Powieść

 


Kassel – Hesja

   Ulica miała standardową szerokość. Po obujej stronach stały bliźniaczo wyglądające jednorodzinne domki, zrobione zsolidnej, dobrze wypalonej cegły. Należy sądzić, że tynk by im najpewniejzaszkodził, a już na pewno oszpecił. Wzdłuż biegły czarnego koloru ogrodzenia,wykonane z prostych oksydowanych prętów. Późna wiosna pozwoliła przybraćroślinom w przydomowych ogrodach pełną gamę zielonych odcieni, co było niemalwyłączną miarą pozwalającą odróżnić poszczególne posesje. Widocznie tylko w tymprzypadku nieświadomie pozwolono na dowolność. Jeden z tych nieskazitelnieutrzymanych ceglastoczerwonych domków oblepiony był masą gapiów. Nie brakowało dziennikarzyi reporterów ze znanych mediów krajowych. Ze zniecierpliwieniem oczekiwali namoment, kiedy nadejdzie chwila umożliwiająca zadanie pytań osobie przybyłejczarnym mercedesem z pobliskiego lotniska. Ci zawodowcy, znający doskonalewarsztat dziennikarski, nie liczyli na rewelacje mogące paść z ust przedstawicielilokalnej policji.

   W sypialni było czterech mężczyzn. I jedentrup.

   Na zalanej krwią pościeli, w nienaturalnejpozie leżał starzec. Był odziany w piżamę, która przybrała barwę matowejczerwieni.

Wokół dużego, misterniezdobionego stylowego łóżka uwijali się lekarz i fotograf. Obaj byli skupieni.Znali swój zawód, byli zahartowanymi profesjonalistami, przywykłymi do tegorodzaju widoków. Ale mimo tego, mężczyzna zatopiony w kałuży krwi przyprawiał omdłości.

     – Nawet w horrorach widuje się rzadkotakie obrazki – powiedział Gustav Stein, do stojącego obok młodego policjanta zdzielnicowej komendy w Kassel. Młodzieniec nie przywykł, z racji krótkiegostażu pracy, do takich makabrycznych widoków. Przełknął ślinę i wycedził: – Tostraszne…

Stein, ubrany w czarnygarnitur nadający mu dużej powagi, splótł kurtuazyjnie dłonie. – Nie wiem, czyorientujesz się młody człowieku, ale to już piąte zabójstwo w okresie ostatnichdwóch tygodni, wykonane w identyczny sposób. Dlatego tu jestem – wyjaśniłspokojnie.

Polizeikommissar Gustav Stein,z Wydziału Zabójstw, został szefem grupy operacyjnej, którą powołał CentralnyOśrodek Policji w Bonn. Decyzję taką podjęto na najwyższym szczeblu, kiedyodnaleziono trzecią ofiarę zamordowaną w podobnie bestialski sposób.Przypuszczano, że dokonała tego ta sama osoba lub osoby. Nikt nie potrafiłudzielić odpowiedzi na pytanie, ile jeszcze ofiar pochłonie ta czarna seria.Ale odkrycie dzisiejszego ciała kazało przypuszczać, iż anonimowy sadysta niezamierza zaprzestać tej okrutnej rzezi.

   Biały jak kreda feldfebel popatrzył nazalane krwią ciało starca.

Poderżnięto mu gardło głębokimcięciem. Oddzieleniu głowy od torsu przeszkodziły jedynie kręgi szyjne. – ToGeorg Hagel – powiedział, przenosząc spojrzenie na wysokiego rangą policjanta,który przybył do Kassel śmigłowcem w niecałe półtorej godziny po odkryciuzwłok.

   Gustav Stein był wysokim, dobrze zbudowanymmężczyzną, o bladej cerze a jego obojętne w swym wyrazie oczy świadczyły, żebył przyzwyczajony do patrzenia na skutki brutalnych zbrodni. A jednak widoknieżyjącego staruszka przerastał nawet jego wyobraźnię.

     – Kto go odnalazł? – spytał spokojniekomisarz. Opuścił lekko głowę i pogładził ręką swoje gęste, prawie białe włosy.Stojący obok policjant, ubrany w nowiutki mundur, przybrał sztywną postawę. –Karl Holb, z sąsiedniej posesji. Byli podobno przyjaciółmi i każdego dnia wgodzinach przedpołudniowych odwiedzali się na przemian. Zdziwiony nieobecnościąsąsiada, Holb postanowił sprawdzić, co było tego przyczyną. Twierdzi, iżzadzwonił do nas zaraz po odkryciu ciała – wyjaśnił jednym tchem, ale dośćprecyzyjnie młody policjant.

   Skrzypnęły drzwi. Jakby na zawołanie, dopokoju wprowadzono przybitego wydarzeniem Karla Holba. Komisarz popatrzyłobojętnym wzrokiem.

     – Jak pan to odkrył? – padło krótkiepytanie.

Starszy, zgarbiony człowiekstał przy drzwiach, a jego żylaste ręce drżały równomiernie. Patrzył w dół nabłyszczącą brązową podłogę. Nie straciła swego połysku, mimo, że przeszło poniej tego dnia bardzo dużo osób.

     – Georg powinien mnie dzisiaj odwiedzić…Taka była umowa… Raz on, raz ja… – Holb, ogromnie przygnębiony, bronił sięprzed spojrzeniem na stojące kilka metrów od niego łóżko. – Każdego rankakręcił się po swoim ogródku – kontynuował starzec. – Po raz pierwszy od wielulat zauważyłem odstępstwo od tego rytuału. Zaniepokojony, postanowiłemsprawdzić ten dziwny spokój. Pan rozumie, w naszym wieku… Wszedłem, drzwi byłyniedomknięte… W mieszkaniu panowała zupełna cisza. We wszystkichpomieszczeniach był straszny bałagan. Od razu mnie to zaniepokoiło. Georg mimoswego wieku, utrzymywał zawsze idealny porządek. Był kiedyś żołnierzem,oficerem… Holb zwilżył językiem suche usta i zakończył tę krótką, chaotycznąopowieść: – Przeszedłem przez korytarz w kierunku sypialni, nacisnąłem klamkę.Drzwi ustąpiły, wszedłem do środka i zauważyłem go… Jezus, to jest straszne… –złapał się oburącz za głowę.

   Komisarz widząc ogromne cierpienie tegoczłowieka, postanowił pozwolić mu odejść. – Dziękuję, Herr Holb, proszę iść dodomu i wziąć jakieś uspakajające lekarstwo. Później spiszemy protokół zprzesłuchania.

   Jeszcze bardziej przygnębiony sąsiad ofiary,opuścił pokój w towarzystwie jednego z policjantów.

   Stein odwrócił się do feldfebla. Kciukiem ipalcem wskazującym chwycił swą gładko wygoloną brodę. – Bałagan świadczy ozabójstwie na tle rabunkowym – powiedział bez przekonania. – Zupełnie podobnie,gdy odnaleziono tamtych czterech. I za każdym razem byli to ludzie bardzowiekowi.

   Lekarz, Jurgen Hepcke, cofnął się od zwłok,wprawnie zdjął gumowe rękawiczki. Zakończył rutynowe oględziny. – Podobnie, jakpoprzednich. Przypuszczam, że zamordowano go z zaskoczenia, raczej we śnie. Nicnie wskazuje, aby wcześniej się bronił. Oczywiście muszę przeprowadzić inne,bardziej szczegółowe badania. Zawiadomię pana, komisarzu, jutro w południe.Jednak nie należy spodziewać się rewelacji, wszystko jest aż nadto czytelne.

   Hepcke, szczupły, średniego wzrosturudzielec, mieszkał w Bonn od dwudziestu lat, był lekarzem wydziałukryminalnego. Oddelegowano go do zespołu kierowanego przez Gustava Steina, wzwiązku z serią tych tajemniczych zabójstw.

Komisarz kiwnął głową zezrozumieniem, wyjął z kieszeni marynarki chusteczkę i wytarł nos. Od wielu latmęczył go katar na tle wirusowym, którego nie udało się dotąd zwalczyć żadnemuspecjaliście, jakich odwiedzał w najlepszych klinikach.

     – Doktorze, od jak dawna nie żyje? –zapytał Stein.

     – Maksimum kilka godzin. Nie doszłojeszcze do całkowitego zesztywnienia – odparł Hepcke, pakując swoje przybory dopodłużnej torby, jakie widuje się u większości lekarzy na całym świecie.

   Komisarz schował do bocznej kieszeni spodnizmiętą chusteczkę. Zrobił kilka kroków w kierunku łóżka i pochylił się nadzwłokami, przymrużając przy tym lekko powieki. Jego uwagę przykuł mały tatuaż,jaki rysował się na zamazanej krwią skórze lewego przedramienia Hagela.

     – Dziwne – zaczął doktor Hepcke. –Zamordowano ich w taki sam sposób. Siła, jakiej użyto świadczy o wyszkolonejręce do zabijania. O takich mówi się komandosi, i czyta w powieściachsensacyjnych, a do ręki wkłada im się najczęściej wojskowe bagnety.

     – Ma pan rację – przytaknął feldfebel. –Jak w książkach o agentach wykonujących specjalne misje.

Gustav Stein powiódł wzrokiempo obecnych w pokoju.

     – Być może w waszym rozumowaniu jestździebko prawdy, lecz z doświadczenia wiem, że rzadko fantazja autorów tychpoczytnych, często niezłych książek pokrywa się z rzeczywistością.

Jak na komendę, obajwysuwający teorie książkowe skinęli potakująco głowami. Komisarz dał znak rękąi wszyscy przeszli do kuchni. Ostatni wyszedł fotograf, z wielką torbąprzewieszoną przez ramię.

Usiedli przy masywnym stole,pokrytym wzorzystym obrusem.

     – Sierżancie – Stein zwrócił się domłodego policjanta – przeprowadźcie przesłuchanie wszystkich osób mogących cośwnieść do sprawy. Zabezpieczcie zwłoki, spróbujcie odszukać jego rodzinę.Dokładny raport chcę mieć jutro przefaksowany do centrali.

   Policjant robił notatki, co zdziwiłokomisarza. Polecenia nie różniły się niczym od rutynowych, wydawanych wpodobnych sytuacjach. To z pewnością nawyk z niedawno ukończonej szkoły –pomyślał Stein.

     – Proszę przeprowadzić jeszcze jednąrozmowę z Holbem. Byli przyjaciółmi, może dużo wiedzieć o jego życiu,kontaktach, rodzinie – poinstruował komisarz.

   Do kuchni wszedł niski, szczupły policjant.Sprawiał wrażenie onieśmielonego obecnością przedstawicieli ze stolicy.Przepisowo oddał honory, przy tym tak silnie cisnął dłonie do ud, że niemalwtopiły się w materiał spodni.

     – Herr Stein, na zewnątrz zebrała sięspora grupa dziennikarzy, są też przedstawiciele z telewizji – poinformowałdrżącym głosem stremowany policjant.

Komisarz w obawie, by stojącyprzed nim funkcjonariusz nagle nie zemdlał, odparł natychmiast: – Przekaż im,że za kilka minut wyjdę i złożę oświadczenie. Nie będę odpowiadał na żadnepytania z ich strony.

     – Jawohl! – odparł głośno i wyszedł zprzyklejonymi do spodni rękami.

Stein patrzył na staromodnieumeblowaną kuchnię. Pachniało czystością. Wszelkie sprzęty, całe wyposażenielśniły. Zamyślił się. Zdawał sobie sprawę, iż w sytuacji, kiedy cały kraj wie otych makabrycznych morderstwach, nie sposób uniknąć wystąpień przed mediami. Ato za chwilę będzie trzecie w tej sprawie. Po raz kolejny zmuszony jest kłamać,aby uspokoić zbulwersowane społeczeństwo.

     – Co pan zamierza im powiedzieć? – zapytałśmiało energiczny Hepcke. Mógł pozwolić sobie na bezpośredniość, znał Steina oddłuższego czasu. Nie musiał się obawiać ostrej reprymendy od przełożonego.

   Feldfebel odwrócił głowę i spojrzał nakomisarza. Na takich młokosach widok ważnego stopniem funkcjonariusza z Bonnrobił niesamowite wrażenie, a jeszcze bardziej jego wypowiedzi. Stein widziałtę reakcję w jego oczach, ale postanowił tym razem powiedzieć wyłącznie prawdę.

     – A co mam powiedzieć, doktorze? Te samepuste słowa, jakie mówię od ponad tygodnia: proszę uspokoić społeczeństwo, mamypewne poszlaki, badamy je i uruchamiamy wszystkie środki, aby zapobiec dalszympodobnym wypadkom. Tak młodzieńcze – spojrzał na skupionego sierżanta. – Niepowinieneś się dziwić, na tym etapie nie mogę im nic innego zakomunikować.

     – Tak… mamy pewne poszlaki… Tak… - wtrąciłniezdecydowanie doktor Hepcke i uśmiechnął się ironicznie.

Stein wiedział w czym rzecz, więcna moment nerwowo zacisnął usta.

     – Przecież nie mamy obecnie innegowyjścia. Nawet kłamstwami trzeba zapobiec niepotrzebnej panice – odparł zimnokomisarz, ku ogromnemu rozczarowaniu ze strony niedoświadczonego policjanta.Gustav Stein wstał. Pozostali także. Jeszcze raz spojrzał na feldfebla, jakbyszukając usprawiedliwienia dla tej nieco niezręcznej sytuacji a wręcz bezsilności.– Młody człowieku, taki mamy paskudny zawód. Dopóki nie osiągniemy postępu wsprawie, konkretnych efektów, leją nas ze wszystkich stron – zakończył szorstko,idąc w kierunku otwieranych przez sierżanta drzwi.

   Przed domem zaczęła się przepychanka wśródtrzymających wysoko uniesione dłonie z mikrofonami i aparatami fotograficznymi.Włączono silne, telewizyjne reflektory. Nikt nie zważał na zadbane trawniki.

 

Regensburg – Bawaria

   Thomas Stolz, odświeżony kąpielą, wyszedł zzaparowanej łazienki i usiadł zupełnie nagi na brzegu szerokiej kanapy. Patrzyłz zainteresowaniem na piękne ciało swojej kochanki, Edith Koch.

     – Przykro mi Edith, lecz nadszedł czasrozstania – powiedział ściszonym głosem.

Edith dobiegała trzydziestki,była rozwódką. Ich znajomość trwała blisko pół roku. Od momentu, kiedy Stolzzostał przeniesiony z Ramstein, gdzie latał na dużych transportowcach produkcjiamerykańskiej, do nowo wybudowanej tajnej bazy lotniczej do zadań specjalnych wpobliżu Regensburga. To przebazowanie było dla niego wielkim wyróżnieniem,bowiem otrzymał przydział do załogi „Nocnego Ptaka”, o istnieniu któregowiedzieli jedynie wtajemniczeni. Z racji doświadczenia otrzymał funkcjętrzeciego pilota.

   Kokieteryjnie przesunęła swe ciało iprzejechała dłońmi po spoconych plecach kochanka. Były szerokie. Uwielbiała jepieścić.

     – Thomas, będę tęskniła – wyszeptała.

Odwrócił się w jej stronę ipocałował delikatnie w zagłębienie między nosem a wypukłością policzka.

     – Oj Edith, nie zdążysz dobrze ostygnąć podzisiejszych naszych harcach a będę z powrotem przy tobie. Nie masz powodu dosmutku. Ta krótka rozłąka jedynie może nam pomóc – pocieszał.

     – Łatwo powiedzieć. Z trudem przychodzi mizrozumienie tej rozłąki. Thomas, będę czekała, na pewno – zakończyła stanowczo,lecz naiwnie, masując jego mięsisty kark.

   Stolz nie zareagował na jej słowa. Pomimozmęczenia, kochankowie zwarli się ponownie w uścisku i całowali namiętnie.

   Poświęcili dla siebie cały dzień. I całydzień spędzili w łóżku, robiąc jedynie krótkie przerwy, by zaspokoić głód,pragnienie i potrzeby fizjologiczne. Thomas cenił towarzystwo Edith, w każdejdosłownie sytuacji, i w łóżku, i poza nim. Umiała się kochać. Była także kobietąinteligentną, o bardzo niezwykłej osobowości. Pomimo tych niewątpliwych zalet,Stolz celowo unikał powiedzenia czegoś, co mogłaby niepotrzebnie odebrać jakozobowiązanie na przyszłość. Był już raz żonaty. Nie spieszył się ponownie dozawarcia formalnego związku. Małżeństwo zakończyło się niezmiernie szybko, zpowodu alkoholowych upodobań wybranki. Tak naprawdę, to raczej ona wybrałajego. Próbował ją wyrwać ze szponów nałogu, ale nadaremnie – było za późno, zeszłabez większej walki na samo dno. Po rozstaniu, przeżył kilka fascynującychromansów, lecz zakończonych podobnie nagle, gdyż praca, jaką wykonywał zmuszałado długich okresów przebywania poza domem. Przed przeniesieniem do Regensburga,latał w specjalnej bazie samolotów przeznaczonych do zadań specjalnych, zlecanychprzez najwyższe dowództwo. Loty te i związane z tym zadania trwały zazwyczajkilka tygodni, i żadna z poznanych kobiet nie wytrzymywała rozłąki. Poznawałyinnych partnerów, autentycznych domatorów. Obecnie dostał przydział na maszynę,która miała zadziwić świat, która przeznaczona jest do lotów wielotygodniowych.To było główną przyczyną, że choć miał chęć związania się z Edith na stale,wolał jeszcze poczekać, dać jej i sobie ostateczny okres próby.

     – Przecież mógłbyś powiedzieć, kiedynastąpi powrót z tych ćwiczeń? – spytała delikatnie, unosząc wysoko dłonie, byzlustrować stan swoich zadbanych paznokci, których nigdy nie pokrywałalakierem.

   Stolzkiwnął przecząco głową. W tych pytaniach nie wyczuwał nic niezwykłego.Wszystkie żony, czy kochanki lotników zadawały podobne. Tylko, że akurat on byłw tym niezręcznym położeniu, iż z racji nadzwyczajnej misji nie mógł udzielićzgodnej z prawdą odpowiedzi.

     – Wybacz, kochanie, ja sam nie znam datyzakończenia ćwiczeń. A nawet gdybym znał, muszę kierować się tajemnicąsłużbową. I wiem, że to rozumiesz.

   Na twarzy Edith pojawił się wyraźny smutek.Rzuciła się całą swą nagością na duże puchowe poduszki.

     – Nie zrozum mnie źle, Thomas. Ale wkurzamnie czasami, że kocham się z mężczyzną, którego właściwie nie znam. Imię,nazwisko, stopień… To wszystko co wiem. Czy nie uważasz, że to odrobinę zamało? – zakończyła z wyrzutem.

   Thomas zaśmiał się głośno. Doskonalewiedział, że Edith mówi nieprawdę. I ona też wiedziała, że on ma tegoświadomość.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie