Powieść

  


   Niemieckiwywiad wojskowy i gospodarczy, dzięki ogromnej pajęczynie agentówrozmieszczonych po świecie, a głównie w Stanach Zjednoczonych, potrafili zdobyćwiele danych, którymi Niemcy nie dysponowały a dawały gwarancje znacznegoprzyspieszenia prac. Zdobyto daleko zaawansowane plany naukowców amerykańskichbezpośrednio związane z projektem samolotu bombowego B-36, o napędzie atomowymoraz koncepcje opracowane i silnie strzeżone przez firmę Lockheed-Georgia, dotyczącetego samego zagadnienia. Pozwalało to przyspieszyć działania niemieckichnaukowców i konstruktorów, w związku z czym powstał silnik pozbawiony wad, zjakimi nie mogli uporać się Amerykanie. Przezwyciężono najtrudniejszeprzeszkody i trudności w realizacji tego fantastycznego projektu. Opracowano,nieznane dotąd, żarowytrzymałe materiały, które spełniły wymagania niezwyklewysokich temperatur reaktora, a jednocześnie cechowały się dużą lekkością.Wykonano skuteczne osłony kabin przed ewentualnym promieniowaniem, gdyby doszłodo niespodziewanej awarii, czy też katastrofy. Poradzono sobie również zochroną środowiska, eliminując poprzez skomplikowany system ekranówpromieniowanie reaktora do atmosfery.

   Tego typu napęd stwarzał możliwości długiegoprzebywania w powietrzu, do około dwóch miesięcy, bowiem napęd jądrowywyeliminował częste uzupełnianie paliwa, z jakim borykają się tradycyjnesamoloty odrzutowe. „Nocny Ptak” dzięki takiemu systemowi, uzyskiwał prędkośćdo 4700 kilometrówna godzinę. Podczas prób zdołał dwukrotnie przekroczyć barierę 5500, co dlatakiego kolosa było osiągnięciem wprost niewiarygodnym.

   Przechwycono także dane związane zzaawansowanymi pracami firmy amerykańskiej nad myśliwcem F-117A Stealth,którego nie wykrywały radary. Samoloty te były już dobrze znane, lecztechnologia produkcji, głównie ich poszycia, była nadal okryta tajemnicą.Reszty dokonała niemiecka firma Schroderneit und Studelvirt Plastik, która jużwcześniej zabłysnęła produkcją różnych poliamidów o niskim współczynnikutarcia. Prowadząc dalsze badania, w stworzonym laboratorium w pobliżuMemmingen, opracowała nowe materiały syntetyczne o jeszcze lepszychwłaściwościach. Zastosowano szereg materiałów nadplastycznych. Tymi niezwykłymikompozytami pokryto „Nocnego Ptaka”. Efekt był nadzwyczajny, zaskoczył samychpomysłodawców: samolot stał się niewidoczny dla najnowocześniejszych systemówradarowych. Powłoki samolotu chłonęły w sobie wszystkie promienie, jakiewysyłano w jego kierunku.

   Nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń,pokryto w NASA koszty wyniesienia na orbitę okołoziemską trzech satelitówkonstrukcji niemieckiej, które oficjalnie potrzebne były Niemcom do prowadzeniabadań z astronomii oraz rozwoju nowych technologii telewizji. W rzeczywistościpozwalały na kontakt „Nocnego Ptaka” z wyznaczonymi ośrodkami na terenieNiemiec.

   Pomimo dużych rozmiarów, samolot miał płynnąw swym zarysie sylwetkę. Stał przygotowany do startu w potężnych rozmiarówhangarze, pokrytym sztucznym lasem umieszczonym na grubej płycie ołowianej, naukrytym lotnisku czterdzieści kilometrów od Regensburga. Miał odbyć pierwszylot roboczy, pozwalający sprawdzić w praktyce wszystkie zainstalowane na nimsystemy. W bazie w Kalheim czyniono ostatnie przygotowania przed startem.

