Powieść
***
Z chwilą ostatecznej kapitulacji 6 Armiifeldmarszałka Friedricha Paulusa w 1943 roku pod Stalingradem, sowiecka armiawzięła do niewoli dziesiątki tysięcy niemieckich żołnierzy. Uskrzydlone tymzwycięstwem rosyjskie dowództwo, zupełnie nie przywiązywało wagi do dalszychlosów jeńców. Większość z nich przewieziono pociągami na daleką Syberię, bywykorzystać ich do niewolniczej pracy. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom,trzymano jeńców w warunkach urągających wszelki zasadom humanitaryzmu, kierującsię zasadą źle pojętego rewanżu. Sytuacja więźniów była na tyle trudna, żewiększość walcząc o przetrwanie dopuszczało się rzeczy, jakie w normalnychokolicznościach budziły w nich odrazę. Dość często doprowadzano jeńców doostateczności, stosując niezmiernie brutalne metody nadzoru. Chęć przetrwania,jaka jest silnie zakodowana w umyśle każdego człowieka, wyzwalała w niemieckichżołnierzach nieludzkie instynkty, włącznie z morderstwami oraz nakłanianiemwspółwięźniów do samobójstw.
Sytuacja ta stwarzała znakomite pole dodziałania dla sowieckiego wywiadu wojskowego, znanego na całym świecie podskrótem GRU. Właśnie te służby, zaraz po zakończeniu II wojny światowej,rozpoczęły werbowanie wśród jeńców różnych narodowości przyszłych swoichagentów.
Major Klaus Ortlich, żołnierz byłej 6 Armiiniemieckiej, jako jeniec wojenny został wraz z innymi przewieziony w pobliżemiasta Komsomolsk nad Amurem. Duża grupa żołnierzy Wehrmachtu, byłych członkówformacji SS oraz niemała grupa jeńcówarmii japońskiej, zatrudniona została do rozbudowy tego grzęznącego w błociemiasta.
W obozie, gdzie przebywał Klaus Ortlich,zjawili się oficerowie wojskowego wywiadu, jakoby w celu przeprowadzanieprzesłuchań związanych z minionymi działaniami wojennymi. Tak naprawdę rozpoczętosondaż, mający wyłonić potencjalnych kandydatów na agentów GRU. Po całej seriirozmów oraz wnikliwej obserwacji i raportów strażników obozu, jednym zwytypowanych został Klaus Ortlich. Major bardzo sprytnie został osaczony przezspecjalistów z GRU. W wyniku intryg wśród współwięźniów, złamany psychicznie,po kilku tygodniach gehenny wyraził pisemną zgodę na współpracę, co w niedługimczasie zaskutkowało przeniesienie do lżejszego obozu.
Rozpoczęło się ponownie zwykłe obozoweżycie, a wojskowi przestali nękać byłego oficera Wehrmachtu. Był to oczywiściekamuflaż, bowiem fachowcy z GRU nadal poddawali Ortlicha obróbce.
Major poznał w 1951 roku Rosjankę. Mieszkaław pobliżu obozu. Nie miał najmniejszego pojęcia, że jest szantażowana iwykonuje polecenie wojskowych agentów. Ortlich, mężczyzna w sile wieku, nadodatek wyposzczony wojennym losem, ani myślał przepuścić takiej okazji.Wywiązał się między nimi romans, owocem którego było dziecko. Urodził sięchłopiec. Nadano mu imię Victor. Rosjanka w 1953 roku zmarła na chorobę,rzekomo nieznaną sowieckiej medycynie. W rzeczywistości wyeliminowanie kobietynastąpiło na rozkaz z Centrali w Moskwie.
Klaus Ortlich miał syna.
W połowie 1954 roku GRU ponownie nawiązałokontakt z majorem. Wbrew panującym zasadom, pozwolono mu zostawić dziecko przysobie i, aby pozbyć się podejrzeń współwięźniów, przeniesiono do innego, dużołagodniejszego miejsca odosobnienia. Wersję tę stworzono na użytek kolegówOrtlicha, a tak naprawdę przerzucono go do specjalnego ośrodka pod Moskwą. Tamzaopiekowano się niezwykle troskliwie dzieckiem, natomiast Klaus Ortlich prawieprzez rok przechodził specjalne przeszkolenie wywiadowcze. Po zakończeniu kursuprzeniesiono go ponownie do osady jeńców wojennych i pod koniec 1955 roku wrazz innymi byłymi żołnierzami, na mocy dekretu wydanego przez sowieckiePolitbiuro, powrócił do Niemiec. Nie stawiano najmniejszych przeszkód ipozwolono mu zabrać syna.
Klaus Ortlich osiedlił się w swychrodzinnych stronach, w pobliżu Lubecki. Nie ożenił się. Wychowywał Victorasamotnie. Żyli w poczuciu bezpieczeństwa. Mijały lata, a sowieci nie dawali osobie znać. Z upływem czasu doszedł nawet do wniosku, iż zapomniano o nim, żebyć może teczka z jego dokumentami zaginęła w czeluściach komunistycznego bałaganu.Pracował, dojeżdżając do Lubecki. Syn rósł. Nic nie niepokoiło ich skromnego ispokojnego życia.
Gdzieś w połowie 1964 roku odwiedziłOrtlicha mężczyzna mówiący bardzo ładną niemczyzną. Przedstawił się jakoakwizytor firmy mydlanej. Gospodarz nie wyraził zainteresowania przedstawionymiwyrobami. Nieznajomy nagle wymienił nazwę ośrodka, w którym przed latyprzebywał na szkoleniu pod Moskwą niemiecki jeniec. Ortlich zbladł. Zaprosiłniespodziewanego gościa do mieszkania.
GRU się przypomniało. Ortlich wciąż widniałw kartotece sowieckich tajnych służb i to nie na byle jakim miejscu. Przybyłydość konkretnie mu to wytłumaczył. Z rozmowy jasno wynikało, że wywiad sowieckinad całą strategią rozbudowy sieci agentów myślał perspektywicznie i nadszedł moment,aby zamysł wcielić w życie. Decydenci z GRU postanowili nie wciągaćbezpośrednio Klausa Otrlicha do czynnej pracy wywiadowczej. Pełnił podrzędnąrolę w swoim zakładzie pracy, mieszkał na prowincji i nie posiadał żadnychkontaktów, które mogłyby być wykorzystane przez Sowietów. Postanowionowykorzystać Victora Ortlicha, natomiast jego ojca użyć jako łącznika doprzekazywania informacji. Proste, ale sprytne. Klaus Ortlich, odpowiedniopokierowany, miał za zadanie wychować cennego agenta. Matka, Rosjanka, mogłabyto wszystko zepsuć, dlatego rozkazano ją przed laty zlikwidować.
Przybyły akwizytor opisał bardzoszczegółowo, czego oczekują ludzie stojący nad nim i dał byłemu majorowikonkretne wskazówki, co do dalszej edukacji syna oraz jego indywidualnegokształtowania poglądów zgodnych z sowieckim systemem. Na zewnątrz powinien byćprzykładnym zdyscyplinowanym Niemcem, podkreślać waleczność ojca na frontach IIwojny światowej, szczególnie na wschodzie. I nie kryć wrogiego stosunku donarodów zza Żelaznej Kurtyny, których przykrym symbolem był „berliński mur”.
W moskiewskich gabinetach zapadła decyzja,aby wykształcić Victora na wojskowego. Wybór rodzaju wojsk pozostawiono synowii ojcu. Na odchodnym ten niespodziewany gość nad wyraz grzecznie poinformowałstrapionego ojca o dossier, jakie znajduje się w aktach wywiadu wschodniego iprzestrzegł przed pochopnymi decyzjami, które mogłyby być niemile widzianeprzez jego przełożonych. Przed zamknięciem drzwi nie omieszkał dodać, jaknieprzyjemne mogą być konsekwencje niesubordynacji.
Nie mając wyboru, Klaus Ortlichpodporządkował się bez sprzeciwu zaleceniom sowietów i pokierował karierą synatak, jak tego chcieli. Victor został lotnikiem. Bardzo dobrym lotnikiem SiłPowietrznych Niemiec. A jednocześnie oddanym sługą GRU, które tak cierpliwiehodowało swój narybek, w znacznej mierze finansując jego kształcenie ipóźniejsze działanie.
Victor przekazywał przez ojca danewywiadowcze dla sowieckich tajnych służb. Wykazał się nawet nie ladaosiągnięciem, wystawiając pod odstrzał do werbunku kilku oficerów Luftwaffe. Inie tylko. Sam działał w niezwykłym utajnieniu, był bowiem zbyt cennym agentemi wysoko ocenianym w Centrali. Tandem ojciec - syn funkcjonował przez wiele latznakomicie.
Nadszedł moment, w którym poprzez zbiegzupełnie niezaplanowanych okoliczności, Victor Ortlich został pilotem na S-3. Zsamego sztabu GRU dostał ostatnie zadanie: porwać i bezpiecznie sprowadzić najedno z sowieckich lotnisk super tajną broń – „Nocnego Ptaka”.
***
W okresie, kiedy laboratoria powstałe wpobliżu Memmingen były w połowie drogi do osiągnięcia upragnionego celu, doamerykańskiej siedziby Central Intelligency Agency – CIA, zaczęły napływać naten temat fragmentaryczne dane. Agenci rozsiani po całych Niemczech, w swoichdepeszach informowali władze w Langley o pracach nad niewykrywalnym przeznaziemne stacje radiolokacyjne samolocie.
W momencie, gdy S-3 rozpoczął pierwszepróbne loty szef CIA dysponował dość szczegółowymi danymi na jego temat.Włącznie z tym, że „Niewidzialny”, jak nazywano go w doniesieniach posiadasilniki o napędzie atomowym. Po skompletowaniu materiałów, w Białym Domu odbyłasię narada, w której wzięli udział: Prezydent Stanów Zjednoczonych, SekretarzStanu, Szef Sztabu Pentagonu i oczywiście Szef CIA. Po zapoznaniu się z tymrewelacjami, doszli do wniosku, iż należy polecić swoim agentom z terenuNiemiec nasilić dyskretną inwigilację, aby nadal powiększać teczkę zdokumentami o tym tajemniczym samolocie, a jednocześnie nie przeszkadzaćNiemcom nad realizacją projektu. Nie chciano stwarzać konfliktu, a przedewszystkim liczono, notabene słusznie, że Niemcom uda się pomyślnie zakończyćprace, które stwarzały tyle problemów Amerykanom. Dopiero wówczas,wykorzystując kanały dyplomatyczne i delikatny szantaż, zamierzano zmusićwładze Bundesrepublic do podzielenia się tym niezwykłym kąskiem z przewodnikamiNATO.
Do siedziby w Langley dotarły także wieścize Związku Sowieckiego, że sztab wywiadu wojskowego GRU również wie o pracachnaukowców Niemieckich. Agent sowiecki będący na usługach CIA, pułkownik z KGB,mający kontakty w GRU zawiadamiał, że w służbach powietrznych Niemiec znajdujesię doskonale ukryta wtyczka. Był nią prawdopodobnie Niemiec, zwerbowany przedwieloma laty przez wywiad Bloku Wschodniego, który dostarcza dość istotne i odużym znaczeniu strategicznym tajemnice z dziedziny głównie lotnictwa, a odpewnego czasu wyłącznie o tajemniczym samolocie. Wspomniany pułkownik nie był wstanie podać bliższych informacji z uwagi na to, że GRU wszystkie sprawydotyczące samolotu trzyma w ścisłej tajemnicy, w co zaangażowani są wyłączniewyżsi dowódcy.
CIA miało niemały problem, gdyż istniałoprawdopodobieństwo, że Sowieci zajmują się tym tematem dogłębnie i mogąpozyskać nieznane im dotąd technologie. „W rękach Sowietów może się to staćszalenie niebezpieczne” – stwierdził Prezydent USA.
W Waszyngtonie postanowiono, aby agenci CIApodjęli próbę bez wiedzy służb niemieckich, namierzenia i zneutralizowaniatajemniczego szpiega. Pozwoliłoby to zapobiec przedostawaniu się dalszychinformacji o „Niewidzialnym” na Wschód. Zadanie należało do tych, któreokreślano w Langley najwyższym stopniem trudności i klauzulą najwyższegostopnia tajności. W przypadku pomyślnie przeprowadzonej operacji, dawało toznakomite atuty do przyszłych targów z władzami Niemiec.
Nieświadomi niczego Niemcy, ufni swojejskrupulatności i przesadnej pedanterii, w euforii konstruktorskich osiągnięć iniemałej naiwności, byli osaczeni z różnych stron przez pajęczynę agentówprzeciwstawnych bloków politycznych. Nie uniknęli rozpracowania, mimozastosowania nadzwyczajnych środków ostrożności. A było to niemożliwe dowykluczenia, gdyż od samego początku realizacji tego fantastycznego projektu,obce służby dysponowały wtyczkami w samym jądrze tych wydarzeń.
***
Klaus Ortlich, prawieosiemdziesięciopięcioletni starzec, wciąż pełen życiowego wigoru, przekazał GRU- poprzez łącznika w Lubece - wstępną datę, jaką ustaliło niemieckie najwyższegremium dla pierwszego lotu ćwiczebnego „Nocnego Ptaka”. Niemal natychmiastsowieckie dowództwo rozpoczęło mobilizację sił i środków do nadzwyczajnejoperacji. Popłynęły rozkazy o przygotowaniu trzech lotnisk, które już wcześniejbyły typowane do tej pirackiej akcji.
Plan zakładał, że porwanie samolotuniewidocznego przez naziemną radiolokację stworzy dogodną sytuację do dementiSowietów, iż mieli z tym cokolwiek wspólnego. Należało jedynie odpowiedniozatrzeć ślady w Niemczech i na własnym terenie. Załogę samolotu postanowionozlikwidować po krótkim przesłuchaniu, co miało jedynie posłużyć wyłuskaniupodstawowych informacji dotyczących technicznych zagadnień. Natomiast samsamolot natychmiast rozebrać na kilka części i rozmieścić w różnych, wcześniejprzygotowanych, dobrze strzeżonych miejscach na Syberii, aby zupełnie wykluczyćprawdopodobieństwo zaistnienia przecieku na Zachód. Zdaniem Rosjan opracowanyplan nie powinien napotkać trudności, zaś dowodów, że S-3 jest na ich terenienie sposób będzie odnaleźć. Oczywiście całość operacji zostanie zrealizowana,gdy nie zawiodą główni wykonawcy – Victor Ortlich i Markus Zorn.
Z trzech baz lotniczych na Syberii: Norska,Sangaru i Ajanki przerzucono wojsko i samoloty w rejon Władywostoku, rzekomo wramach szeroko zakrojonych ćwiczeń wspólnie z Marynarką Wojenną. Postarano się,aby taką wersję przyjęto w opinii ambasadorów i attache wojskowych zachodnichpaństw. W miejsce wyprowadzonych wojsk, do tych trzech baz zawitały doborowebataliony podległe GRU o specjalnym przeznaczeniu, zwane w nomenklaturzesowieckiego wywiadu „Specnaz”, które w jednym rzucie przetransportowano dużymimaszynami. Tych samych samolotów typu Ił-76TD, z niewinnymi szyldami Aerofłotu,zamierzano następnie użyć do rozmieszczenia poszczególnych części rozebranego„Nocnego Ptaka”.
Komentarze
Prześlij komentarz