmniej zaskoczony trafnym wnioskiem prezydenta. Nie pozostało mu nic innego, jak powiedzieć: – Gratuluję, panie prezydencie. Podobnie pomyśleliśmy z pułkownikiem Holtem.
– O czym to świadczy Clint? – spytał prezydent. Uśmiechnął się szeroko i natychmiast sobie odpowiedział. – Właśnie o tym, że gdy stracę fotel w Białym Domu, to może znajdzie się dla mnie jakaś posadka w Langley.
Szef CIA chciał się również uśmiechnąć, ale nie bardzo umiał ułożyć usta w kształt przez wszystkich nazywany na świecie mianem radości.
– Owszem, panie prezydencie, takie zdolności na pewno by wykorzystano. Jednak, gdy pan opuści ten śnieżnobiały budynek, najpewniej i mi usuną fotelik spod tyłka.
– Ooooo… nie przejmuj się John, zawsze jeszcze istnieje możliwość stworzenia prywatnej agencji. – Uśmiech nagle zniknął z twarzy prezydenta. – Dość tych żartów. Co proponujesz w pierwszej kolejności?
John Clint z niemałą trudnością splótł pulchne palce na brzuchu. Na twarzy wyrosło skupienie.
– Możemy przyjąć hipotezę, że… – Clint jakby wahał się z dokończeniem zdania.
– Śmiało, John – zachęcił prezydent.
– Hipoteza jest bardzo odważna, choć moim zdaniem całkiem prawdopodobna – zaczął szef CIA. – Otóż dzisiaj rano zebrałem wszystkich, którzy wtajemniczeni są w sprawę „Nocnego Ptaka” i doszliśmy, iż ruchy Sowietów mogą być spowodowane przygotowaniami do przejęcia niemieckiego samolotu.
– Po prostu porwanie – wtrącił krótko prezydent.
– Właśnie, wszystko na to wskazuje – potwierdził Clint, wypuszczając ciężko powietrze, jakby nie wiedział co uczynić w sytuacji, gdyby ich wspólne spostrzeżenia okazały się prawdą.
Prezydent wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie. Głowę miał lekko pochyloną, a ręce założone na plecach, co przy jego wzroście i szczupłości przywodziło na myśl obserwatorowi wyobrażenie o monstrualnych rozmiarów bocianie.
– Czy ten wariant był brany pod uwagę? – spytał nie podnosząc głowy.
– Od samego początku, panie prezydencie – odpowiedział spokojnie Clint. – Na tym wspaniałym niemieckim samolocie leci nasz agent. Na pokładzie „Nocnego Ptaka” jest również człowiek z kontrwywiadu niemieckiego, niejaki pułkownik Thomas Stolz. Dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili o tym oficerze od jego kochanki, i także w ostatniej chwili przekazaliśmy jego nazwisko agentowi CIA. Możliwe, że jest tam więcej ludzi z kontrwywiadu Niemców, ale to tylko nasze przypuszczenia.
Prezydent skrzyżował dłonie na piersi i oparł się o biurko.
– Niestety, nie wiemy – tłumaczył dalej Clint – czy są na pokładzie ludzie sowietów, a jeżeli, to w jakiej sile. Jeśli zdecydowali się na porwanie, należy przyjąć, że dysponują więcej niż jedną osobą.
– Nie wierzę, by Sowieci przeciągnęli na swoją stronę dużą część załogi samolotu – powiedział zdecydowanie prezydent.
– I ja tak sądzę. Niemcy dobierali bardzo dokładnie załogę. Jeśli więc prześliznął się ktoś z sowieckiego wywiadu, to nie więcej jak dwie, trzy osoby. Nasz człowiek w razie krytycznej sytuacji dostał polecenie, aby skontaktować się ze Stolzem i wspólnie próbować zapobiec przejęciu samolotu przez Rosjan.
– Z tego co mówisz, jasno wynika, że nasze siły są niewielkie. A co najgorsze nie mamy nad całą sprawą dostatecznej kontroli, praktycznie żadnej. Pozostaje nam czekać. To nie dużo, jak na siły którymi dysponuje nasze państwo. – Prezydent był wyraźnie zmartwiony, a jego wyraz twarzy niewiele odbiegał od smętnej miny szefa CIA.
Obaj milczeli. Przewracane w tej ciszy przez Johna Clinta dokumenty zakłócały nienaturalną ciszę.
Pierwszy przemówił szef CIA.
