Powieść

 

Bonn, Nadrenia Pn.-Westfalia

   Komisarz Gustav Stein z Bońskiego WydziałuZabójstw siedział przygnębiony za dużym biurkiem koloru ciemnego brązu,zarzuconym ogromną stertą teczek, skoroszytów, dokumentów oraz odręcznienapisanych meldunków. Nie bardzo wiedział, co z tym wszystkim począć.

   Nic nie układało się w logiczną całość.Przeglądał po raz kolejny nagromadzone materiały przez zastęp ludzi i nie mógłznaleźć motywu, którym kierował się morderca, czy też mordercy skracając życiepięciu starcom. Jednoznacznie wynikało z zeznań licznych świadków, że każda zofiar żyła na przeciętnym poziomie, jak tysiące innych emerytów. Jedynie jedenz zamordowanych posiadał znaczne oszczędności, ale zabezpieczone, coautomatycznie wykluczało możliwość podjęcia tych pieniędzy przez mordercę.Całość zebranego materiału obalała wcześniejszą hipotezę mordu na tlerabunkowym. Kilku lekarzy wysuwało pogląd, nawet do przyjęcia, że tychbestialskich zabójstw dokonała osoba psychicznie chora. Kontakt z zakładami, wktórych mogli przebywać lub przebywali potencjalni sprawcy, nie przyniósłżadnego rezultatu. Śledztwo stało w martwym punkcie.

   Komisarz szukał w myślach logicznegorozwiązania, lecz wciąż poruszał się w orbicie trudnych do rozwiązania zagadek.Brakowało konkretnego punktu zaczepienia, tego początku drogi mogącejdoprowadzić do opuszczenia ślepego zaułka. Od ostatniego zabójstwa minęłoniecałe dwa dni i wciąż istniała świadomość mogącej nastąpić ponownej rzezi.Społeczeństwo oczekiwało gwarancji, w tym przypadku od niego, Steina, że temakiaweliczne akty nie powtórzą się. Że ludzie będą mogli spać spokojnie, nieobawiając się wtargnięcia do ich mieszkań sadysty. Silne naciski mediów i ludzistojących w hierarchii służbowej ponad Steinem, w najmniejszym stopniu niepomagały wydziałowi zajmującemu się tą niespotykaną sprawą. Wręcz przeciwnie –wprowadzały dodatkowy niepokój, nerwowość, napięcie, które i bez ich presjisięgały szczytu.

   Ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Komisarz wyprostowałplecy na oparciu fotela.

   – Bitte! – powiedział głośno, wytrącony zzamyślenia.

   Wszedł zastępca komisarza, Artur Minz,trzymając pod pachą pokaźnych rozmiarów zbiór teczek.

   – Herr Stein, udało mi się skompletować dośćdokładne dossier ofiar. - Podszedł do biurka szefa i chciał położyćprzyniesione dokumenty. Nie bardzo wiedział gdzie, gdyż nie spostrzegł skrawkawolnego miejsca. – Gdzie to położyć, komisarzu? – spytał.

   Stein wyciągniętą ręką wskazał krzesłostojące pod ściana.

   – Myślisz Arturze, że w tych papierzyskachtkwi klucz to tajemnicy?

   Starszy, prawie łysy mężczyzna usiadł wfotelu naprzeciwko potężnego biurka. Minz był niskiego wzrostu, więc niemalutopił się w jego wielkości.

   – Tego nie wiem. W obecnej sytuacji nic innegonam nie pozostało, jak bardzo uważnie przejrzeć te dokumenty. Stoimy w miejscu,panie Stein – powiedział ospale Minz. Był znacznie starszy od komisarza.Pracowali ze sobą wiele lat, ale nigdy nie zwracał się do szefa po imieniu.Nosił w sobie staromodny, wielu śmieszący, układny stosunek dla przełożonych.Stein parę razy go przekonywał, lecz bez skutku. Dla Artura Minza szef to szef.Tak zawsze mawiał. I tak pozostało.

   – Nie przeczę. Musimy próbować – odparłkomisarz. Wytarł chusteczką swój wiecznie zakatarzony nos. Tylko dziękitajemniczej miksturze w postaci kremu, którą stale trzymał w szufladzie biurka,nie pozwolił by od ciągłego ocierania nie zmienił barwy.

   Minz otworzył jeden ze skoroszytów i wyjąłkilka luźnych, gęsto zapisanych kartek drobnym równiutkim pismem.

   – Dzisiejszej nocy zapoznałem się zzawartością tych teczek. Zrobiłem dla pana zestawienie najbardziej istotnych,moim zdaniem, danych. Sądzę, że mogą nas zainteresować.

   Stein po raz kolejny otrzymał dowód, że jegozastępca słusznie miał u niego wysoką ocenę za wykonywaną w wydziale pracę, izasłużenie brał kwartalne wysokie nagrody, pomimo często zazdrosnych komentarzyze strony innych pracowników. Stein jednak konsekwentnie tych nagród udzielał,i czytelnie stawiał swojego zastępcę za wzór. Minz pracował racjonalnie, wkażdym calu merytorycznie i wyprzedzał często działania wydziału, i każdorazowoz dobrym skutkiem. Jednocześnie bardzo dyskretnie starał się wykonywać teczynności. Nawet, kiedy pozory i opinie zazdrosnych podpowiadały co innego,nigdy nie można było zarzucić Minzowi działania na własną rękę, czy działaniawbrew woli zwierzchnika. Stein coraz częściej ubolewał, bowiem niebawem takdoświadczony pracownik miał odejść na emeryturę. Takich ludzi niełatwo byłozastąpić.

   – Wykonałeś gigantyczna pracę, Arturze.Jeśli chcesz, weź za to wolny dzień. – Stein powiedział to z uprzejmości, gdyżMinz większość czasu poświęcał pracy, nawet tego prywatnego. Było rzadkością,kiedy brał dzień wolny.

   Artur Minz przed dziewięcioma laty straciłżonę, odeszła po ciężkiej chorobie. Żył odtąd samotnie. Jedyną radością byładla niego praca w wydziale. Czuł, że jest bardzo przydatny, lecz nigdy nie dałpo sobie tego poznać, a już na pewno nie żądał szczególnych długówwdzięczności. Miał wspaniałe, stare zasady, o których w dzisiejszych czasachpamiętają nieliczni.

   – Dziękuje, nie czuję zmęczenia – odparłskromnie Minz.

   Komisarz wstał i podszedł do zastępcy.

   – Twój wybór, Arturze. A więc zaczynamybardziej konkretną pracę, coś może drgnie. Czytaj – powiedział Stein i stanąłprzy oknie, opierając łokcie o parapet.

   Minz włożył swoje stare, zdezelowane okularyi zaczął opis.

   Stein stał chwilę, wpatrzony w budynekstojący naprzeciwko, ale w miarę poznawania danych, które Minz powoli iwyraźnie referował, zaczął spacerować po gabinecie i z coraz większą uwagąskupiał się nad tym co słyszał.

   Nie trwało to długo.

   Artur Minz skończył. Obaj milczeli. Panowałaniczym nie zakłócana cisza.

   Komisarz usiadł ponownie za biurkiem,podparł brodę prawą ręką.

   O – Ciekawe, tak, ciekawe – powiedziałspokojnie komisarz. – Mężczyźni ich pokolenia w większości służyli wWehrmachcie. Może to być oczywiście najzwyklejszym zbiegiem okoliczności. Alemusimy rozeznać ten trop. W tym jest jakiś sens.

   Minz zdjął okulary i spokojnie zapytał: –Rozumiem pańską wrogość do palaczy, ale…

   Stein nie dał mu dokończyć zdania,powiedział: – Pal, Arturze, pal. – Wstał i uchylił okno.

   Komisarz Minz był jedynym pracownikiemwydziału, który miał pozwolenie na palenie papierosów w biurze szefa. Zawszejednak pytał o zgodę. I zawsze ją otrzymywał.

   Przypalił papierosa i zaczął kontynuowaćrozpoczęty wątek przez przełożonego.

   – Służyli, to racja. Służyło setki tysięcy,lecz czterech z nich miało podobne tatuaże. Na każdym jest ten sam motyw,różnią się jedynie rozmiarami. Nie nazwałbym akurat tego zbiegiem okoliczności.Cała piątka była w sowieckiej niewoli. Czterech z nich służyło u marszałkaPaulusa. I w jednym czasie dostali się w ręce sowietów.

   – Ale ten piąty nie bardzo pasuje, choć byłtakże sowieckim jeńcem – wtrącił Stein.

   Minz skorzystał z kryształowej popielniczki,która stała na małym stoliku obok. Była tam zawsze, mimo że nikt poza nim tunie palił. Dym w połączeniu z katarem wywołał u Steina silne, trudne doopanowania kichanie. Stał nadal przy oknie.

   – Z racji tatuażu może nie, ale faktem jest,iż wrócili do Niemiec w tym samym czasie.

   – To o niczym nie świadczy, Arturze. Sowieciw kilku odstępach czasu zwolnili masę jeńców.

