Powieść
„Nachtvogel”
W kabinie pilotów pełniłsłużbę pułkownik Thomas Stolz. Obok siedział Leutnant Dawid Kroinz, któryzmienił Hansa Hopfa. Pełnił funkcję pomocniczego nawigatora.
Pomieszczenie głównegonawigatora było oddzielne, położone pod pokładem kabiny pilotów, w dwóchtrzecich oszklone dla zapewnienia lepszej widoczności, klejone z wielu warstwdla wykluczenia efektu odblaskowego.
Mniej więcej na wysokości CapeTown w Republice Południowej Afryki, boczny ekran uzupełniającego komputeranakazał zmianę kursu.
– Zmieniamy kurs, pułkowniku –usłyszał Stolz w słuchawkach słowa nawigatora.
– Tak, widzę polecenie,majorze – odpowiedział Stolz.
Pułkownik przejął stery iprzechylił łagodnie samolot na lewe skrzydło. Według cyfrowego wydruku wprowadziłS-3 na pułap 45 tysięcy metrów i zmniejszył prędkość do 1200. Cały manewrwykonał bardzo płynnie, tak by załodze nie zakłócić w najmniejszym stopniuwykonywania zadań.
Lot przebiegał bez zakłóceń, awszystkie urządzenia pokładowe, jak również sprzęt, który obsługiwalioficerowie reprezentujący różne rodzaje wojsk funkcjonowały bez zarzutu.
W swoim doskonale wyposażonymgabinecie, doktor Manfred Kulhnau prowadził rutynowe badania członków załogi,którzy zakończyli służbę. U nikogo nie stwierdził odchyleń od normy.
„Nocny Ptak” leciał idealniepo ustalonym kursie, prowadzącym niemal w prostej linii nad Australię. Wrejonie wysp francuskich Nowy Amsterdam i Saint Paul zaplanowano kolejny,krótki kontakt z ośrodkiem dyspozycyjnym w Niemczech.
Dowódca S-3 wezwał do swojegopokoju pułkownika Victora Ortlicha, generała Grabnera oraz majora Zorna celemomówienia pierwszego z zaplanowanych zadań.
– Siadajcie panowie. Jeśliktoś ma ochotę, papierosy leżą na stoliku – powiedział Grosser, patrząc na oficerówżywym wzrokiem. Czuł się wypoczęty. Spał prawie godzinę. Odsunął w tej chwilimyśli o chorej córce.
Usiedli przy podłużnym stole.Ortlich zajął miejsce po przeciwnej stronie, tak, aby mieć Zorna przed sobą.Generał usiadł obok drugiego pilota.
Wszyscy trzej zapalili.
Grosser uruchomił przyciskiemurządzenie wentylacyjne oraz umieszczony pod sufitem duży wiatrak, któregoszerokie ramiona wolno zaczęły mieszać powietrze wypełnione chmurami dymu.Siedział za stolikiem spełniającym rolę biurka.
Kabina dowódcy, to właściwiejedno duże pomieszczenie, bardziej przypominające dyspozytornię aniżeli pokójdo wypoczynku. Oczywiście było wygodne łóżko, maleńka łazienka. Aleumeblowanie, jeśli tak można powiedzieć, to szereg telefonów, interkom, grupa sprzężonychze sobą komputerów i innych urządzeń pozwalających Grosserowi na stałą kontrolępanującej sytuacji na pokładzie samolotu oraz przegląd przebiegu lotu. Jedynąprywatność, w tym zdublowanym ośrodku dowodzenia, stanowiła sporych rozmiarówfotografia córki Grossera, która stała oprawiona w grubej, brązowej ramce oboktelefonów z przodu biurka. Reszta jego rzeczy ukryta była w szafie wbudowanejnad łóżkiem. Konstruktor oszczędzał każdy centymetr kwadratowy powierzchni.
Grosser spojrzał w wydruk leżącyprzed nim na stoliku.
– Jak wiecie panowie, za kilkagodzin przeprowadzimy pierwsze z serii wyznaczonych nam zadań. Przelecimydwukrotnie nad Australią, na bardzo niskim pułapie. Oczywiście operacjawykonana będzie nocą. – Zrobił krótką przerwę, patrzył bezpośrednio na siedzącychoficerów. Odsunął dłonią pas komputerowego dzieła i zapytał: – Znacie temat,czy w związku z tym są jakieś uwagi?
Generał zbliżył klatkępiersiową do brzegu stołu i odpowiedział: – Nie przewiduję żadnych komplikacji,załoga dobrze wie co ma robić. Nie mam nic do dodania.
Ernst Grosser spojrzał naobojętną twarz Zorna, który skierował wzrok w dół. Pułkownik nie ufał ludziomuciekającym wzrokiem. Uważał, że są fałszywi, często na takich wcześniej, czypóźniej się zwodził.
– Nie pułkowniku. Nie mamżadnych uwag. – odparł krótko major, nadal patrząc w podłogę.
Dowódca odwrócił głowę w kierunkuVictora Ortlicha, co oznaczało, ze czas na niego.
– Jak na razie wszystkofunkcjonuje normalnie – zaczął Ortlich. – Jednak na tak pierwszy poważnyprzelot, byłbym za tym, aby obsadzić stanowiska bardziej doświadczonymi ludźmi.Naruszamy przecież nielegalnie obcą przestrzeń powietrzną, co wiąże się z dużymryzykiem. – Ortlich rozparł się wygodniej na krześle i wyprostował przed sobąnogi, zakładając jedną na drugą.
Markus Zrorn zaśmiał sięgłośno.
– Nad Afryką też była obca –oznajmił ironicznie.
– Ale tam szliśmy na dużejwysokości – odciął się Ortlich.
Pułkownik Grosser przez moment zbierał myśli.
– Sądzę panowie, że nie jestto konieczne. Przelot wykonamy z zespołem, który akurat w tym czasie będziepełnił służbę – zadecydował dowódca. – Im szybciej przyzwyczaimy się doniespodziewanych sytuacji, tym bardziej będziemy mogli liczyć na nich wmomentach rzeczywistego zagrożenia.
– Słusznie, pułkowniku –wtrącił krótko generał.
Ernst Grosser miał na myślniespodziewane, zaprogramowane na ziemi symulowane przez komputer awarie, którenależało przećwiczyć na wypadek, gdyby do nich doszło naprawdę w przyszłości. Otym wiedział tylko on oraz generał Grabner i szef nawigatorów.
– Pan decyduje, pułkowniku –powiedział Ortlich. – Czy wszyscy piloci mają być na stanowiskach podczasprzelotu nad Australią? – zapytał.
– Uważam, że nie jest tokonieczne – powiedział Grosser. – Jest to pierwsze zadanie, dlatego teżosobiście będę pilotował i dowodził. Nie robię tutaj wyjątku, po prostu tak sięskłada, iż to mi przypada w tym czasie służba. Poza tym nawigatorzy są w całymkomplecie znakomitymi fachowcami.
– Czy mam być przy tym obecny,Her Grosser? – zapytał Markus Zorn.
– Tak, pańska obecność, Zorn,będzie konieczna. W razie niespodziewanej awarii pokieruje pan pracąmechaników.
Wynikało z tego, ze Ortlich iStolz mieli nad Australią wypoczywać.
Pod wpływem tych informacji,Ortlich w czasie wolnym od służby chciał zorganizować partyjkę brydża.Postanowił namówić także Thomasa, który z pewnością nie odmówi. Po służbiebędzie zapewne zmęczony, ale zagra na pewno, był zapalonym graczem. Grali zawszena niewielkie stawki, ale Stolz nie gardził nawet małymi kwotami.
– Nad wszystkim czuwadoskonała aparatura. Jednak potraktujmy to zadanie poważnie, wówczas bez komplikacjizałoga poradzi sobie ze sfingowanymi niespodziankami, jak i z niezamierzonymi,powstałymi w wyniku działań przeciwnika – powiedział Grosser.
– Jak długo pozostaniemy naniskim pułapie? – spytał Zorn.
Pułkownik Grosser wstał ipodszedł do jednego z pulpitów. Uruchomił żądany program i w ułamku sekundy nadużych rozmiarów monitorze pojawił się szereg cyfr oraz mapa z naniesionymkursem S-3, przebiegającym nad kontynentem australijskim.
– Panowie, cała akcja nadAustralią, przy prędkości
– Tak przewiduje zapis? –zapytał dziwnie Ortlich, chyba tylko po to by zadać pytanie.
– Oczywiście. I aby zadowolićtych z Bonn musimy zmieścić się w tym czasie tak, by jednocześnie wykonać każdezadanie, jakie poleci nam zakodowany program – wyjaśnił Grosser, biorąc napoważnie pytanie ze strony Ortlicha.
– Rozumiem – odparł równiepoważnie pilot.
– Czy są jeszcze jakieśpytania? – spytał dowódca.
– Nie – krótko odpowiedzieliniemal jednocześnie Zorn i Ortlich.
– Wszystko jest jasne, HerGrosser – potwierdził generał.
– Dziękuje, panowie –zakończył dowódca S-3.
Zebrani rozeszli się.
Ernst Grosser oparł nawewnętrznej stronie brodę i spojrzał ze smutkiem na fotografię, gdzie widniałauśmiechnięta twarz jego córki.
Victor Ortlich leżał wygodnie,wyciągnięty na wąskim, jednoosobowym tapczanie w jakie wyposażono wszystkiepomieszczenia dla wypoczynku dla członków załogi i dodatkowych uczestnikówwyprawy S-3. Oprócz pomieszczeń dla stewardów i kucharzy, wszystkie pokoje byłyna drugim pokładzie. Królestwo kucharzy i ich pomocników znajdowało się o jedenpokład niżej, gdzie była także obszerna świetlica wyposażona w stoły bilardowe,kawiarnia, siłownia, sauny i składające się z kilku pomieszczeń stanowiskomedyczne kierowane przez Manfreda Kulhnaua.
Pułkownik czytał jeden z tomówze zbioru opowiadań Tomasza Manna. W rzeczywistości dzieło w swym wnętrzu kryłozakamuflowane przez specjalistów z Rosji zaszyfrowane informacje dla Ortlicha.Przede wszystkim parametry dotyczące lotnisk przygotowane przez jednostki GRUoraz innych ważnych wskazówek, które miały pomóc porywaczom bezpieczniedoprowadzić samolot do jednej z trzech przygotowanych baz.
Ortlich bez problemu, stosującznany mu klucz, odszyfrował z treści książki jak dobrano lotniska z ustawieniempasów do lądowania, aby można było w każdej chwili podchodzić maszyną zkierunków północnego, południowego i wschodniego, bez wykonywania dodatkowych,czasochłonnych manewrów. Po wejściu w przestrzeń powietrzną Związku Sowieckiego,z dowolnie wybranego jednego z trzech kierunków, polecano Ortlichowi włączeniestandardowego systemu radarowego, jakie stosowała załoga S-3 w czasie lotówpróbnych przy podchodzeniu do lądowania w bazie Kalhaim. Wówczas zostanie przejętyprzez sowieckie ośrodki radarowe, które skonfigurują nadawany sygnałwykluczający ewentualne trudności namierzenia tajnych baz. Przygotowując całąoperację, starano się cały plan ograniczyć w czasie do koniecznego minimum.Ukrywanie „Nocnego Ptaka” nad Syberią nie będzie już konieczne, zważywszy, żemoment lądowania kazano Ortlichowi przeprowadzić wyłącznie nocą, aby ograniczyćprzeciwnikowi możliwość obserwacji przez satelity.
Drzwi uchyliły się i do kabinydrugiego pilota niepewnym ruchem wsadził głowę major Markus Zorn.
– Wejdź, Markus, jestem sam –zaprosił pułkownik.
– Jak planujesz rozwiązaćproblem – zapytał bezpośrednio Zorn. Odsunął krzesło i usiadł przy niewielkimSoliku z pleksi.
Ortlich odłożył książkę na kocw kolorze khaki, przechylił ciało lekko do tyłu, podpierając się wyprostowanymramionami.
– O tym za chwilę – odparłpoważnym tonem. Zrobił szybki ruch do przodu i wsunął stopy do ciemnychpółbutów. – Najpierw wytłumacz swoje zachowanie, warknął gniewnie Ortlich kuzaskoczeniu zdezorientowanego majora.
– Nie rozumiem, o co maszpretensje – zaprotestował niepewnie Zorn.
Twarz Victora Ortlicha pokryłamarsowa mina.
– To, że każdy z załogidoskonale zdaje sobie sprawę, iż na pokładzie są wyłącznie sprawdzeni ludzie inikt nikogo nie podejrzewa o niecne plany, nie upoważnia ciebie do prowokowaniaw ich obecności głupich dyskusji – powiedział nerwowo pułkownik.
– Przestań – Zorn zawiesił namoment głos. – Przecież nic złego nie powiedziałem. Hopf nawet nie słuchał –zakończył z nutką pretensji.
– Nie pleć bzdur – niemal krzyknął Ortlich.
Zorn w duchu przyznawał murację. Zrobił minę potwierdzającą błąd, wiec dodał usprawiedliwiająco: –Rozumiem Victor, to się więcej nie powtórzy.
Ta reakcja Markusa Zornazłagodziła oburzenie pułkownika.
– Mam nadzieję – odparł jużspokojnie. – Przed nami tyle czasu, że powinniśmy całą akcję przemyśleć naspokojnie. Jesteśmy w sytuacji, z której nie ma odwrotu. – Ortlich silnieuderzył dłońmi o uda. – Nie zachowujmy się więc dwuznacznie. Nie stać nas,Markus, na spartolenie operacji przygotowanej przez ogromy zespół ludzi.
Rozluźnili się obaj.
– Co zatem proponujesz?Otrzymałem polecenie z centrali, aby wykonywać twoje wszystkie rozkazy –powiedział major pokornie, z nutą lekko wyczuwalnej zazdrości. Zorn miałcharakter trudno znoszący jego wyższość.
– Ktoś dobrze myślałwyznaczając ci taką rolę.
Pułkownik wstał i usiadł obok Zorna.
– Przede wszystkim proponuję,abyś przestał się gorączkować.
Ortlich przypalił papierosa,poczęstował Zorna.
– Musimy czujnie obserwować inie czynić nic, co mogłoby narazić operację na fiasko. Wykonujmy w spokojunależące do nas obowiązki. Lot dopiero się rozpoczął i załoga jest spięta, nietylko my mamy tremę. Za kila dni dojdzie do naturalnego rozluźnienia i wówczasnadejdzie dogodny moment wkroczenia do akcji.
Zorn oparł wygodnie plecy o szerokieoparcie krzesła.
– Victor, czy maszprzygotowany konkretny plan, który pozwoli na realizację postawionego przezcentralę zadania? – spytał z wyraźnym zaciekawieniem w oczach. Spokój Ortlichaudzielił się i jemu.
Pułkownik strzepnął popiół dopopielniczki w kształcie samolotu i położył ręce przed sobą. Przez chwilę jegotwarz wyrażała głębokie rozważanie jakiegoś problemu. Spojrzał poważnie na Zornai zupełnie spokojnie, poważnie powiedział: - Mam… Mam trzy warianty, jeden znich przewiduje użycie skafandrów ciśnieniowych. Wciągnął głęboko dym w płuca ipowoli go wypuszczał. – Ale omówimy wszystko za trzy, cztery dni.
Zorn popatrzył zawiedziony.Nie usłyszał nic, co mogłoby zaspokoić jego nieskrywaną ciekawość. Ortlichzauważył ten niedosyt informacji u kolegi, nie miał jednak zamiaru nic więcejwyjaśniać. Zraził się wcześniej zachowaniem majora i postanowił wtajemniczać gostopniowo w miarę rozoruj sytuacji. Bał się, że Zorn może nieświadomiepokrzyżować plany. Zdecydował zakończyć te pierwsze, mało wiążące odwiedziny.
– Markus, aby nie wzbudzaćnajmniejszych podejrzeń, nie powinniśmy się spotykać bez świadków. Przynajmniejnie na tym etapie naszej podróży. Nie wykluczam, ze na pokładzie może znajdowaćsię ukryty przedstawiciel niemieckiego kontrwywiadu. Bez wyraźnego polecenia zmojej strony, nie odwiedzajmy się – wyjaśnił. I nie czekając na dalsze, zbędnepytania ze strony Zorna, stanowczo powiedział: – Idziemy. Niebawem obejmujeszsłużbę a ja muszę namówić Stolza na brydża. Na każdym kroku stwarzajmy pozoryspokoju. Jeśli zepsujesz coś przed czasem, własnoręcznie skręcę ci kark –przestrzegł na koniec.
Zorn sposępniał, ale niekomentował ostatniego zdania Ortlicha.
Zgasili papierosy.
Wyszli oddzielnie – najpierwZorn, w dwie minuty później Ortlich.
– Widzę, ze zbliżamy się dokraju kangurów – powiedział uśmiechnięty Ortlich, patrząc na mapę widniejącą nadużym ekranie głównego komputera. Położył dłonie na oparciach i usiadł nafotelu obok pełniącego służbę Stolza.
– I królików, jeśli chodzi ościsłość. – dodał pogodnie Stolz. Na jego twarzy nie było widać odrobinyzmęczenia, mimo czterech godzin spędzonych przy sterach.
Wiedząc, że sknerowaty Stolznie odmówi, Ortlich zapytał: – Thomas, może zrobimy robra?
Stolz bez zastanowieniaprzyjął zaproszenie.
– Chętnie, ale pod jednymwarunkiem. Podwoimy stawki, a nawet potroimy, mam dość grania o pietruszkę –zakończył całkiem poważnie.
Pułkownik nie spodziewał sięodmowy, lecz propozycja podniesienia stawek zaskoczyła go. Znając upór Stolza,postanowił nie oponować.
– Zgadzam się, ale ty bierzeszna siebie przekonanie Klugego i Wernsta.
Komandorzy Kluge i Werstreprezentowali Krigsmarine. Obaj marynarze z racji pełnionych funkcji, nigdynie pływali na bojowych jednostkach. Poznali się z lotnikami w czasie próbnychlotów. Grywali często w klubie w Regensburgu. Byli świetnymi brydżystami. Stolzrównież. Ale zawsze traktowali grę czystko sportowo, jak przyjemną rozrywkę i dobryrelaks po służbie. Wygrana w postaci gotówki interesowała wyłącznie ThomasaStolza. Czasami, gdy dopisało marynarzom szczęście, natychmiast wygrane kwotyprzepuszczali na piwo lub coś mocniejszego, zapraszając do biesiady kompanów.Rzeczywistą nagrodą za zwycięstwo była dla nich kwaśna mina pokonanego Stolza.Nie często się to zdarzało, ale jeżeli już, to naprawdę bawili się świetnie.Natomiast porażkę znosili łagodnie, bezwzględnie podlewając ją obficie piwem.
– Gut! Zagrają na pewno –odparł zadowolony Stolz.
– Za pół godziny w kawiarni. –odparł zadowolony z zupełnie innego powodu Ortlich.
Do kabiny wszedł pułkownikGrosser. Zbliżał się moment zmian służb.
Victor Ortlich poszedł wąskimkorytarzem wzdłuż pierwszego pokładu. Wszedł metalowymi schodami na drugi,rozejrzał się, czy nie jest obserwowany i przyspieszył kroku.
Pomieszczenie Grosseraznajdowało się niecałe piętnaście metrów od schodów, po których załogaprzemieszczała się na poszczególne pokłady samolotu.
To był dogodny moment. Niebyło obaw, że Ernst Grosser nadejdzie, właśnie teraz przejmował służbę. Tozawsze trwało, zanim przekażą sobie główne informacje o jej przebiegu. Pozatym, Grosser miał dowodzić operacją przelotu nad Australią, więc będzie całyczas zajęty.
Nacisnął klamkę, ale drzwi nieustąpiły. Szukał czegoś chwilę w kieszeniach, rozglądając się jednocześnie, abyw porę dostrzec nieproszonego obserwatora. Cienkim, stalowym szpikulcemwprawnie pokonał opór zamka. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi wślizną siędo pokoju dowódcy.
Doskonale znał położenie gabloty,w której znajdowały się awaryjne klucze do wszystkich pomieszczeń S-3. Przechodzącw ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym jedynie pulsującymi lampkami pracującychurządzeń, starał się niczego nie dotykać, czy potrącić. Pamięć wzrokowa dowódcy„Nocnego Ptaka” była dobrze znana całej załodze, drobne przesunięcia jakiejśrzeczy nie uchodziło jego uwadze.
Ortlich odszukał na tablicynumery 63 i 97. Delikatnie, aby nie uszkodzić plomb zabezpieczających, rozprułnajpierw jeden woreczek, później drugi na spodnich szwach i schował do kieszenispodni zawartość obu. Wyjął z kieszeni marynarki miniaturową tubkę zszybkoschnącym, bezbarwnym klejem i doprowadził woreczki do pierwotnego stanu.Powiesił je na właściwym miejscu, przyciskając lekko rozwartą dłonią prostokątnątaflę i zamknął szklane osłony gabloty. Czystą chusteczką wydarł dokładnieślady potu, pozostawione przez palce.
Uchylił na milimetry wyjściowedrzwi i wsłuchiwał przez kilka sekund. Wysunął się na korytarz i przesunąłzamek w położenie „zamknięte”. Wszystko to zajęło Ortlichowi ułamki sekund.Poprawił dłońmi poły munduru i normalnym krokiem ruszył z powrotem na górny pokład.
Spojrzał na zegarek. Dospotkania w kawiarni pozostało jeszcze sporo czasu. Odwiedził ośrodekoperacyjny. Uwijało się tam przy komputerach, pulpitach oraz konsoletach elektronicznychurządzeń kilku oficerów. Na ich twarzach dominowało skupienie a w ruchachnapięcie. Za chwilę miała nastąpić pierwsza ćwiczebna operacja – S-3 zbliżałsię do Australii.
Komentarze
Prześlij komentarz