   Bundeskanzler, Helmut Kriger, triumfował. Wprzeciągu trzech lat powstał samolot, który przerósł najśmielsze oczekiwaniaKanclerza oraz wszystkich zaangażowanych osób w ten niesamowity program. Niemcydysponowały niezwykłą, bardzo groźną i nieznana nikomu bronią. Przynajmniej takuważano we wtajemniczonych kręgach w Bonn.

 

***

   Sprawdzono ponownie listę osób biorącychudział w ćwiczebnym locie „Nocnego Ptaka”, a obecnie S-3, gdyż taki nadano musymbol operacyjny.

   Pełną obsadę stanowiło 43 osoby. Z tego 18osób to trzyzmianowa załoga: piloci, nawigatorzy, inżynierowie i mechanicy pokładowi,lekarze, obsługa broni. Pozostała część to: obserwatorzy z naczelnegodowództwa, sił powietrznych, morskich i wojsk lądowych; obsługa sprzętu,stanowisk dowodzenia i kierowania bezpośrednimi działaniami – takżetrzyzmianowa. Zabrano również trzech konstruktorów, którzy brali bezpośredniudział w projektowaniu i budowie kolosa. Uzupełnieniem byli żołnierze zobsługi, czyli kucharze, stewardzi, służba medyczna.

   W przestrzennej kabinie pilotów, wypełnionejpulpitami sterowniczymi, w przewadze komputerami, rozpoczęto przygotowaniaprzedstartowe, które zgodnie z regulaminem niemal na całym świecie poprzedzałogłośne odczytanie poszczególnych czynności. Metoda bardzo stara i szalenie nielubiana przez lotników. Tych doświadczonych.

   Pułkownik Ernst Grosser wymieniał punkt popunkcie zadania startowe, a pozostali: drugi pilot, trzeci pilot i mechanikpokładowy powtarzali monotonnie za nim. Scenariusz ten wywołał lekkie uśmieszkiu obserwatorów. Tak sprawdzono 28 punktów.

   Grosser włączył rozruch silników, któryodbywał się niezmiernie szybko, gdyż reaktor uruchomiono dużo wcześniej.Silników było sześć, po trzy z każdej strony kadłuba. Kolejność uruchamianiarównież dyktował ustalony klucz: najpierw puszczono w ruch silnik nr 3,następnie nr 4, później nr 2 i 5, i na końcu nr 6 oraz nr 1.

   „Nocny Ptak” został powoli odtoczony zzamaskowanej stojanki i rozpoczął o własnych siłach kołowanie na pozycjęstartową. W tym samym czasie, na wszystkich pokładach przy pulpitach urządzeńelektronicznych różnego przeznaczenia, rozpoczęła się praca całego zespołuprzeszkolonych do tego celu ludzi.

   – S-3, macie zezwolenie na lot – usłyszałGrosser w słuchawkach polecenie z wieży kontrolnej lotniska.

   Pułkownik spojrzał na duży ekran głównegokomputera i odpowiedział: – Jesteśmy gotowi. Rozpoczynamy zapis.

   Komputery wydrukowały zezwolenie, a kontrolanaziemna skierowała samolot na jeden z dwóch pasów startowych, o symbolu D-2,na tym doskonale ukrytym leśnym lotnisku. Wielkie platformy imitujące łąki,rozsunęły się powoli na boki. Ogromne cygaro kołowało we wskazanym przezczłowieka kierunku. Zegary wskazywały 2.30. Niebo było gwieździste, widocznośćidealna, jak na zamówienie. Grosser włączył mikrofon i wydał polecenie załodze:– Nie wolno palić papierosów, zapiąć pasy bezpieczeństwa. We wszystkichsektorach, przy każdym stanowisku na pięciu pokładach, zapaliły się czerwoneprostokąty z takimi samymi napisami – poleceniami.