   – Nie upieram się – odparł krótko Minz.

   Stein sprawiał wrażenie przez moment głębokozamyślonego. Nagle, nie zważając na kłęby dymu, podszedł do zastępcy.

   – Sądzę, że masz rację. W tym coś jest –powiedział stanowczo. – Arturze, jedź do domu wypocząć. Dobierz sobie dwóchludzi i odwiedźcie archiwum akt byłych żołnierzy Wehrmachtu. Pilnie trzeba tamposzperać.

   Minz lubił takie zadania, miał słabość dowszelkich dokumentów. Ale ich wertowanie uwielbiał robić w samotności. Bał się,że ktoś inny może przeoczyć istotne dla danej sprawy dane.

   – Wolałbym sam, Herr Stein – zaoponował.

   Komisarz nadął policzki i głośno wypuściłpowietrze.

   – Wybacz, ale nie mogę się tym razem na tozgodzić. Zależy nam na czasie, a do przejrzenia jest masa dokumentów. Tenaciski z góry wyprowadzają mnie z równowagi. – Podszedł do wstającego z fotelazastępcy. – Weź dwóch sprytnych chłopaków i wprowadź ich w sedno sprawy.

   Minz zrozumiał, że dalsze naciski nic niezmienia.

   – Rozumiem, komisarzu. Biorę Oskara i Ericha.Jedziemy jeszcze dzisiaj - zawyrokował szybko.

   Teraz Stein nie próbował zmieniaćpostanowienia swojego zastępcy. Doskonale znał metody pracy Minza i wolał sięnie wtrącać w szczegóły.

 

„Nocny Ptak”

  Cała sprawa z „Nachtvogel”rozpoczął się w momencie, kiedy na fotelu kanclerskim zasiadł Helmut Kriger,człowiek, który dopiero za trzecim razem pokonał kontrkandydatów i zdołałosiągnąć upragnione szczyty władzy.

   Wszystkie osoby bezpośrednio związane zresortem obrony oczekiwały zmian. Tych oczywiście, które pozwoliłyby nazaspokojenie ich wojskowych ambicji. Ludzie w mundurach pragnęli armii silnej inowoczesnej. Znając sentymenty nowego Kanclerza do wojska, zacierali ręce ipowoli przymierzali się do reformowania sił zbrojnych. Liczono głównie nawprowadzenie do uzbrojenia nowoczesnego sprzętu, którym od dawna dysponowaliAmerykanie, oraz spodziewano się dofinansowania prac z niezależną produkcjąprzez Niemcy nowych typów broni.

   Niestety, ku rozczarowaniu elit wojskowych,Bundeskanzler absolutnie nie czynił nic, żadnych wyraźnych posunięć, aby ziścićich marzenia. Wysiłki Helmuta Krigera skierowane były przede wszystkim najeszcze większy rozwój przemysłu, głównie z ukierunkowaniem na eksport, wktórym Niemcy już i tak prześcignęły inne światowe potęgi gospodarcze.

   Wojskowi z gniewem spoglądali na brataniesię Kanclerza z lobby skupionym wokół przemysłu i wielkiej finansjery.Początkowo nawet myślano, że Kriger szuka pieniędzy dla armii, lecz bardzoszybko rozwiano ich przypuszczenia. Po wielokrotnych naciskach ze stronyMinistra Obrony, Klausa Vornsta, poirytowany Kanclerz wydał oficjalneoświadczenie, które praktycznie zamknęło usta niedowiarkom. Helmut Krigerstwierdził w nim bez ogródek, że obecny sta armii w zupełności wystarcza doskutecznej obrony interesów Niemiec. Tym bardziej przy wsparciu sił NATOstacjonujących w Europie, co oczywiście dotyczyło głównie wojsk amerykańskich.„Naszym głównym zadanie – powiedział – jest wzmacnianie potęgi gospodarczej. Towłaśnie pieniądze, z roku na rok, stają się silniejszą bronią, aniżeli wszelkiezgromadzone i umacniane arsenały.”

   Tu i ówdzie słyszano jeszcze niegłośnąkrytykę takiego jednostronnego rozwiązania. Sprawa ucichła zupełnie, gdy KlausVornst, w biuletynie skierowanym do oficerów, opowiedział się całkowicie postronie Kanclerza. Uzasadnienie było dość mgliste i zawierało potwierdzeniewcześniejszej wypowiedzi Helmuta Krigera.

   Jednakże bierny stosunek do spraw armii zestrony Kanclerza był pozorny, właściwie sprytną grą, aby zatuszować maksymalnieprawdziwe plany. W tym samym czasie, kiedy niżsi rangą wojskową obrażali się nagenerałów za brak poparcia dla ich zamysłów, Helmut Kriger powołał podprzewodnictwem Klausa Vornsta zespół, który miał zrealizować trzymane wgłębokiej tajemnicy wcześniejsze zamiary Kanclerza. A na to potrzebna byłagotówka, bardzo dużo gotówki.

   Aby jeszcze bardziej ich związać i zdobyćzaufanie wśród przemysłowców i bankierów, Helmut Kriger złożył oficjalna wizytęw Związku Sowieckim, w której licznie uczestniczyli handlowcy, iprzeprowadzając odpowiednie rozmowy zdobył nowy, potężny rynek zbytu dlaNiemieckich producentów. Wygłodniały rynek wschodni przyrzekł wchłonąćwszystko, co im się zaoferuje, oczywiście przy utrzymaniu przez Niemcyrozsądnych cen.

   Po wykonaniu tak wspaniałej i niezwykleowocnej szarży handlowej na wschodzie, Kanclerz zadecydował, iż nadszedłsprzyjający moment, aby uruchomić plan, dla którego poświęcił wszystkie swojedotychczasowe działania. Królowie niemieckiego biznesu, a przede wszystkimbankierzy, wyrazili zgodę na sfinansowanie projektu armii. Złożywszy uprzedniospecjalną przysięgę, że plany pozostaną do wyłącznej ich wiadomości, sypnęlipieniędzmi, o jakich mogło się tylko marzyć innym armiom. W tym dopieromomencie rozpoczęła się realizacja śmiałego w swym założeniu projektu.

   Na południu Niemiec, w okolicach miastaMemmingen, powstało zawrotnym tempie miasteczko na wzór amerykańskiego LosAlamos, kiedy to pracowano nad zbudowaniem bomby atomowej. Do Memmingenściągnięto najtęższe głowy z dziedziny lotnictwa, atomistki, elektroniki iprzemysłu chemicznego. Niektórzy, biorący udział w całej akcji, ironizowali, żemobilizacja jest jeszcze większa, jak w czasie wojny i największego zagrożenia.Spieszono się jednak, gdyż Helmut Kriger pragnął ukończenia prac do czasuupływu jego kanclerskiej kadencji. Nie miał bowiem pewności, że jego następcapoprze ten śmiały plan i będzie go kontynuował.

   Przy zachowaniu głębokiej tajemnicy, poprzezkłamstwa i skomplikowaną sieć kamuflażu kanałami dyplomatycznymi, powstał wciągu trzech lat samolot, nad którym Stany Zjednoczone i Związek Sowieckiintensywnie od lat pracowali nie odnosząc zadowalających rezultatów.

   „Nocny Ptak” był wielkim samolotem,kształtem niewiele różniącym się od typowych transportowców, o niecospłaszczonym kadłubie. Na swoje trzy pokłady mógł zabrać jednorazowo do 1200pasażerów. Jednakże jego przeznaczenie było zupełnie inne. Na pokładzie tejogromnej maszyny zgromadzono masę sprzętu elektronicznego najnowszej generacji,a w wielu przypadkach specjalnie opracowanych dla tego programu i wybiegającychznacznie w przyszłość. Nie małą w tym rolę odegrała penetracja rynkujapońskiego i amerykańskiego przez wywiad gospodarczy Niemiec.

   W kadłubie, o kształcie potężnego,spłaszczonego od góry cygara, podzielonego na pięć pokładów – umieszczono nowoczesnesystemy komputerowe i telekomunikacyjne. Zastosowano nawigacje tradycyjną, alei taką, by być zupełnie niezależnym od kontaktu z ziemią. Również uzbrojenie„Nocnego Ptaka” było imponujące, włącznie z pociskami nuklearnymi i wszelkiminosicielami z dziedziny broni rakietowej oraz laserowej.

   Niemcy, łamiąc niezliczonąilość porozumień międzynarodowych, bez wiedzy przyjaciół i wrogów, za łącznąsumę 160 miliardów marek, stały się posiadaczem jedynego w swoim rodzaju statkulatającego: mogli nie tracąc ani chwili, kierować ruchami całych flot okrętów,samolotów i armiami ludzi na lądzie przeciwko przyszłemu wrogowi. Nagromadzonesystemy na pokładzie „Nocnego Ptaka” pozwalały bez najmniejszych problemównadzorować gigantyczne, bardzo skomplikowane operacje wojskowe niewielką grupąludzi. Jednakże największa tajemnica i zaleta samolotu tkwiła zupełnie w czyminnym.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie