Fakty i opinie

Dla mnie pozostanie
KONCEPTUALNĄ ZAGADKĄ


     Nie tylko w internecie powraca dyskusja na temat ks. Michała Czajkowskiego i jego niechlubnej roli, jaką odegrał będąc współpracownikiem komunistycznej SB. Esbek Pietruszka pogrąża profesora, TW „Jankowski” (pseudonim ks. Czajkowskiego) zaś odpiera zarzuty i ucieka od wielu oskarżeń, głównie w kontekście donosów na ks. Popiełuszkę.
Czemu poruszam ten temat na stronie bloga? Zaskoczę zapewne wielu czytelników, ale dysponuję w swoich zbiorach listem ks. Czajkowskiego, który wg mojej wiedzy nigdy nie został opublikowany a adresowany był do redaktora naczelnego miesięcznika „Więź” Zbigniewa Nosowskiego. List pochodzi z kwietnia 2007 roku, a więc okresu, kiedy szeroko komentowano wagę i rozmiar współpracy księdza profesora oraz roli, jaką mógł odegrać w naszej historii najnowszej. Wciąż dla zainteresowanych różnie komentowana jest ta współpraca, w rzeczy samej w wielu swych fragmentach pozostająca zagadką co do rozmiaru szkód jakie mogła wywołać. Widać wątpliwości pozostają spore, skoro zespoły redakcyjne „Więzi” i „Tygodnika Powszechnego” w grudniu ubiegłego roku postanowiły skorzystać z wiedzy ks. Czajkowskiego jako biblisty i publikować jego artykuły abstrahujące w swej treści od wydarzeń bieżących. Niewątpliwie oznacza to, że jeszcze długo zatarta będzie granica między dobrem a złem, które ten dwulicowy człowiek w swym bogatym intelektualnie życiu raczył popełnić.
     Późną wiosną 2007 roku odwiedził mnie brat ks. prof. Michała Czajkowskiego, który notabene był autorem wielu ciekawych publikacji na łamach prowadzonego przeze mnie pisma, i przekazał czterostronicowy list z prośbą o wydrukowanie. Po jego przeczytaniu wyraziłem zgodę na publikację. Mieliśmy przed składem kolejnego wydania omówić szczegóły i formę, ale niestety – nie pamiętam powodów – nigdy do tego nie doszło. List do dzisiaj leżał głęboko w szufladzie mego biurka. Z uwagi na dalszą, kolejną już polemikę na temat ks. Czajkowskiego na łamach mediów pozwalam sobie ów list upublicznić, albowiem jest cząstką historiografii, która w tej sprawie nie powinna być pominięta. Aby mnie dobrze zrozumieć: list publikuję nie w celu obrony, czy też potępienia jego autora, lecz wyłącznie dla historycznej deskrypcji.


„Zbigniew Nosowski Redaktor naczelny „Więzi”

     Drogi Zbyszku!

     Kiedy pod koniec marca pokazałeś mi w Warszawie materiały z mojej teczki (teczek?), byłem wstrząśnięty – chyba obaj byliśmy wstrząśnięci – bezczelnością pułkownik SB Pietruszki. To były i są ciężkie dla mnie dni wilekopostne, Wielki Tydzień, nawet Wielkanoc... Nie tylko z powodu podłości esbeka, ale także z powodu mojej obecnej bezsilności. Nawet życzliwi mi ludzie są przekonani, że donosiłem 24 lata, także na ks. Popiełuszkę i KOR. Często powołują się na „Więź” – „przecież to przyjaciele ks. Michała”. Mam bolesne echa z Niemiec, Włoch, Francji, Brazylii, Kanady, Stanów Zjednoczonych. Zobacz np. http://www.cathnews.comnews/607/62.php – dwukrotnie mi to przysłano z USA: jako „an associate of the late John Pul II” (?) donosiłem na ks. Popiełuszkę, „Solidarność”, dysydentów. Jak można mnie tak krzywdzić? W Polsce stałem się najgłośniejszym przykładem księdza-zdrajcy. Panowie Żaryn czy Dudek z IPN-u oświadczają w filmie, który będzie zapewne nieraz powtarzany, że byłem bardzo użytecznym agentem, ks. Isakowicz-Zaleski oświadcza równie publicznie (TV), że mój casus jest najlepszym dowodem na pełną wiarygodność akt esbeckich. Itp. Itd. Nie chciałbym, żeby poczucie krzywdy przeważyło we mnie nad poczuciem winy. Wprawdzie w drukowanym w „Więzi” Oświadczeniu potraktowałem interpretacje niesprawiedliwie i obraźliwe jako zasłużoną pokutę, ale tu chodzi nie o mnie (uznałem się za przegranego i skończonego, resztę zostawiam Panu Bogu), lecz o tylu ludzi, których uczyłem, którym głosiłem Słowo Boże, których spowiadałem, o tylu ludzi, którzy mi zaufali, o rodzinę i przyjaciół, o ludzi, którzy wyrażają mi wdzięczność, o tych, których zraniłem... Uważam za swój obowiązek wobec nich, żeby się dowiedzieli, że nie było tak źle, że nie donosiłem na przyjaciół z KOR-u, że np. w okresie warszawskim (opozycja, stan wojenny itd.) szczerze stałem po właściwej stronie, co udowodniłem czynami. Ks. Adam Boniecki napisał mi: „Środowisko KOR i „Solidarności” – wielokrotnie to słyszałem – zawsze podkreśla, że przy Twojej wiedzy, przy tym wszystkim, o czym wiedziałeś, gdybyś rzeczywiści donosił, wpadkom nie byłoby końca, a tymczasem nie było ani jednej wpadki, którą by w jakikolwiek sposób, ktokolwiek wiązał z Twoją osobą”. Pamiętasz zresztą świadectwo Karola Modzelewskiego.
     Co do przewrotności i zachłanności Adama Pietruszki nie mam już żadnej wątpliwości. Żeby zgarniać jak najwięcej forsy, kreował mnie na bardzo użytecznego agenta:
1.   powkładał do mojej teczki materiały pochodzące np. od Jerzego Dąbrowskiego,
2.   wyczyścił moje akta z wszelkich dowodów mojej opozycji wobec komunizmu, nie tylko wobec stanu wojennego,
3.   fingował dawane mi zadania i ich realizację przeze mnie, a owocem tej radosnej twórczości są tylko jego własnoręczne notatki,
4.   stworzył dokładną listę przekazywanych mi rzekomo pieniędzy i innych darów, które brał oczywiście dla siebie.
     Ad 1. Jak wiesz, sam mój antysemicki lustrator dr Tadeusz Witkowski skorygował swoje zarzuty, przyznając w telefonie do Ciebie, a potem na łamach „Wprost”, że materiały rzymskie pochodzące od ks. Jerzego Dąbrowskiego włączono do mojej teczki. Jestem przekonany, że to dotyczy także okresu warszawskiego (i częściowo wrocławskiego). Przecież informowaliście w „Więzi” o wyraźnym dementi Prymasa Polski ks. kardynała Glempa i sekretarza Episkopatu Orszulika (ale kto o tym wie albo pamięta?). Materiały z konferencji Episkopatu, ze spotkania biskupów europejskich czy wizyty delegacji episkopatu RFN, z sekretariatu Episkopatu... – przecież ja tam nie miałem i nigdy nie szukałem dostępu! A Jurek Dąbrowski stał się biskupem-zastępcą sekretarza Episkopatu – i miał wielki dostęp... (Przykro mi to pisać o moim rzymskim koledze, najbliższym przyjacielu Ks. Prymasa).
     Ad 2. Moje kazania, konferencje, rekolekcje, wykłady i inne wypowiedzi, wystąpienia w zakładach pracy, na uczelniach, w urzędach miejskich, strajki studenckie (nie tylko ATK), rozprowadzanie po Polsce (wyjazdy ze Słowem Bożym) nielegalnej literatury (i aresztowanie na kilka godzin w Koszalinie), spotkania z ukrywającymi się działaczami „Solidarności”, udział w różnych akcjach protestu, zbieranie podpisów (co mi ktoś przypomniał), zbiórka pieniędzy na uwięzionych robotników, sprawa arcybiskupa Tokarczuka (opowiadałem Wam, jak zapobiegłem prowokacji), działalność w „Solidarności” na ATK (przewodniczący komisji rewizyjnej), odrzucenie przez cenzurę artykułu dla „Tygodnika Powszechnego” (o włoskich księżach robotnikach), wielokrotne interwencje cenzury w moich artykułach (na różnych łamach, także teologicznych), publikacje w prasie podziemnej np. relacji Ewangelii do polityki, o biblijnej koncepcji solidarności, obrona strajku głodowego u św. Marcina na łamach "„Bibel und Kirche"” itp.... Nieładnie wspominać własne zasługi czy przykrości, zresztą drobne, nieważne, ale chodzi mi o pokazanie podstępnych działań Pietruszki, który mnie zresztą często ze złością ostrzegał, że to groźne, że idę stanowczo za daleko... (bo trudno mu było przedstawiać swej władzy księdza-opozycjonistę jako użytecznego agenta, którego trzeba dobrze opłacać). Z tego też powodu usunął z mojej teczki informacje o kilkakrotnym odmówieniu mi paszportu i zabraniu mi książek. Założono mi podsłuch, gospodarzowi domu (kiosk w bloku) kazano informować o wszystkich moich gościach itd. Doktorantka, córka b. działacza partyjnego z Białegostoku, przekazała mi od swojego ojca wiadomość, że ostrzegano aktyw partyjny tego miasta przede mną, gdy przyjeżdżałem tam z rekolekcjami czy konferencjami. Z mego powodu jeden z moich braci stracił stanowisko komendanta straży pożarnej, drugi nie został przyjęty na zawodowego żołnierza. Jak wiesz z kopii w mojej teczce, moja korespondencja była od wielu lat kontrolowana.
     Ad 3. Jak widzieliśmy, Pietruszka sporządzał własnoręcznie notatki ze spotkań ze mną: przekazane mi rzekomo zadania i ich realizacja. To było mu bardzo potrzebne – patrz punkt 4. Nigdy mi żadnych zadań nie przekazywał! – zbyt dobrze znał moje ówczesne poglądy i postawę. Byłoby zresztą głupotą z jego strony wierzyć, że ja pójdę np. do Ks. Prymasa z jakimiś postulatami, czym np. ma się zająć najbliższe posiedzenie Episkopatu (nie mam żadnych notatek z pokazanych mi przez Ciebie materiałów z teczek, a czasu upłynęło już sporo, dlatego piszę tak nieprecyzyjnie, a takich niedorzeczności jest tam więcej). Żadnych zadań nie wykonywałem, nie były mi zresztą przekazywane. A więc pan pułkownik twórczo tworzył, korzystając z wiadomości ogólnie dostępnych albo otrzymanych od tajnych czy nietajnych współpracowników, żeby pokazać moją wartość dla służb – patrz niżej.
     Ad 4. To wszystko (patrz wyżej) było mu potrzebne, aby usprawiedliwić te rozliczne podarki, zwłaszcza alkoholowe, których listę sporządził i które rzekomo mi wręczał. Bzdura! (Mówiłem Ci, że powinien już być alkoholikiem). Gdyby próbował mnie tak obficie i systematycznie obdarowywać, to zaraz wzbudziłby moje podejrzenie, że chce mnie kupić. (Być może przyjąłem np. na imieniny czy habilitację jakieś kwiaty czy kawę, ale nawet takich podarków nie pamiętam). Ale jeszcze bardziej rozśmieszyła mnie i przeraziła – pamiętasz – dokładna lista wypłacanych mi regularnie pieniędzy (pensja?!) i jego motywacja dla przełożonych, że jestem tak cennym współpracownikiem, iż to mi się należy (pod koniec nawet podwyżka!). Szczyt bezczelności. Nieźle się na mnie wzbogacił. Pamiętam Twoje wahania, czy pokazać mi (z teczki personalnej?) te rachunki; a przecież one stanowią klucz do zrozumienia całej postawy i działalności Pietruszki – zob. punkt 1,2,3. I potwierdzają to, co Ci mówiłem i pisałem, jeszcze nie wiedząc o istnieniu tych „rachunków”. Zresztą: czy możemy się dziwić temu horrendalnemu oszustwu u człowieka, który ma na sumieniu śmierć ks. Popiełuszki?
     Zbyszku, jestem całkowicie pewny prawdy tych czterech powyższych punktów, ale co do ostatniego – wobec Ciebie, jako rzecznika mojej winy i niewinności – przysięgam, na godzinę mojej śmierci, że żadnych pieniędzy od Adama Pietruszki nie brałem.
     Moje dawne uwikłanie tłumaczyłem w moim drukowanym w „Więzi” wyznaniu win (grzechów młodości) słabością mojego charakteru. Natomiast gdy chodzi o okres warszawski, to była przede wszystkim naiwność: że miły, kulturalny pan Adam chce sobie po prostu pogawędzić i pospierać się z kimś z wyraźnego przeciwnego obozu (widziałem go zresztą wychodzącego od Ks. Prymasa czy odwiedzającego ATK, co usypiało moją czujność). Oczywiście nie był u mnie 73 razy, jak wynika z jego zapisów! Ja byłem księdzem zbyt zajętym, żebym mógł marnować tyle czasu na jałowe dyskusje z natrętem tego rodzaju. Ale jemu ta liczba była potrzebna. Zresztą rzeczywiście czasem dzwonił (ja nigdy do niego), zapewne z biura, żeby nie nabrano podejrzeń co do zasadności wypłacanych mi rzekomo pieniędzy.
     A kiedy widział zbliżający się koniec swojej kariery, poczynił dwa ważne zabezpieczenia dla siebie: 1. Umieścił w mojej teczce swoją (nie moją) informację, że zwrócił mi pokwitowania (które nie istniały; esbecy oddaliby tak cenny instrument nacisku czy szantażu?! Śmiechu warte!); 2. Umieścił w niej własnoręcznie (przez siebie) napisaną, rzekomo moją rezygnację ze współpracy z wzmianką o „zbrodni kainowej” (zamordowanie ks. Popiełuszki). To jest ładny tekst, wielu ludziom się podobał i nawet Ks. Prymas mnie zań pochwalił, ale ja od początku naszych rozmów – pamiętasz dobrze, Zbyszku – upierałem się, że to nie moje słowa. Ja już od dawna nie współpracowałem z nimi. Widocznie Pietruszka wobec grożącego mu aresztowania tym moim rzekomym oświadczeniem o zakończeniu współpracy chciał zapobiec skontaktowaniu się ze mną kogoś z jego przełożonych czy kolegów, aby nie wyszły na jaw jego oszustwa nie tylko finansowe.
     Wybacz, że powtarzam pewne rzeczy z mego dawnego listu i naszej warszawskiej rozmowy, ale gdy upływa prawie rok od artykułu Witkowskiego w „Życiu Warszawy”, widzę, że utrwala się krzywdzący mit ks. Czajkowskiego jako bardzo chętnego, wysoce niebezpiecznego i nader użytecznego współpracownika (używane są też gorsze określenia) służby bezpieczeństwa aż do roku 1984. Mit, do stworzenia którego –wbrew Waszej najlepszej woli i mimo Waszych szlachetnych intencji – przyczyniliście się Wy, przyjaciele z „Więzi”. I chociaż mógłbym się zwrócić z moimi argumentami do „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” lub telewizji (np. Moniki Olejnik), to tego na pewno nie uczynię, bo to raczej chyba Wasze zadanie, nie mam racji, Zbyszku? Adam Boniecki napisał mi także” „...materiał zamieszczony w „Więzi” rzeczywiście stworzył obraz właśnie taki. (...) Najstraszniejsze jest to, że wszelkie wyjaśnienia zazwyczaj, odruchowo przyjmuje się podejrzliwie, stąd sytuacja ludzi postawionych w sytuacji takiej jak Twoja jest okropna, jakby bez wyjścia, bo cokolwiek powiesz może być obrócone na Twoją niekorzyść. I zwykle jest. Dlatego wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka Niezabitowskiej (...), aby udowodnić – dla niej ewidentne, ale dla innych nie – fałszerstwa esbeków. Wracając do Ciebie, Twoja postawa wyrażona w „Więzi” i tak u wielu ludzi wzbudziła szacunek, jednak masz rację, gdy piszesz, że legenda powstała i jest ona oczywiście oparta na wersji Adama Pietruszki”.
     Wybacz mi ten długi i nużący tekst. Ale zdziwisz się, że bezpośrednim impulsem, aby siąść do komputera, był Twój telefon przekazujący mi zaproszenie Tadeusza Mazowieckiego na jego 80-lecie. Bardzo sobie cenię jego osobę i owo zaproszenie. Ale pomyślałem sobie: jak mogę pojawić się wśród wspaniałych ludzi, którzy są mi życzliwi, ale są przekonani, że zdradzałem przyjaciół z KOR-u, donosiłem – oczywiście nie tylko do Ks. Prymasa – na ks. Popiełuszkę, wynosiłem i przekazywałem wrogom dokumenty konferencji Episkopatu, sekretariatu Episkopatu czy sekretariatu prymasowskiego... Wstydzę się za czyny popełnione i te niepopełnione, a przypisywane mi. Z tego powodu (wstyd) nie przyjąłem zaproszenia mego przyjaciela arcybiskupa Muszyńskiego na jego złote gody kapłaństwa.
     I jeszcze coś, co już nie dotyczy Pietruszki, lecz jego poprzedników, i o czym mógłbym nie wspomnieć, bo tych oskarżeń nikt nie opublikuje (czytałem, że nie wolno nagłaśniać spraw intymnych), ale mając pod tym względem czyste sumienie, powtórzę to, co Ci powiedziałem. 1. Nie było żadnej „afery miłosnej” (tak to nazwali? nie pamiętam) z Krysią K. (przypomnieli mi jej nazwisko). Opowiadałem Wam od razu na naszym pierwszym spotkaniu przed rokiem o moim spotkaniu z tą dziewczyną w pociągu, o naszym jednym spacerze i o ubowskiej próbie doprowadzenia do dalszych spotkań (spreparowany przez nich list jej do mnie i mój do niej). Była młodziutką uczennicą, nastolatką, a ja wstydliwym kleryczkiem – i ta prowokacja nie udała się ubowcom. Nie chciałem żadnych spotkań, bo bardzo chciałem być księdzem. 2. Opowiedziałem Wam, co było w Sławoborzu, gdzie jako młody ksiądz zastępowałem proboszcza. Chodziło o gest, o którym Wam opowiedziałem, którego się wstydzę, a który z trudem stanowiłby materię spowiedzi (grzech lekki?). Natomiast UB chciało ze mnie zrobić zboczeńca – demoralizatora nieletnich. Pokazując mi tamte oświadczenia sam stwierdziłeś, że są pisane językiem ubeckim, wyraźnie podyktowane (jeden szablon). Ja nie przeczytałem ich do końca – po prostu brzydziłem się. I Bogu dziękuję, że nigdy nie miałem żadnych skłonności pedofilskich, że żadnego dziecka nigdy nie skrzywdziłem.
     Niewarte sprostowań są inne, drobne, nieistotne nieścisłości w tych materiałach (rodzaj pracy mego ojca, otrzymanie spadku w Austrii, wyjazd na Mazury – a to była wyprawa kajakowa z KIKem rzeką Gwdą, itp. itd.).
     A że traktuję ten – pisany w klimacie paschalnym – list mój, mimo jego niedoskonałej formy, bardzo poważnie, niemalże jako „testament”, dlatego chcę jeszcze zanegować dwie sprawy, chociaż one jakoś by mnie usprawiedliwiały. 1. Za paszport dziękowałem – jak wiesz – wiceprzewodniczącemu Rady Państwa B. Podedwornemu, koledze szkolnemu mego proboszcza ks. prałata E. Kłoskowskiego – nigdy nie prosiłem o poparcie urzędu bezpieczeństwa. 2. Naprawdę o żadnej karierze nie myślałem – chciałem być duszpasterzem i katechetą do końca życia, kochałem tę pracę, zwłaszcza z dziećmi. A więc inne były powody mego ulegania ubeckiemu diabłu: straszenie mnie z powodu mojego rzekomego udziału w wypadkach poznańskich (mieli mnie na filmie, byłem tam w drodze na prymicje kolegi, ale oczywiście nie walczyłem z milicjantami), a potem próba wrobienia mnie w pedofilię. Wstydzę się, że dałem się temu diabłu zastraszyć i że okazywałem słabość charakteru. A do tego doszła jeszcze nieumiejętność odmawiania ludziom, także dzisiaj, również w dobrych sprawach.

     Pozdrawiam Cię życząc Ci radości wielkanocnych.

Michał
     Wrocław, piątek 13 kwietnia 2007”

Zachowano pisownię oryginału. Wytłuszczenia autora listu.

     Cytowany w całości list jest w swej treści nieco inny, jak wszystkie publicznie składane przez ks. Czajkowskiego oświadczenia. Według mnie nie jest obroną czy usprawiedliwieniem, lecz raczej predykacją człowieka, który na spokojnie dokonał oceny regestru przewin popełnionych i rzekomo mu przypisywanych. Zawiera poza tym ukrytą dozę duchowej uczciwości i obnażenia z intymności, co oczywiście w żadnej mierze nie pomniejsza w swej istocie zła. Ale zarazem daje dowód człowieczeństwa, którym ten intelektualista obdarowywał wszystkich napotkanych na swojej drodze ludzi. Tym bardziej dla mnie osobiście ks. Michał Czajkowski pozostanie konceptualną zagadką, ale i klasycznym dowodem na marność, jaką serwował nam komunizm sprytnie posługując się koszmarnym makiawelizmem kierowanych przez siebie służb. A jednak na przekór wszystkiemu ks. Czajkowski daje przykład tym wszystkim zakłamanym, jaki obraz pokora w wyznaniu grzechu przybrać powinna. Czego w większości noszący w sobie zło i zło czyniący dokonać nie potrafią. Obnażenie i związany z tym ból urodziły lekcję odwagi przyznania się do winy, ale i odważnego otrzepania się z ubeckich plwocin.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prowokacje

Wspomnijmy

Opinie