   Samolot zbliżał się do progu pasastartowego, na kołach trzykrotnie przerastających największe, jakie montowano wciężarówkach Mercedesa. Grosser poinformował wieżę, że czekają na ostatecznądecyzję. Kierujący z wieży przyjął to do wiadomości. „Nocny Ptak” wtoczył sięwolno, z zadziwiającą lekkością, na próg pasa i ustawił się swym spłaszczonymnosem pod wiatr.

   – S-3, macie zgodę na start – padło z wieży.– Owocnej pracy – dodał niewidoczny dyżurny.

   – S-3 na rozbiegu – odparł pułkownik. –Danke.

   Były to ostatnie słowa przed startem.

   Ernst Grosser zwolnił hamulce, dokonał małejkorekty kierunku i samolot zaczął nabierać prędkości. Pierwszą wymaganąprędkość osiągnął po pokonaniu 1500 metrów betonowego pasa, a po 2500 metrach,pułkownik otrzymał polecenie z komputera i ściągnął w swoim kierunku wolant, cospowodowało uniesienia przodu kadłuba do położenia, przy którym szerokieskrzydła S-3 wytworzyły właściwą siłę nośną. „Nocny Ptak” oderwał się od płytylotniska z fascynującą łatwością. Jego 1150 ton wzniosło się pod dużym kątem wgwieździstą noc.

   Wznosili się: na wysokość 3000 metrów, 5000 aż douzyskania planowanego pułapu 30 tysięcy metrów, co trochę trwało. Nie byłto pułap maksymalny, bowiem S-3 skonstruowano jak jedną wielka kabinęciśnieniową, która pozwalała całej załodze na normalna pracę, bez skafandrów nawysokości 50 tysięcy metrów.

   S-3 osiągnął zamierzony pułap. Grosserprzechylił samolot w lewo i skierował na południe. Następnie włączyłautomatycznego pilota i wydał stosowne polecenia.

   –Zrywamy kontakt z ziemią. Włączyć niewykrywalne, awaryjne połączenie satelitarne.Od tej chwili stajemy się niewidzialni. – Wstał i podszedł do stanowiskadrugiego i trzeciego pilota. – Pułkowniku Ortlich, przejmuje pan dowodzenie.Pan Stolz powinien odpocząć przed swoim dyżurem.

   Poszli obaj na pokład numer dwa, gdzieznajdowały się pomieszczenia mieszkalne. Rozstali się w milczeniu.

   Ernst Grosser poczuł zmęczenie po starcie.Wykonywał ich na tym samolocie kilka, ale po raz pierwszy był tak mocnopodekscytowany całą operacją. Zaraz po pierwszym odprężeniu, powróciły myśli onieuleczalnie chorej córce. Był przygnębiony.

 

***

   Zgonie z grafikiem służb, Victor Ortlichobjął dowodzenie S-3. Samolot leciał w kierunku Afryki Południowej, zprędkością 3100 kmna godzinę, utrzymując stałą wysokość 30 tysięcy metrów. Wszystkie systemydziałały ściśle według programu.

   Ludzie pełniący służbę na poszczególnychstanowiskach, wykonywali czynności przygotowawcze do mających nastąpić ćwiczeń.Nad wszystkim czuwał gen. Grabner ze sztabu głównego. Przede wszystkimsprawdzano sprawność poszczególnych systemów.

   Ortlich spojrzał na czas wyświetlany namałym ekranie, w górnej części kabiny. Zgodnie z planem mieli wykonać kontrolnepołączenie z naziemnym ośrodkiem dyspozycyjnym w momencie przelotu nad Gabonem.Obliczył, że do tego czasu upłynie pół godziny. Wyobrażał sobiezniecierpliwienie, jakie towarzyszy członkom sztabu dowództwa, którezainstalowało się w bazie nieopodal Memmingen.

   Zapalił papierosa i połączył się zestewardem.

   – Mówi pułkownik Ortlich, proszę o kawę.Podwójną i gorzką, może być także woda mineralna.

   Patrzył przez chwilę na przyrządy. Ekrangłównego komputera pulsował równomiernie, pokazując napis „Ohne Befund” – „Bezzmian”. Małymi łyczkami delektował się aromatyczna kawą. Myślał o ojcu, któregozostawił w Niemczech, i z którym - w przypadku powodzenia akcji - miał jużnigdy się nie zobaczyć. Victor proponował mu ucieczkę. Johan bezpiecznieprzeprowadziłby go do strefy wschodnioniemieckiej. Ale ojciec stanowczoodmówił. Stwierdził, że jest zbyt stary na taką przeprowadzkę i pragnie umrzećw swoich rodzinnych stronach. On, syn byłego żołnierza Wehrmachtu, miał wykonaćpolecenie sowieckiego wywiadu wojskowego i na zawsze pozostać w kraju znanym mujedynie z opowiadań. Ojczyźnie matki, której nigdy nie widział, a do której byłszalenie podobny, co ojciec ciągle podkreślał wspominając lata wojny.

   Z zamyślenia wyrwał Ortlicha piskliwydźwięk. To komputer zawiadamiał o zbliżającym się kontakcie z dowództwem wNiemczech.

   Spojrzał na Hauptmanna Hansa Hopfa, który siedzącprzy bocznym pulpicie, sprzężonym z komputerem centralnym nawigatora,obserwował pracę przyrządów.

   – Co, kapitanie Hopf, czas puścić impuls tymz dołu.

 

   – Jesteśmy, pułkowniku, nad środkowymGabonem – potwierdził wiadomość wyświetloną na monitorze, na którym widniałamapa Środkowej Afryki z pozycją bieżącego położenia S-3.

   Ortlich przyjął słowa kapitana w milczeniu.Pochylił się nad konsoletą i powiedział do mikrofonu umieszczonego blisko ust:

   – Przygotować się do wznoszenia, zapiąćpasy. Wchodzimy pod dużym kątem na pułap 42 tysiące metrów. – Wyłączyłautomatycznego pilota. Przejął wprawnie ster, zwiększył ciąg silników ipociągnął wolant do siebie. Patrzył na wysokościomierz. S-3 wspinał się złatwością w górę.

   Trzy obszerne pomieszczenia, w którychściany i sufit wypełnione były po brzegi specjalistycznym sprzętem, stanowiły wczasie działań przeciwko siłom wroga główne stanowisko dowodzenia. Tak, jaksercem S-3 był reaktor, tak oczami i uszami było centrum dowodzenia.Szczególnie te pomieszczenia tłumaczyły powód istnienia tak kosztownegoproduktu ludzkiej wyobraźni, szczytu współczesnej techniki, w wielu przypadkachidącego daleko w przód. Różnorodność zgromadzonego tu sprzętu pozwalała śledzićwszelkie ruchy przeciwnika, i w sposób właściwy skierować w odpowiednimmomencie siły własne. Cztery ogromne płaskie ekrany wykonane przez specjalistówz Philipsa, ukazywały położenie wszystkich samolotów, okrętów i rozmieszczeniaarmii lądowych. Poza tym, podczas każdej fazy łączności przez satelitę, „NocnyPtak” wchłaniał wielką dawkę dodatkowych informacji z różnych satelitszpiegowskich, których Niemcy miały kilka na orbicie z oficjalnym przyzwoleniemUSA i pozostałych członków NATO. Aby zwiększyć sprawność S-3 do maksimum,ośrodki naziemne i morskie zbierały stale zakodowane informacje wywiadowcze ipo odpowiednim przefiltrowaniu w ośrodku komputerowym w pobliżu Bonn,dostarczano je podczas seansów na pokład latającego mózgu armii. Wszystkie tedane, zakodowane na dyskach o ogromnej pojemności i szybkości wykonywaniaoperacji, umożliwiały skuteczne kierowanie obserwacją, walką, a gdyby zaszłapotrzeba – użyciem broni, jaką w dużej ilości dysponował „Nocny Ptak”.

   – Jest 42 tysiące – oznajmił Ortlich. –Zmniejszamy szybkość do dwóch tysięcy. Przygotować się do nadawania – uprzedziłosoby odpowiedzialne za ten moment operacji.