– Proponuję, panie prezydencie, aby za dwie godziny odbyć w pana gabinecie naradę w poszerzonym gronie osób. Wcześniej było to niemożliwe, gdyż niezbędna jest obecność wspomnianego przeze mnie pułkownika Dawida Holta, który wykonuje bardzo ważną misję związaną z ocaleniem „Nocnego Ptaka”.
– I ja o tym nic nie wiem – powiedział głośno prezydent, otwierając szeroko oczy.
– Przepraszam, panie prezydencie, lecz dotyczy to niezwykle trudnej i ściśle tajnej operacji. W wielu kwestiach miałem wątpliwości, nie chciałem pana informować przed całkowitym sprawdzeniem treści napływających raportów. Bałem się również możliwości przecieku, paru senatorów jest gadatliwych…
– Przeciek! W moim gabinecie! – przerwał głośno prezydent.
Szef CIA niemal natychmiast rozpoczął wyjaśnianie tej nieco niezręcznej sytuacji, poddając w wątpliwości trzymania tajemnic najwyższej wagi przez osoby będące blisko prezydenta.
– Przykro mi, lecz pamiętam, że podczas jednej z narad na temat niemieckiego samolotu powiedział pan, iż sprawa jest nadzwyczaj ważna i w związku z tym daje mi zezwolenie na podejmowanie decyzji bez pana zgody, gdyby wymagała tego bieżąca sytuacja – wyjaśnił jednym tchem John Clint.
Prezydent wydął na moment usta. Teraz rzeczywiście przypomniał sobie, iż udzielił Clintonowi nadzwyczajnych pełnomocnictw.
– Tak, przepraszam John… Niepotrzebnie się uniosłem, ale rozumiesz… ten nawał różnych spraw… – zreflektował się. – Na którą godzinę proponujesz spotkanie? – spytał zupełnie już opanowany.
– Za około dwie godziny powinien być Holt. Może to nastąpić nawet szybciej, lecz i tak musimy zaczekać kilka minut na ważnych wojskowych, których pozwoliłem sobie zaprosić powołując się na pana. – Clint spojrzał z pod oka w oczekiwaniu na reakcję prezydenta.
– Rozumiem – odparł krótko, unikaj wzroku szefa CIA.
„Nachtvogel”
W kabinie dowódcy S-3 był Victor Ortlich, generał Grabner, który kierował zespołem obsługujących ośrodek dowodzenia, oraz Manfred Kulhnau. Ściągnięto do pomocy Hopfa i dwóch stewardów. Wszyscy, z wyjątkiem oczywiście sprawcy morderstwa, byli niesłychanie zaskoczeni tym niespodziewanym wypadkiem.
Lekarz podszedł do stojących na środku pokoju oficerów.
– Wygląd wskazuje, że mamy do czynienia z klasycznym zawałem serca – powiedział do obecnych Manfred Kulhnau. – Przeniesiemy ciało do ambulatorium i tam przeprowadzę dokładne badania. Diagnoza nie powinna raczej ulec zmianie.
Generał Grabner splótł ręce na plecach, był przygnębiony z powody nagłej śmierci kolegi.
– Niezbyt odpowiednia to chwila na umieranie. A i miejsce niestosowne – powiedział generał i odwrócił głowę w kierunku Victora Ortlich. – Według obowiązujących procedur, pan pułkowniku Ortlich obejmuje od tego momentu dowodzenie na „Nocnym Ptaku”. Myślę, że powinien pan jak najszybciej zapoznać się, co w takim przypadku mówi instrukcja. Dopiero wówczas powiadomimy bazę w Memmingen. – Spojrzał na zegarek. – Mamy ponad godzinę do planowanego połączenia.
Ortlich popatrzył na obecnych, i z miną niezwykle przejętego nagłą śmiercią pułkownika Grossera, powiedział: – Bardzo mi przykro, że w tak dziwnych i smutnych dla nas okolicznościach zmuszony jestem do przejęcia dowodzenia. – Odwrócił się i poszedł do pulpitu kierowniczego. – Przenieście ciało do ambulatorium. Na razie wykonujemy lot bez wprowadzania zmian, ściśle według ustaleń. Za jakieś piętnaście minut, po zapoznaniu się z dokumentami, podejmę stosowne decyzje.
Stewardzi położyli ciało Ernsta Grossera na nosze i skierowali się do wyjścia.
– Dziękuję, panowie – powiedział do pozostałych Ortlich. – Kapitanie Hopf, proszę przekazać pułkownikowi Stolzowi, że jego służba z wiadomych przyczyn musi się nieco przedłużyć.
Ortlich został sam w pokoju należnym dowódcy. Teraz to była jego kabina. Zdobył władzę, która pozwalała na dalszą realizację planu porwania samolotu.
Usiadł przy głównej konsolecie, która jeszcze przed niespełna kwadransem była stanowiskiem dowódczym Ernsta Grossera. Obecnie Ortlich miał pełne pełnomocnictwa oraz nieograniczony dostęp do w wszystkich urządzeń mających decydujący wpływ na dalsze losy załogi S-3.
Położył palec na jednym z przycisków interkomu, ten sam którym nacisnął spust pistoletu ze śmiercionośnym ładunkiem.
– Uwaga załoga, mówi pułkownik Victor Ortlich. Zawiadamiam, że w wyniku nagłej śmierci pułkownika Ernsta Grossera, naszego dowódcy i znakomitego kolegi, jako jego zastępca obejmuję kierownictwo na S-3. Za około trzydzieści minut podejmę decyzję i przygotuję informację dla dowództwa w Niemczech. Od nich będzie zależało, czy lot będzie kontynuowany, czy też powrócimy do bazy. Do tego czasu należy wykonywać czynności przewidziane w programie lotu. Być może będziemy zmuszeni, jak już wspomniałem, do powrotu, ale do tego czasu absolutnie nie wolno nam doprowadzić do zakłócenia realizacji wcześniej postawionych zadań. Dziękuję – zakończył swoje przydługie przemówienie nowy dowódca.
Następnie w krótkich trzech zdaniach przygotował meldunek dla bazy w Memmingen, w którym m.in. pytał, co ma uczynić w tak niespodziewanej i wyjątkowej sytuacji. W czasie pisania zastanawiał się, czy Ziemia podejmie decyzję o powrocie S-3, czy też każe kontynuować lot. Liczył na to drugie rozwiązanie.
Pułkownik Thomas Stolz był nie tylko dobrym pilotem Sił Powietrznych Niemiec. Należał również, od momentu ukończenia szkoły oficerskiej, do służb specjalnych niemieckiego kontrwywiadu. One to właśnie spowodowały, że Stolz wszedł w skład załogi S-3, wybranych przez osoby stojące w cieniu całego programu. Nikt z kierujących tym śmiałym przedsięwzięciem związanym z „Nocnym Ptakiem” nie spodziewał się niespodzianek, ale szef kontrwywiadu postanowił, że takie zabezpieczenie nikomu nie zaszkodzi. Osoby będące w ścisłym gronie sztabu programu S-3 niezwykle starannie dobierały skład załogi. Zdaniem specjalistów z kontrwywiadu, uczestnicy wyprawy byli najpewniejszymi z tych, którzy znaleźli się na liście potencjalnych kandydatów. A jednak przez to gęste sito przecisnęli się agenci sowieckiego GRU.
Stolz otworzył butelkę wody mineralnej i z uczuciem mocnego pragnienia, wypił prawie całą jej zawartość.
– Latam już sporo lat, ale podobnego wypadku w powietrzu nigdy nie spotkałem – powiedział do siedzącego obok ze smutną miną Leutnanta Kroinza.
Porucznik Kroinz nie był zbyt rozmowny podczas tej służby. Podobnie, jak inni członkowie załogi był zdruzgotany informacją o śmierci pułkownika Grossera.
– Miał poważne zmartwienie, pułkowniku – rozpoczął Kroinz po chwili zastanowienia. – Jego córka jest nieuleczalnie chora. Każdy o tym wiedział. Wydaje się, iż to musiało być przyczyną tego nagłego zgonu.
Stolz doskonale znał sytuację rodzinną Ernsta Grossera. Ale zdawał sobie sprawę, że zawał serca u tak zdrowego mężczyzny jest wypadkiem wyjątkowym. Wszyscy piloci, nawigatorzy oraz pozostałe osoby biorące udział w locie S-3 przeszły kilkakrotnie gruntowne badania lekarskie w specjalnym, świetnie wyposażonym ośrodku medycyny lotniczej. Nic nie wskazywało, by ktokolwiek, także Grosser, miał problemy z sercem, czy układem krążenia. Taki stan natychmiast wykluczał z przygotowań do lotu.
Thomas Stolz zamyślił się. Patrzył w wielki monitor.
– Tak bardzo kochał tę dziewczynę. Była jedynaczką… Przeżywał głęboko ten rodzinny dramat. Rozmawiałem z nim często o Trudzie. Nie mógł się pogodzić, że tak młoda istota… – mówił wyraźnie przygnębiony.
Komentarze
Prześlij komentarz