Powieść

Zbigniew Dulewicz

NOCNY PTAK - odcinek 7


   Ośrodek operacyjny zajmował największe pomieszczenie na „Nachtvogel”, pomijającobszerną kawiarnię, która służyła także za jadalnię i salę odpraw. Ośrodekwypełniony był niemal wszystkim, czym dysponowała nauka w dziedzinie obliczania,przetwarzania, analizowania, nadawania, obserwowania, szyfrowania i deszyfracji– super nowoczesne stanowisko dowodzenia, zastępujące tysiące ludzi pracującychw naziemnych sztabach armii.

   Ortlich, by nie wzbudzać podejrzeń swoją tu bytnością,podszedł do jednego z oficerów.

   – Nie ma kłopotów? – zagadnął.

   – Pułkowniku, nabieramy powoli wprawy –odparł niski, ze spoconym czołem major.

   Ortlich zrobił przyjazną minę, podniósł rękęi poufale klepnął majora w ramię.

   – Kwestia opanowania. Co innego natreningach, a inaczej w konkretnym działaniu. Też miałem tremę. Nie powinno byćźle, majorze – dodał pułkownik.

   Major, ze znakami formacji Landtruppen nabluzie, nie spuszczając wzroku z monitora pocieszył się głośno:

   – Bywało się w gorszych opałach, HerrOberst.

   – Tak,nie trzeba panikować. Macie doskonały sprzęt. Uważajcie tylko na kangury, onepotrafią wysoko skakać – powiedział Ortlich. – I nieźle boksują – dodał, widzącuśmiechniętą twarz oficera.

   Przyglądał się ludziom pracującymprecyzyjnie, jak obsługiwane przez nich urządzenia. Rozmyślał w tym momencienad sposobem dostania się do szafki wiszącej w krótkim przejściu, gdzieznajdował się drugi komplet potrzebnych mu kluczy.

   Od strony sąsiedniego pomieszczenia,skrywającego za swymi drzwiami sprzęt kontrolujący pracę reaktora, szedł wolnoz założonymi do tyłu rękami Markus Zorm.

   Ortlich postanowił go wykorzystać, bowiemdziałając w pojedynkę obawiał się możliwości obserwacji obcych oczu.

   – Markus, muszę coś sprawdzić – powiedziałcicho. – Stań w przejściu i nie pozwól przez trzy minuty, aby ktokolwiek miprzeszkodził. Dam ci znak, kiedy skończę.

   Zorn przytaknął ruchem głowy i odpowiedziałszeptem: – Rozumiem.

   Podczas gdy Zorn kontrolował sytuację,Ortlich ze sprytem zawodowca otworzył szafkę. W podobny sposób, jak w kabinieGrossera, posługując się uniwersalnym kluczem i klejem, wszedł w posiadaniezawartości dwóch woreczków z alarmowymi kluczami, bez naruszania plomb. Całaakcja zajęła mu niespełna minutę. Nie zatrzymując się, przeszedł obok Zornawypowiadając krótki: – Danke.

   Zorn skinął milcząco głową.

   Ortlich spojrzał na zegarek. Obliczył, że matyle czasu, by się odświeżyć i przebrać w wygodne ubranie przed brydżowymmeczem. Aby zachować naturalność swojego zachowania, przespacerował się jeszczeraz po ośrodku dowodzenia. Podszedł do młodego majora wojsk lądowych, z którymprzed kilkoma minutami rozmawiał.

   – Powodzenia majorze – powiedział odchodząc.

   Oficer nie odpowiedział. Skoncentrowanyśledził mapę, która powoli przesuwała się na ekranie wielkiego monitora.

   Victor Ortlich skierował się w stronęschodów prowadzących na pokład mieszkalny. Idąc korytarzem, klepnął zzadowoleniem dłonią po kieszeniach spodni, w których spoczywała zdobycz. Wciągu kilku minut zaopatrzył się we wszystkie klucze, jakie służyły do otwarciamagazynów ze skafandrami ciśnieniowymi oraz do pomieszczeń z bronią palną.Posiadanie ich było dużym atutem w rękach Ortlicha, lecz akurat tych właśnierzeczy postanowił użyć w ostateczności. Nie chciał otwartej walki na pokładzieS-3, bowiem wynik był nie do przewidzenia.

  

Niemcy

   W pokoju panował półmrok. Siedział zgarbionyw fotelu na grubych, pałąkowatych biegunach i kołysał się miarowo, jak wahadłodużego zegara wiszącego na przeciwległej ścianie. Z kominka obok płynęłoprzyjemne, łagodzące ból w stawach ciepło. Lecz i tak okrył sobie kocem nogi,aż do wysokości pasa. Były zawsze zimne, nawet w upalne dni. To skutek odmrożeńdoznanych podczas morderczej, beznadziejnej walki w kotle stalingradzkim, a późniejna dalekiej, mroźnej Syberii.