   Markus Zorn wszedł na chwilę do kabinypilotów, spojrzał na Ortlicha wpatrzonego w ekrany monitorów. Nie przeszkadzał,przeszedł do pomieszczeń operatorów łączności. Usiadł na wolnym krześle izapiął pas bezpieczeństwa. Spoglądał z podziwem na królującą wokół elektronikęi parokrotnie zadawał sobie pytanie, w jaki sposób Ortlich ma zamiar przerzucićcałość do Związku Sowieckiego nie naruszając tego bogactwa. Na dodatek tak, byNiemcy nie mogli zlokalizować, gdzie tak naprawdę wylądował „Nocny Ptak”.

   – Jesteśmy gotowi – usłyszał Ortlichodpowiedź oficera kierującego transmisją. Skierował wzrok na zegarelektroniczny. Była godzina 4.08. Wydał polecenie: – Warunki optymalne,rozpocząć nadawanie.

   Sama wymiana informacji trwała ułamkisekund. Ekran komputera błysnął twierdzącym sygnałem, co oznaczało odebraniewiadomości wysłanych w obie strony. Nie doszło do żadnych zakłóceń.

   – Ziemia potwierdziła odbiór – przekazałgłośno operator.

   Ortlich zamknął światło wybranych sensorów,które uruchomiły klapy przesłaniające wyjścia łączności.

   – Uwaga, schodzimy na pułap przelotowy –powiedział pułkownik i oddalił od siebie drążek sterowniczy. Kierowanywyuczonymi odruchami, przeniósł wzrok na wysokościomierz. S-3 poddał się bezoporów woli pilota.

   Major Zorn bezszelestnie wszedł ponownie dokabiny pilotów i stanął za skoncentrowanym Ortlichem.

   – Jak tam, pułkowniku? Czy wszystkofunkcjonuje poprawnie? – zapytał impulsywnie Zorn.

   Drugi pilot nawet nie drgnął. Wciąż śledziłwskazania przyrządów. Samolot precyzyjnie schodził na poprzedni pułap.

   – Czas porozmawiać, pułkowniku Ortlich. Niemożna tak intensywnie niszczyć wzroku, od tego są komputery i ta cała maszyneria– uparcie prowokował major.

   Ortlich zmierzył Zorna wzrokiem. Zaniepokoiłsię tym nierozważnym zachowaniem. Obok siedział Hans Hopf, najwyraźniej udając,że nic nie słyszy.

   – Nudzi się pan, majorze. Zapraszam, będęmiał czas po służbie. Teraz proszę mi nie przeszkadzać. Poza tym łamie panprzepisy. W tej chwili wykonujemy manewr, który zobowiązuje wszystkich członkówzałogi do przebywania w fotelach z zapiętymi pasami bezpieczeństwa. Radzęprzestrzegać regulaminu – zakończył w ostrym tonie Ortlich.

   Zorn zrezygnował z dalszej dyskusji. Skinąłgłową i wyszedł. Przechył był spory. Idąc w kierunku tylnej części samolotu,zmuszony był skorzystać z uchwytów zamocowanych wzdłuż ścian korytarza.

   Pułkownik Ortlich patrzył na przyrządy. Nieznał Zorna, jego zachowanie mocno go zirytowało. Mieli przed sobą mnóstwo czasuna przemyślanie całej akcji i wypracowanie najskuteczniejszej metody przejęciasamolotu. Postanowił przy najbliższym spotkaniu dać Zornowi upomnienie. Ja gonazwałem niezłym aktorem, pomyślał.

   – Mamy pułkowniku 30 tysięcy – potwierdziłgłośno Hopf.

   Ortlich wyrównał poziom, zwiększył prędkośćdo 3100 i włączył automatycznego pilota. Za pół godziny obejmie dyżur ThomasStolz, pomyślał pułkownik, nadchodzi czas odpoczynku i przemyśleń.

   Hans Hopf milczał, nie powiedział nawetjednego słowa do końca służby.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie