Powieść
– Czy potrzebowałaś aż półroku, żeby dokonać takiego niezwykłego odkrycia? – zapytał przewrotnie.
– Mylisz się kochanie, myślę nad tym jużod dawna. Wiesz o mnie wszystko. Zwierzyłam się tobie z rzeczy, których niktinny przed tobą nie poznał. Owszem, przyznam, że trochę się otworzyłeś, leczodczuwam wciąż niedosyt, jakieś luki nie pozwalające wtargnąć głębiej w twąnaturę. Chcę być jeszcze bliżej ciebie – zakończyła z nieukrywanym smutkiem.
Przewrócił się na bok i głaskał jej duże,jędrne piersi z ciemnymi wysepkami wokół twardych sutek. Wiedział, żeuwielbiała ten rodzaj pieszczoty, a i jemu sprawiało to niemałą rozkosz.
– To o niczym nie świadczy, lubię słuchać– odpowiedział szeptem.
Prężyła się pod wpływem delikatnego dotykurąk partnera.
– Wiem, żelubisz – położyła swą dłoń na jego ciemnych gęstych włosach.
– Edith, co chciałabyś wiedzieć. Jestem ztobą szczery – powiedział głośniej, zmieniając nagle ton.
– Nie wiem nawet, gdzie dokładniepracujesz, na jakich samolotach latasz, a przecież inne kochanki i żony pilotówdobrze znają swoich panów – stwierdziła z nutką złośliwości.
– Uwielbiam wiele rzeczy, dobrze je znasz.Poznałaś moje zainteresowania, marzenia, a przede wszystkim sprawia mi ogromnąprzyjemność kochanie się z tobą. I ty mówisz, że to mało?
– Zachowujesz się w tej chwili niepoważnie– odsunęła jego ręce ze swych piersi. Uczyniła to delikatnie, bez złości.
Stolz postanowił wynurzyć się z ciepłegołóżka. Bał się dalszego toku rozmowy. Czuł, co Edith ma na myśli. Wstał ipatrzył zapamiętale na jej ślicznie ukształtowane ciało. Widział ją teraz zgóry. Był wysoki, barczysty, o ciemnych włosach i szarych oczach. Ona szczupła,harmonijna, o długich blond włosach i morskich źrenicach.
– Pozostało niewiele czasu, Edith, muszęruszać. Za parę godzin odlot – zimno zakomunikował i przeciągnął się niczymwielki kocur.
– Thomas, czy chcesz bym na ciebieczekała? – spytała naiwnie, uśmiechając się przymilnie.
– Przecież obiecałaś mi to dzisiajwielokrotnie. Mówiąc prawdę, nie może to przybrać formy przymusu. Wybór należywyłącznie do ciebie. Dlaczego akurat dzisiaj prowokujesz mnie do takichpoważnych dyskusji. To nie pierwsze nasze rozstanie z powodu mojej pracy –odpowiedział nieco poirytowany.
– A jakbyś chciał? – nie ustępowała.
– Oj Edith, tak, chcę ciebie zobaczyć popowrocie z tego lotu – wypalił wprost, by nie przeciągać tego niewygodnego izawiłego tematu. Przez cały dzień usilnie bronił się przed poruszaniem spraw oich przyszłości, ale w końcówce jednak nie zdołał tego uniknąć.
Edith obróciła się powoli, bezpośrednio wjego kierunku, jej biodro przybrało kształt podniecającej sinusoidy. Przezmoment milczała.
– Thomas, nie powiedziałeś tego nazbytzachęcająco – nadal prowokowała.
Ubierał się w szybkim tempie.
– Kochanie, nie bądź do bólu drobiazgowa.To nie jest mało. Próbując na siłę zaspokoić twoją ciekawość, mógłbymnieświadomie ciebie oszukać. Uwierz mi, nie chcę tego.
Usiadła, podkurczając nogi. Jej piersi przezmoment zafalowały podniecająco. Wyraźnie robiła to celowo, czuł jej zamiary.
– Zupełnie nic nie rozumiesz. Thomas, czynas łączy coś więcej, prócz tych krótkich spotkań przynoszących przyjemneuniesienia – spytała, opierając podbródek na podciągniętych kolanach.
Stolz przysiadł na pufie przy łóżku.
– Ta rozmowa jest ważna, wiem o tym.Chwile spędzone z tobą są przyjemne, także te poza łóżkiem. Mam tegoświadomość. Nie mogę tobie niczego narzucać – przerwał.
Wykonała ruch w jego stronę. Wolał wstać,nie było czasu na kolejne miłosne połączenie.
– Edith, nie chcę mówić o przyszłości wszczegółach. Potrzebuję jeszcze trochę czasu. Przesuńmy tę rozmowę na innytermin, jak wrócę – wyjaśnił obiecująco. W tym samym momencie uzmysłowił sobie,że na sam koniec popełnił błąd, przed którym bronił się skutecznie przez całydzień.
Edith uśmiechnęła się pogodnie, jakby to comówił kochanek jej odpowiadało, jakby tego oczekiwała.
– Thomas, chyba ciebie kocham. Tak, kocham– wyznała szeptem.
– Czuję to samo, Edith. Ja też ciebiekocham.
Podszedł do łóżka i odgarniając jej długie,spadające na ramiona włosy pocałował delikatnie w ucho. Wstał energicznie iskierował się w stronę drzwi wyjściowych.
– Do zobaczenia, kochanie.
Nie powiedziała słowa. Kiwnęła głową.
Przez chwilę patrzył na jej kuszące ciało,oświetlone brązową barwą abażuru. Wspaniały widok, pomyślał. Zamknął cichodrzwi.
Leżała nieruchomo, aż do momentu, gdyusłyszała dźwięk oddalającego się samochodu Thomasa. Chciała być pewna, że sięnie wróci. Wstała z gracją i narzuciła na ramiona podomkę. Wybrałasiedmiocyfrowy numer telefonu. Po kilku sekundach niski głos mężczyznypowiedział krótkie: słucham?
– Mówi Edith – przedstawiła się. – Niepowiedział mi niczego wprost, ale jestem pewna, że jest tym, o kogo pytaliście.
Nie czekała na odpowiedź. Odłożyła słuchawkęi poszła do łazienki.
****
MajorMarkus Zorn, mechanik pokładowy z odznaka pierwszej klasy w klapie, ubrany wmundur przyozdobiony odznakami lotnictwa, siedział zamyślony przy długim,wygiętym w literę S kontuarze restauracji, w hoteliku o pretensjonalnej nazwie„Salamandra”. Zorn mieszkał w trzypokojowym apartamencie, zaraz za granicamiRegensburga. Odwiedzał bardzo często tę restaurację, gdyż nie było w niejproblemu z zawarciem nowych znajomości. Młode urzędniczki, pracujące w biurowcupołożonym w pobliżu hotelu, zachodziły, by coś zjeść i wypić w czasiepołudniowej przerwy. Natomiast w sobotnie wieczory odbywały się w „Salamandrze”niezłe dyskoteki, które omijali zbuntowani młodzi ludzie, albowiem ceny były zbytwysokie na ich zawsze wyschniętą kieszeń. Bawiło się niemal zawsze bardzoprzyzwoite towarzystwo, przynajmniej na pierwszy przysłowiowy rzut oka. Przychodziłytakże często panienki rządne jednonocnych przygód.
Dzisiejszy wieczór,poprzedzający rozpoczęcie nowego tygodnia, zaliczał się do dnia pustek. Lokalbył niemal wyludniony. Nieliczni, głównie mężczyźni, pili piwo z wysokichpucharków i prowadzili konwersacje na banalne tematy.
Nagle wszystkie głowyodwróciły w kierunku siedziby barmana. Stał tam na podwyższeniu, niewielkichrozmiarów, telewizor. Widoczna na ekranie spikerka, w średnim wieku blondynka,bardzo poważnym głosem informowała widzów: „Morderstwo w Kassel jest piątym wprzeciągu dwóch ostatnich tygodni, dokonanym najprawdopodobniej tą samą ręką.Mamy bardzo mało szczegółów, gdyż dla dobra śledztwa policja udzieliła namskąpych informacji. Według bońskiego komisarza, Gustava Steina, jest onopodobne do poprzednich czterech. Dopuszczono się niezwykle sadystycznychzabójstw na bezbronnych starcach, przypuszczalnie na tle rabunkowym. Policja,pod kierunkiem doświadczonego komisarza prowadzi intensywne śledztwo. Niestety,jak dotąd sprawców nie odnaleziono”.
– I gówno go znajdziecie – powiedział szeptemMarkus Zorn.
Major był średniego wzrostu,krępej budowy ciała, o włosach ciemnoblond, wieku około lat czterdziestu.
Dopił piwo i dał znak rękąbarmanowi.
– Hans, podaj jeszcze jedno.Wiesz jakie – powiedział oficer, uśmiechając się zagadkowo pod nosem.
– Już się robi – odparłbarman.
Dzisiejszej nocy, major MarkusZorn będzie już na pokładzie samolotu o nazwie „Nocny Ptak”, i będzie mógłspełnić największą w swoim życiu misję. Jego myśli wciąż krążyły wokół tegojednego tematu.
– Proszę schłodzone piwo,majorze – powiedział basem barman. – Straszne zbrodnie. Czy aby to nie sprawkaArabów, których wciąż przybywa w naszym kraju. Wydaje mi się, że rząd tracikontrolę nad tą niepotrzebną nam emigracją – próbował nawiązać rozmowę zoficerem.
– Hans, kontrola zapewne sięzmniejszyła. Ale powiedz mi, kto będzie zapieprzał na tych monotonnych taśmachprodukcyjnych. Oni, tylko oni. Większość młodych Niemców woli siedzieć nazasiłkach, lub być szefami, pić piwo i obmacywać krągłe tyłeczki, niż harowaćna produkcji – odważnie wyłuszczył swój pogląd Markus Zorn.
– Całkiem możliwe, kto wie –odparł niepewnie Hans. – Ludzie mówią, że mordowani są tylko bogaci starcy –dodał, aby nie ciągnąć myśli wyrażonej przez Zorna.
– Wszyscy tacy byli? – zapytałmajor.
Barman wzruszył ramionami. –Wynika z komunikatów, że tak.
Zorn wlał w siebie duży łykzłocistego napoju, otarł usta jednorazową serwetką i skomentował: - Wdzisiejszych czasach nie powinny się zdarzać takie bestialstwa. Policja działazbyt opieszale. To z pewnością robi człowiek wykolejony, chory psychicznie.Nikt normalny, nawet złodziej szukający łatwego chleba nie zdobyłby się na cośtakiego. – Wypowiadał słowa ospale, zamyślony. Zorn był jednym z nielicznych naterenie Niemiec, którzy mogliby dużo powiedzieć na temat serii tajemniczychzabójstw, jak i prawdziwych tego powodów.
– Nie jestem stary ani bogaty.Skromne oszczędności trzymam, jak inni w banku, ale słysząc takie rzeczy,człowiek drży ze strachu.
– Rozumiem, Hans – odparł Zorn.– Mam podobne odczucia. Z tego, co mówisz możesz spać spokojnie.
Skończył piwo i rozejrzał siępo sali. Mała grupa osób wciąż sączyła trunek i prowadziła dyskusje na tematpodanej informacji w telewizji.
– Miejscowi? – spytał barmana.
– Tak, będą siedzieć przyjednym kuflu aż do zamknięcia – powiedział wyraźnie smutny Hans. – To małodochodowi klienci. Ale na szczęście tak jest jeden dzień w tygodniu – dodałpocieszająco.
– Masz na myśli moczymordy –odparł bezczelnie major.
– Skądże, takich bywa u mniemało. Myślę o facetach twojego pokroju, którzy przychodzą często i wydają pokilkadziesiąt marek. A przy tym bawią się znakomicie.
– Nooo, bez wazeliny Hans. Ilepłacę?
– Dziesięć.
Zorn siegnął do portfela i położyłna kontuarze banknot dziesięciomarkowy.
– Danke. Jesteś Markus zawszemile widzianym gościem w „Salamandrze” – zaprosił Hans, uśmiechając sięszczerze.
– Wpadnę za kilka dni, posłużbie.
Major Zorn skierował się wolnym krokiem w kierunkuszerokich, oszklonych drzwi. Nie chciał rozczarować zatroskanego właściciela i przemilczał, żenajpewniej nigdy już się nie ujrzą. Do restauracji wchodziła młoda, bardzozgrabna kobieta. Ciekawe, jakimi kochankami są Rosjanki – pomyślał, oglądającsię bez skrupułów za wysoką szatynką.
****
Pułkownik pilot Ernst Grosser dostąpiłwielkiego zaszczytu. Został wybrany z grona najlepszych lotników SiłPowietrznych Niemiec na dowódcę „Nocnego Ptaka”.
Stał przy kominku w ogromnym, bogatourządzonym salonie. Był odwrócony tyłem do siedzącej w wygodnym fotelu żony.Miała przekrwione, opuchnięte od płaczu oczy.
– Ernst, nie kłopocz się, będę cały czasprzy Trudzie. Aż do twojego powrotu – powiedziała troskliwie Eva Grosser. Niepłakała, odruchowo wytarła nos wilgotną od łez chusteczką.
Truda, ich córka, jedynaczka, od dwóchmiesięcy chorowała na raka krwi i lekarze dawali jej nikłą szansę wyleczenia.Grosser kochał dorosłą już dziewczynę do granic ojcowskiego szaleństwa. W tychtrudnych dla rodziny chwilach życia, nie potrafił zrezygnować z funkcji, jakąotrzymał z rąk samego kanclerza Niemiec. Żona nie robiła z tego powoduwyrzutów, wiedząc dobrze, jak długo i ciężko pracował na taką pozycję w armii.Ale czuli oboje, że między nimi panuje ukrywany konflikt. Gdyby nie „NocnyPtak”, Grosser wziąłby dłuższy urlop i poświęcił cały czas córce.
– Evo, to nie jest dla mnie łatwe – zacząłcicho. – Otrzymałem poważną funkcję i nie chcę tej jedynej w życiu szansystracić. Patrzę w naszą przyszłość, Truda z tego wyjdzie. Wierzę w to. Niepotrafię tobie tego dokładnie wyjaśnić. – Był rozżalony, spięty. Sytuacjarodzinna komplikowała jego karierę zawodową, prowadził do granic wytrzymałościwewnętrzna walkę. Gdyby nie tajemnica wojskowa, znacznie łatwiej mógłbywytłumaczyć żonie powody swojej decyzji, która mocno nadwątlała jego morale.Zawsze był daleki od przedkładania spraw służbowych nad rodzinne. Doszło jednakdo sytuacji wyjątkowej. Grosser ostatkiem sił zmuszał się do zachowaniaspokoju.
– Trudno mi powiedzieć, jak długo mnie niebędzie, ale wierzę, że nasza córka potrafi mi to wybaczyć – powiedział z nutąrozpaczy w głosie.
– Zapewniam Ernst, że dopełnię wszelkichstarań, aby nasze dziecko miało pełną opiekę. Wszystko w rękach specjalistów.Będę przy niej i postaram się wyjaśnić twoją nieobecność. Jest dorosła,zrozumie to. Dostałeś poważne zadanie i tylko na tym powinieneś skupić swojemyśli. Wiem, że nie jest to łatwe, ale trzeba Ernst.
Zgadzał się z opinią żony, lecz miał wyraźnewyrzuty sumienia.
– Nie jestem pewny, czy podejmuję właściwądecyzję, w tym trudnym dla nas trojga okresie.
– Kochanie, wszystko zakończy się dobrze.Trzeba mieć nadzieję - powiedziała spokojnie, owijając pasek sukienki wokółdłoni. Z wysiłkiem panowała nad zdenerwowaniem.
– Rozumiem, Evo, lecz obawiam sięnajgorszego i czuję, że myślisz inaczej aniżeli mówisz – odparł, obracając siębezpośrednio w stronę żony.
– Mylisz się, Ernst – powiedziała stanowczo.– Wiem, jak jest tobie w tej chwili ciężko, ile stresu kosztuje ta decyzja.Cenię ciebie również za to – dodała, wymuszając na twarzy opanowanie.
Grosser ścisnął szczęki aż do bólu.
– Tak – wydobył z siebie, nie bardzo wiedzącco powiedzieć.
Eva Grosser wstała. Próbowała mężowi pomóc.
– Trzymaj się Ernst. Kiedy znajdziesz się napokładzie samolotu, myśl wyłącznie o dowodzeniu, o odpowiedzialności na tobieciążącej. Nie potrzeba nam jeszcze jednego nieszczęścia. Poradzę sobie. Zsamego rana jadę do Bonn. – Objęła męża na wysokości pasa. – Wrócisz, bądźmyprzekonani, że reszta ułoży się po naszej myśli – skończyła, by nie zacząćpłakać. Oboje zdawali sobie sprawę, że jedynie cud mógłby uratować ich córkę.
Chwycił ją za dłonie i odsunął od siebie.Potrząsnął bez przekonania potakująco głową. Skierował się w kierunku drzwi.
– Czy, czy spakowałeś potrzebne rzeczy? –spytała już teraz nerwowo, z oczu popłynęły obficie łzy.
– Wczoraj przewiozłem cały ekwipunek dobazy, mam wszystko.
Zatrzymał się w połowie drogi, odwrócił sięi podszedł do żony. Patrzyli na siebie milcząco. Nagle skinął głową, ucałowałją w czoło. Założył czapkę i wyszedł na oświetlone podwórze.
Ernst Grosser wsiadł do swojego wiśniowegoAudi, i cisnąc ze złością pedał gazu, odjechał z piskiem opon w kierunkuautostrady.
****
Zapadła noc. Zapowiadała się ładna pogoda, oczym świadczyło rozgwieżdżone niebo. Trwała jeszcze typowa wiosna, lecz wpowietrzu czuć było miłe ciepło płynące wraz z lekkim południowym wiatrem.
Pułkownik Victor Ortlich jechał ze średniaprędkością swoim granatowym BMW i wypatrywał na poboczu mężczyzny. Zauważył go.
Potężnejpostury, ubrany w sportowy strój, stał z brezentowym workiem w ręku.Zauważywszy światła reflektorów samochodu, lekko pochylił się wśród niewysokichjodeł. Dla osób postronnych był praktycznie niewidoczny.
Ortlich zwolnił i płynnie wyhamował przyrowie biegnącym wzdłuż drogi. Wysoki rudzielec spojrzał w obie strony jezdni i,mimo swojego wzrostu, zwinnie wsunął się na tylne siedzenie samochodu. Wprawnymruchem wciągnął za sobą bagaż.
Ruszyli.
– Długo czekasz, Johan? – spytał pułkownik,opuszczając powitalną formułkę.
Pasażer usadowił się wygodnie i odpowiedziałprecyzyjnie: - Niecałe dziesięć minut. Ruch jest niewielki, natychmiastrozpoznałem twój wóz.
Nabrał prędkości. Ortlich wprawnie prowadziłsamochód.
– Jak sprawy? – zaczął pułkownik. – W nocyodlot, jadę zaraz do bazy, nie mam za wiele czasu na pogaduszki.
Johan pochylił się i położył swoje ogromneręce na oparciu obok kierowcy.
– Nie słuchałeś wiadomości?
– Nie, miałem dużo zajęć przed odlotem.
– Wczoraj w nocy załatwiłem ostatniego, tegoz Kassel. Możesz działać bez obaw. Nim się zorientują, będziesz daleko. –Podciągnął ręce bliżej zagłówka. – A właściwie u siebie – dodał.
Ortlich wziął płynnie zakręt. Przypaliłdługiego Marlboro.
– Świetnie, Johan. Twoje zadanie skończone,nic tu po tobie. Powinieneś natychmiast wracać do kraju. – Wciągnął głębokodym. – Czy miała sens likwidacja ich w podobny sposób? – zapytał spokojnie.Zerknął we wsteczne lusterko, nie zauważył żadnych świateł innego pojazdu. Niktich nie śledził.
– Takie były rozkazy centrali. Moim zdanieto ich zmyli. Pomyślą, że szaleje jakiś maniak. Zanim się połapią, w czymrzecz, będzie za późno, by cokolwiek zmienić w naszych planach. To psychologia,Victor. Znaliśmy tylko pięciu, którzy wiedzieli o twoim ojcu. Tym sposobemostrzegliśmy innych. Sprawa jest tak głośna w całych Niemczech, że zamknie ustatych, o których mogliśmy nie wiedzieć. Będą cholernie przestraszeni – zakończyłz nutą triumfu.
Pułkownik dogasił wypalonego do połowypapierosa. Pstryknął głucho palcami.
– Pięciu zamordowanych w ciągu dwóch tygodniidentyczną metodą może sprawić nam kłopoty, a tego przecież nie chcemy.Wylatuję dzisiaj, ale zadanie sfinalizujemy za kilka dni – powiedział Ortlich.
Zatrzymał samochód na ruchliwymskrzyżowaniu. Dojeżdżali do Regensburga.
– Nie wywołuj wilka z lasu. Nad tym myśleliważniejsi ludzie od nas – odparł spokojnie Johan. Szukał czegoś energicznie wtorbie, sięgając głęboko rękami. – Oto ten sprzęt. – Położył wąskie, podłużnepudełko na przednim siedzeniu. – Radzę obchodzić się z tą zabawką ostrożnie. Ato niezbędny dodatek. – Umieścił obok znacznie mniejsze opakowanie w kształciesześcianu. – Twój współpracownik nazywa się Markus Zorn. Wie, że ma wykonywaćwszystkie twoje polecenia.
Ortlich uśmiechnął się. Zapalił kolejnegopapierosa, ale nie był zdenerwowany.
– Major Markus Zorn, główny mechanikpokładowy – uzupełnił pułkownik. – Kto by pomyślał… Dobry aktor – dodałkrzywiąc usta w uśmiechu. Odłożył papierosa do popielniczki i nie zwalniając,chwycił dwa skrywające w sobie śmierć pudełka. Umieścił je pod siedzeniemkierowcy. – Użyję tego w ostateczności. Najpierw spróbuję mniej drastycznychmetod. Może wystarczy perswazja, Johan, odpowiednia perswazja – powtórzył.
Pasażer zasznurował worek. Nie od razuzareagował na wywody Ortlicha.
– Z cała pewnością, ale nie w takiejsytuacji, Victor. Nie wierzę, to zbyt poważna sprawa. Nie przekonasz go wnaiwny sposób. Nie pouczam, znalezienie skutecznego środka należy do ciebie. Jaswoje zrobiłem – stwierdził rudzielec. – Jutro o tej porze będę daleko stąd.Opuszczę ten kraj z zadowoleniem. Zbyt dużo przeżyć w ciągu krótkiego czasu,ale będzie się czym pochwalić w centrali. Mam nadzieję, że dadzą odpocząć –zakończył.
Pułkownik zwolnił. Zbliżali się do miejsca,gdzie pasażer miał opuścić pojazd.
– Nie czujesz się dziwnie, kiedy to robisz?– spytał Ortlich. I natychmiast pomyślał, iż wypowiedziane słowa zabrzmiały conajmniej głupio. Zawodowcom w tej branży nie należy stawiać takich pytań.
Johan zrobił nerwowy ruch. Splunął napodłogę. Chwycił worek i położył na kolanach. Był przygotowany do wyjścia.
– Takie są zadania. Robię to już tak długo,że… Nie ma sensu o tym mówić – skwitował krótko.
– Vergessen – odparł Ortlich, zdając sobiedoskonale sprawę, że popełnił wielkie foux pas.
W świetle reflektorów widać było zakręt wboczną drogę. Wkoło panowała ciemność. W tej głuszy leśnej znajdowali się sami.Johan uchylił tylne drzwi.
– Odjeżdżaj. Guten Erflog! – powiedziałwyraźnie. I nie czekając na odpowiedź Ortlicha, zwinnym ruchem wyskoczył zpojazdu, aby za chwilę zniknąć w gęstwinie zarośli i drzew.
Pułkownik Ortlich zablokował tylne drzwi,przypalił papierosa i ruszył głównym pasem jezdni. Za dwadzieścia minut, jadącz szybkością stu kilometrów na godzinę, dotrze do ukrytej bazy w LasachBawarskich.
Podziwiał Johana. Ten sprytny agent „Specnazu”,sowieckiej forpoczty wywiadu wojskowego zwanego w skrócie GRU, robił mocnewrażenie. Wykonał pięć wyroków i bezpiecznie wraca do moskiewskiej centrali.Policja niemiecka pomimo silnych starań, wciąż błądzi i nie może trafić nażaden ślad. Czysta robota – pomyślał.
Ortlich włączył kierunkowskaz i łagodnieskręcił w odcinek dojazdowy do lotniska. Mknął z zaplanowaną prędkością. Poprzejechaniu czterech kilometrów, po okazaniu przepustki minął posteruneksilnie strzeżonej strefy. Konsekwentnie zbliżał się do ostatniego aktu, któregoscenariusza sam jeszcze dokładnie nie znał. Znał jedynie cel. Przez momentodczuł powiew niepokoju, ledwo wyczuwalnego, lecz spoglądając na mijane budkiwartownicze natychmiast powrócił weń spokój i opanowanie.
Komentarze
Prześlij komentarz