   Głęboko zamyślony, z miną wyrażającą głębokidramat, Klaus Ortlich analizował całe swoje dotychczasowe życie. Dokładnie.Etap po etapie. I wciąż przeklinał wojnę wymyśloną przez Hitlera. Że wojennelosy zmusiły go do wejścia na drogę, która z niego i syna uczyniła zdrajców.Nigdy wcześniej tak boleśnie tego nie odczuwał. Ostatnimi czasy coraz częściejnękały go różne choroby, wiedział, jak każdy w podeszłym wieku, ze niebawemnadejdzie śmierć. Zbliżał się kres jego życiowej wędrówki. Poprzetykanejobawami, nerwami, niepewnością każdego dnia i bojaźnią o losy jedynego syna. Idlatego tym bardzie przychodziły okresy, kiedy po kilka razy dziennie dokonywałrozrachunku z przeszłością.

   Dzisiejszego wieczoru, gdy po raz wtóryrozmyślał o Victorze, który z pewnością już niedługo wyląduje w ZwiązkuSowieckim, jak nigdy dotąd rozumiał swój błąd. Należało zaraz po powrocie zniewoli o wszystkim powiedzieć władzom – myślał. Pozbyłby się tego balastu,ukryto by go i inaczej potoczyłoby się ich życie. Odchodziłby w czystościsumienia, a tak brnął przez lata coraz głębiej w to szpiegowskie bagno, ciągnącza sobą Victora. Wciąż usprawiedliwiał syna wmawiając sobie, że przecież tak gowychował, że przecież syn ma domieszkę krwi rosyjskiej. Że być może tam jestjego miejsce, jego ojczyzna, jego prawdziwa ojczyzna. A jednocześnie rozumiałnaiwność swojego tłumaczenia, lecz z przedziwnym uporem szukał wytłumaczeniadla swojego postępowania.

   Języki ognia wykonywały w kominkuskomplikowany taniec.

   Czy będzie tam szczęśliwy? Czy zapewnią mugodną przyszłość? Czy nie uczynią Victorowi krzywdy? Ortlich senior zadawałsobie setki razy te pytania od chwili startu „Nocnego Ptaka”, tej cudownejbroni, która akurat jego niewiele interesowała. Nie wierzył w jej świetność.Już przecież raz, jemu, żołnierzowi Wehrmachtu, Niemcy obiecywały cudowną broń.I skończyło się to bardzo źle dla milionów ludzi.

   Sowieci kazali, więc nie mając wyboru odkiedy związał się GRU, zajął się wraz z synem sprawą S-3. Szantażowani przezcały czas, sprzedali największą tajemnicę Niemiec. Jak każdy przestępca,żałował po fakcie, kiedy dokonało się nieodwracalne zło. Teraz, na starość,gardził sobą.

   Od dwóch dni nieustannie nasłuchiwał, czyprzed dom nie podjedzie policja lub ktoś z wywiadu wojskowego, by goaresztować. Nie ulegało wątpliwości –powtarzał w kółko – że rozszyfrują ten łańcuszekpowiązań jego i Victora z wywiadem sowieckim. Fakt, agenci zacierali ślady,lecz nigdy im nie ufał. Mogli coś przeoczyć, o czymś lub o kimś nie wiedzieć.Mogli również przyjść i także jemu poderżnąć gardło, aby odciąć kontrwywiadowiniemieckiemu możliwości porwania samolotu. Victor nie będzie już potrzebowałpomocy ojca.

   Nikomu nie był już potrzebny. Wykonałwszystko, co mu rozkazywano przez dziesiątki lat. Od dawna miał poważnetrudności ze spaniem. Momentami nie wytrzymywał napięcia i łykał garściami lekiuspakajające. Nie na długo to pomagało. Strach był silniejszy.

   Klausa Ortlich opanowała nagle trudna dozniesienia rozpacz. Patrząc przymglonym wzrokiem w ogień płonący w paleniskukominka, pojął swą marność. Zrozumiał, że nadszedł  t e n  czas. Bezustannie powracały obrazki z okresuwojny i niewoli: potworny mróz, głód, kapitulacja, przesłuchania, zastraszanie,nieludzkie warunki bytowania. Obrzydliwa, poniżająca walka o przetrwanie. PoródOlgi w słomiastym barłogu i niewyjaśniona jej śmierć, o czym zdał sobie sprawędopiero w kilka lat po powrocie do Niemiec. Opieka nad maleńkim Victorem wbrudzie przerastającym ludzka wyobraźnię. Pod naciskiem powracających wciąż,jak w filmowym kalejdoskopie tych potworności, zrozumiał, że po raz drugi niebędzie w stanie przeżyć męki więzienia, które niewątpliwie go czeka. A możeprzede wszystkim bał się bólu?

   Klaus Ortlich wstał. Odłożył z wysiłkiem kocna fotel.

   Obszedł mieszkanie, zamykając wszystkiedrzwi i okna. Jego ręce drżały nie tylko ze starości. Wszędzie wokół siebie iwewnątrz czuł strach. Nie potrafił już dłużej dźwigać tego brzemienia.

   Wyjął ze spiżarni grubą, sizalową linkę.Zrobił pętlę i przerzucił samobójcze narzędzie przez hak nad drzwiami kuchni.Jego szkliste, pokryte mgłą oczy niewiele widziały. Wykonywał czynnościmechanicznie, jakby wielokrotnie wcześniej precyzyjnie je ćwiczył.

   Głośno sapiąc i stękając, wspiął sięniezdarnie na przystawiony taboret i z trudem założył pętlę na wyschniętą,pomarszczoną szyję. Już się nie wahał. Strach był silniejszy.

   Wykrzywiając nienaturalnie usta, wyszeptał:– Ty zdrajco. Klaus, jesteś marnym, marnym tchórzem. Wybacz mi Victorze.

   Nagle uniósł się lekko i pchnął stopamitaboret.

   Nie bronił się.

   Bezwładnie zawisł.

   Nie słyszał, kiedy w kilka sekund odpodjęcia tej dramatycznej decyzji, wnętrze domu wypełniło głośne pukanie.

   Wysoki mężczyzna wprawnym ruchem otworzyłdrzwi. Podszedł do wiszącego Ortlich. Upewnił się, że nie żyje i skierował siędo sąsiedniego pokoju. Przejrzał szuflady w meblach, ale nie znalazł nicinteresującego. Jeszcze raz podszedł do wisielca, chwycił jego nadgarstek. Niewyczuł pulsu.

   To Jurgen. Na polecenie GRU przybył wtajemnicy przed synem ofiary, aby zamordować także Klausa Ortlich, który byłostatnim świadkiem powiązania całej siatki szpiegowskiej z Rosjanami.

   Ortlich senior wyręczył Jurgena. Agent„Specnazu” mógł spokojnie wracać do kraju. Wykonał zadanie zgodnie z poleceniemCentrali.

 

Niemcy

   – Frau Grosser, zaprosiłem panią, gdyżnastąpiły bardzo pomyślne zmiany – powiedział doktor Georg Bolzen, szef klinikihematologicznej, w której już ponad miesiąc przebywała Truda Grosser.

   Eva Grosser uśmiechnęła się smutno. SłowaBolzena niewiele jej mówiły.

   – Pomyślne, to znaczy, że Truda będzie żyła?– spytała, patrząc błagalnym wzrokiem.

   Bolzen przetarł chusteczka lśniące od potuczoło.

   – Otrzymaliśmy dzisiaj rano potwierdzenie zlaboratorium kliniki w Aachen, że wyniki ich badań pokryły się z naszymi.Wcześniej nie mogłem pani o tym poinformować. Sprawa jest na tyle poważna, iżbałem się pomyłki.

   Lekarz przeszedł do szklanej ławy i usiadłnaprzeciwko zmartwionej kobiety.

   – Wynika z nich – mówił dalej – że Trudachoruje na coś, co różni się od wcześniejszej naszej diagnozy. Rozumiem dramati państwa rozpacz, ale nie ma w tym winy naszej kliniki. Błąd, którypopełniliśmy był naprawdę nie do wykluczenia.

   Eva Grosser milczała. Była całkowiciezaskoczona tym, co mówił lekarz.

   Bolzen położył maleńką kartkę naprzeźroczystej tafli. Zastanawiał się, chciał w prosty sposób wytłumaczyćtrapiące go podejrzenia.

   – Doktorze, zanim usłyszę wyjaśnienia – zaczęła– proszę o krótka odpowiedź. Czy Truda ma szansę na przeżycie? Czy będzie żyła?W tej chwili jest to dla mnie najistotniejsze. – Patrzyła oczami pełnymi łezwprost na twarz Bolzena.

   – Wcześniej nie było takiej szansy, gdyżwyprowadzeni przez kogoś sprytnie w pole, stwierdziliśmy u pani córki ostrąbiałaczkę nowotworową, której w większości przypadków nie udaje się zatrzymać.Badania z Aachen potwierdzają moje podejrzenia, że w przypadku Trudy mamy doczynienia z wywołaną sztucznie agranulocytozą. – Przerwał na moment. –Przepraszam, ta fachowa nazwa niewiele wyjaśnia. Zastosowaliśmy dodatkowąfiltrację krwi, częściowo ją wymieniając na nową, jak również odpowiednieantybiotyki oraz preparaty hormonalne, co powinno za około dwa tygodnie dać pierwszepozytywne efekty. Mówiąc zupełnie szczerze, wykryliśmy właściwe powody wostatniej chwili. W każdym razie, obecnie stan jest stabilny i pani córce niezagraża niebezpieczeństwo – zakończył zdaniem, którego strapiona matkaoczekiwała na początku tej długiej wypowiedzi.

   Eva Grosser próbowała się uśmiechnąć słysząctę wiadomość. Ale zmęczenie wzięło górę.

   – Och… gdyby mógł to usłyszeć mój mąż –powiedziała cicho. – Jest na ważnych ćwiczeniach, z których nie pozwolono muzrezygnować – usprawiedliwiła męża z nieobecności w tak ważnym momencie. – Panwybaczy, Herr Bolzen. – Wytarła wilgotny nos. – Usłyszałam słowo: sztuczne. Coto oznacza? – spytała ponownie zaniepokojona. Nagła choroba córki uczyniła zniej jeden wielki kłębek nerwów.

   Bolzen zerknął w notatki.

   – Do tego stanu doprowadziły związkichemiczne, najprawdopodobniej podawane w lekach, których składu niestetyobecnie jeszcze nie znamy – wyjaśnił krótko.

   Spojrzała zaskoczona. Nie bardzo rozumiała,co lekarz próbował jej wytłumaczyć.

   – Ale…jak… Przecież Truda nigdy nie chorowała, nie brała w życiu żadnych leków… możejedynie witaminy… Jest pan pewien… że się nie myli? – zakończyła pytaniem swąchaotyczną wypowiedź.

   – Wykluczone. Nie ma najmniejszychwątpliwości – odpowiedział bez zastanowienia. – Leżą na mym biurku wyniki badańdwóch bardzo znanych i cieszących się dużym autorytetem profesorów. Tym razemnie może być pomyłki. Proszę się zastanowić, Frau Grosser, ktoś musiałwprowadzić do jej organizmu, i to w małych dawkach przez okres co najmniejdwóch miesięcy, nieznany nam lek, wywołujący ogromne spustoszenie w układziekrwionośnym. Być może Truda była nieświadoma, iż łyka w jakiejś postaci takgroźną truciznę.

   Żona pułkownika Grosser opuściła głowę,zakryła oczy chusteczką i zaczęła płakać.

   – Proszę się uspokoić. Najważniejsze, żeTruda będzie żyła. Wykryciem przyczyny zajmą się odpowiedni ludzie – pocieszałdoktor Bolzen.

   – Rozumiem… Dziękują doktorze – przetarłaoczy. – Truda przebywała w internacie w Stuttgarcie. Tam studiowała – z trudemopanowywała drżenie ust. Jej dłonie nerwowo obracały mokrą od łez chusteczkę. –Na pewno tam zaszło coś, co umknęło uwadze mojej i męża. A może to narkotyki? –spytała przestraszona.

   – Wykluczone. Narkotyki byśmy wykryli przypierwszych badaniach. Może ktoś celowo ją podtruwał, zbadamy to. Pani córkajest obecnie zbyt osłabiona, by pomóc nam w rozwiązaniu tej zagadki – wyjaśniłspokojnie Bolzen.

   Eva Grosser uspokoiła się, płacz ustąpiłzupełnie. Wypiła duży łyk zimnej wody.

   – Doktorze, to nieprawdopodobne. Komu na tymmogło zależeć i po co by to robił? – zapytała spokojnie.

   – Jedynie pani córka może nam pomóc wyjaśnićten problem – odparł.

   Kobieta spojrzała przekrwawionymi oczami wtwarz siedzącego naprzeciw mężczyzny. Czuła się zagubiona.

   – Herr Bolzen, jestem niezmiernie wdzięcznai ufam panu, podobnie jak mój małżonek. Proszę postępować według własnegouznania, tak, aby nasza córka wyszła z tych dziwnych perypetii cało.

   Eva Grosser wstała, Bolzen także.

   – Jest pani niezmiernie zmęczona, proszęjechać do hotelu wypocząć. Zapewniam panią, że najtrudniejszy okres za nami –zakończył pokrzepiająco.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie