Zwolennik "Obłędu" J. Krzysztonia
Dokąd nas zaprowadzi
Jest demokracja, każdy ma prawo, więc i wójt Andrzej Zaremba postanowił wziąć udział w plebiscycie „Wójt roku 2007”. Jestem człowiekiem odpornym na różne osobliwości, ale mimo wszystko ta internetowa informacja zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. I to nie za sprawą startu w tej rankingowej gonitwie tego samorządowca z mikrym stażem, żyjącego - w przeciwieństwie do nas - w czasach ostatniej dekady wieku minionego, ale z uwagi na zadziwiającą szczerość tegoż gminnego pryncypała. Z drugiej strony, czy należy się dziwić takiej odwadze miłośnika „Obłędu” Krzysztonia. Raczej nie, dopóki robi cokolwiek na własną odpowiedzialność. Ale z racji pełnionej funkcji publicznej, posiada instrumenty, które w rękach fana „Obłędu” mogą być dla wielu podległych mu bezpośrednio osób, ale i gminy w ogóle – co najmniej niebezpieczne.
Oczywiście mogą, co wcale nie oznacza, że muszą. Tyle, że po sposobie brykania Andrzeja Zaremby po urzędowych schodach oraz gminnych zaułkach i forsowanych przez niego pomysłach, z obłędną determinacją w oczach na dodatek, istnieje duże prawdopodobieństwo, że gmina a wraz z nią mieszkańcy zostaną zaprowadzeni w ślepy zaułek, co w ekonomicznej nomenklaturze nazywane jest bankructwem a przez zwykłych zjadaczy chleba plajtą. Zaułek bez wyjścia. I to będzie wówczas obłęd, że och i ach!
Rządzenie, odpowiedzialność, troska o byt i przyszłość takiej jednostki samorządowej jak gmina, to nie romans i zabawa z literaturą. Ona może wszystko – drwić, śmiać się, poniewierać i deprawować, świntuszyć, poniżać, maltretować i dyskredytować, bo literatura, której nasz bohater jest zwolennikiem zawsze pozostanie fikcją literacką. Odniesienie, czy przełożenie wątków i obsesji opisywanych przez Krzysztonia na grunt naszego życia codziennego, może jedynie spowodować katastrofę, której ja osobiście wolałbym świadkiem nie być. Ale i mieszkańcom gminy także takiego katastroficznego finału naprawdę z całego serca nie życzę.
„Obłęd” Krzysztonia jest dla Andrzeja Zaremby dziełem, może relikwią, ważniejszą od Biblii. A może życiowym drogowskazem, bo sam się do tego przyznaje każdego dnia. Kiedy zestawi się jego cechy charakterologiczne z tym, co opisuje Krzysztoń, to odnoszę wrażenie, że tak niestety jest. Moim zdaniem, w wielotomowym „Obłędzie” leży klucz i odpowiedź, dlaczego wójt zainstalował kamery w pomieszczeniach urzędu. To jest wypadkowa lektury tej książki, obłęd w obłędzie za podatników pieniądze.
O czym pisze Krzysztoń? Zdania krytyków literackich są podzielone, ale w zdecydowanej większości nie zalecają tej lektury ludziom zrównoważonym psychicznie. Rozważania i dywagacje autora – przyznam, że w znacznych fragmentach przedstawione ze znajomością tematu i sztuki narracji – mają się nijak do naszego poczucia wartości, jakie towarzyszą nam w życiu codziennym. To, że Andrzej Zaremba prawdopodobnie żyje w wyimaginowanym świecie, mało kogo obchodzi. Do momentu oczywiście, kiedy bezpośrednio nie dotyka ważnych ludzkich i gminnych spraw. Ale niestety, zaczęło dotykać. I tylko naiwni ludzie, którym gminny decydent duperel załatwi, tych niebezpieczeństw nie dostrzegają. Ludziom, o wzroku „naszej szkapy”, trudno uzmysłowić, że najpierw poczynania wójta uderzą nieracjonalnie w budżet gminy a później bezpośrednio w kieszenie mieszkańców. Bo przecież fanaberie kierownika Zaremby z czegoś trza będzie nadal finansować. Perturbacje ze sprawami wodno-kanalizacyjnymi, opłatami z tym związanymi i całą organizacją tego przedsięwzięcia, będą tego pierwszym przykładem. I nie za pół czy rok czasu, ale dosłownie lada dzień.
Obawiam się, a jest takie niebezpieczeństwo, żeby czasami radni, na wzór wójta, nie zabrali się za lekturę „Obłędu”. Choć ich postawa na sesjach rodzi czasami przypuszczenia, że fragmenty już liznęli. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, kiedy przeglądam protokoły z ich wszystkich sesyjnych spotkań. Parafrazując Krzysztonia, można by powiedzieć, że to nie samorząd lecz trzoda publicznie prowadzona na moralną rzeź.
Wróćmy do Krzysztonia i jego „Obłędu”.
Jest to opowieść o szpitalach dla psychicznie chorych. Bohater tej książki cierpi na schizofrenię, ukazała się już po samobójczej śmierci Jerzego Krzysztonia. Autor pisał to kontrowersyjne dzieło, lecząc się w szpitalu psychiatrycznym. „Sam obłęd jest destrukcją albo niewyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia.” – czytamy we fragmentach.
W jednym z komentarzy o książce czytamy: „Kto odważy się przez niemal tysiąc stron druku śledzić wywody szaleńca? Nie, żeby samemu zaraz wariować. Po prostu szaleńcy wydają z siebie nieskładny bełkot. I ta książka boli, bo jej znaczna część zawiera urojenia, chwilami piękne poetycko, chwilami intrygujące filozoficznie, ale zawsze bez składu, zawsze dla zwykłego człowieka nic nie warte, bo wypowiedziane przez wariata, wysnute z urojonych przesłanek. I czyta się to, jak słucha się monologu szaleńca, najpierw z zaciekawieniem, potem poprzez upartą powtarzalność motywów z coraz większym znużeniem. To snucie idiotycznych teorii. Cóż zrobić? Można chwilowo się wyłączyć, pobieżnie przerzucić kilka stron, tak jak pobieżnie słucha się wariata, nie zawsze rozumiejąc, co ma na myśli, ale zawsze czując na sobie jego wzrok. Cały czas jego obecność wywiera wrażenie, może to błysk oczu, może zapał głoszonych teorii, może iskierka szaleństwa.”
W innej znów ocenie czytamy:
„Krzysztoń opisuje fenomen szaleństwa na przykładzie reportera radiowego - Krzysztofa, który popada w całkowity obłęd i zostaje zamknięty w Tworkach. Manieryczny styl pisarza sprawia, że trudno przez nią przebrnąć. Kiedy bohater, wykonując urojony rozkaz marszałka Piłsudskiego, krąży po Warszawie przekonany np., że kelnerka w knajpie chce go otruć, pijak spotkany w tym lokalu jest diabłem, albo że śledzi go i chce zabić stado szpiegów i skrytobójców nasłanych na niego przez nieokreślone bliżej wrogie siły, jest nawet do przeczytania. Opis pierwszych dni i tygodni pobytu bohatera w szpitalu, pełnych niespodziewanych wrażeń, jak np. spotkanie z senatorami rzymskimi, generałem Sowińskim czy księciem Poniatowskim, czyta się jeszcze w miarę, ale w dalszej części książka staje się nudna i trudna w odbiorze. Momentami styl Krzysztonia jest tak infantylny i pełen manieryzmów, że aż grafomański. Z całą pewnością nie jest to ani wybitne, ani nawet godne szczególnej uwagi dzieło.”
Tyle krótkie fragmenty z recenzji. Na pewno czytelnie sugerujące zainteresowania, cechy charakterologiczne i niewątpliwie zapędy kogoś, kto publicznie pozwala sobie poinformować, że jest fanem tak kontrowersyjnej powieści. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież książki są do czytania, po to powstają, sam jestem ich wielkim miłośnikiem. Ale kiedy skonfrontuje się ją z konkretnymi osobami z otaczającej nas rzeczywistości, fanami tego rodzaju literackich wynaturzeń, to może z cierpnąć skóra. I wciąż będzie powracać pytanie: dokąd nas zaprowadzi człowiek, dla którego idolem jest bohater powieści „Obłęd” Jerzego Krzysztonia?
Wiem i mam pełną świadomość, że każda droga jest słuszna do wyrwania się z gehenny, jaką niewątpliwie jest alkoholizm. Ale wiem również, że skutki uboczne terapii nie powinny przynosić ujemnych następstw na tyle, by przenosiły się na otoczenie, aż już broń Boże waliły na oślep rykoszetem w niewinnych ludzi. Również wyrwanie się z alkoholizmu nie może być orężem do walki, ani usprawiedliwieniem dla wszelkich nieczystych intencji. W przypadku naszego gminnego bohatera mam obawy, że z dobrodziejstwa mu danego nie potrafi, nie umie lub nie chce w uczciwy sposób skorzystać. Mylenie fikcji z rzeczywistością, przynieść może jedynie nieszczęścia. I przed tym nas Panie Boże broń.
Jest demokracja, każdy ma prawo, więc i wójt Andrzej Zaremba postanowił wziąć udział w plebiscycie „Wójt roku 2007”. Jestem człowiekiem odpornym na różne osobliwości, ale mimo wszystko ta internetowa informacja zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. I to nie za sprawą startu w tej rankingowej gonitwie tego samorządowca z mikrym stażem, żyjącego - w przeciwieństwie do nas - w czasach ostatniej dekady wieku minionego, ale z uwagi na zadziwiającą szczerość tegoż gminnego pryncypała. Z drugiej strony, czy należy się dziwić takiej odwadze miłośnika „Obłędu” Krzysztonia. Raczej nie, dopóki robi cokolwiek na własną odpowiedzialność. Ale z racji pełnionej funkcji publicznej, posiada instrumenty, które w rękach fana „Obłędu” mogą być dla wielu podległych mu bezpośrednio osób, ale i gminy w ogóle – co najmniej niebezpieczne.
Oczywiście mogą, co wcale nie oznacza, że muszą. Tyle, że po sposobie brykania Andrzeja Zaremby po urzędowych schodach oraz gminnych zaułkach i forsowanych przez niego pomysłach, z obłędną determinacją w oczach na dodatek, istnieje duże prawdopodobieństwo, że gmina a wraz z nią mieszkańcy zostaną zaprowadzeni w ślepy zaułek, co w ekonomicznej nomenklaturze nazywane jest bankructwem a przez zwykłych zjadaczy chleba plajtą. Zaułek bez wyjścia. I to będzie wówczas obłęd, że och i ach!
Rządzenie, odpowiedzialność, troska o byt i przyszłość takiej jednostki samorządowej jak gmina, to nie romans i zabawa z literaturą. Ona może wszystko – drwić, śmiać się, poniewierać i deprawować, świntuszyć, poniżać, maltretować i dyskredytować, bo literatura, której nasz bohater jest zwolennikiem zawsze pozostanie fikcją literacką. Odniesienie, czy przełożenie wątków i obsesji opisywanych przez Krzysztonia na grunt naszego życia codziennego, może jedynie spowodować katastrofę, której ja osobiście wolałbym świadkiem nie być. Ale i mieszkańcom gminy także takiego katastroficznego finału naprawdę z całego serca nie życzę.
„Obłęd” Krzysztonia jest dla Andrzeja Zaremby dziełem, może relikwią, ważniejszą od Biblii. A może życiowym drogowskazem, bo sam się do tego przyznaje każdego dnia. Kiedy zestawi się jego cechy charakterologiczne z tym, co opisuje Krzysztoń, to odnoszę wrażenie, że tak niestety jest. Moim zdaniem, w wielotomowym „Obłędzie” leży klucz i odpowiedź, dlaczego wójt zainstalował kamery w pomieszczeniach urzędu. To jest wypadkowa lektury tej książki, obłęd w obłędzie za podatników pieniądze.
O czym pisze Krzysztoń? Zdania krytyków literackich są podzielone, ale w zdecydowanej większości nie zalecają tej lektury ludziom zrównoważonym psychicznie. Rozważania i dywagacje autora – przyznam, że w znacznych fragmentach przedstawione ze znajomością tematu i sztuki narracji – mają się nijak do naszego poczucia wartości, jakie towarzyszą nam w życiu codziennym. To, że Andrzej Zaremba prawdopodobnie żyje w wyimaginowanym świecie, mało kogo obchodzi. Do momentu oczywiście, kiedy bezpośrednio nie dotyka ważnych ludzkich i gminnych spraw. Ale niestety, zaczęło dotykać. I tylko naiwni ludzie, którym gminny decydent duperel załatwi, tych niebezpieczeństw nie dostrzegają. Ludziom, o wzroku „naszej szkapy”, trudno uzmysłowić, że najpierw poczynania wójta uderzą nieracjonalnie w budżet gminy a później bezpośrednio w kieszenie mieszkańców. Bo przecież fanaberie kierownika Zaremby z czegoś trza będzie nadal finansować. Perturbacje ze sprawami wodno-kanalizacyjnymi, opłatami z tym związanymi i całą organizacją tego przedsięwzięcia, będą tego pierwszym przykładem. I nie za pół czy rok czasu, ale dosłownie lada dzień.
Obawiam się, a jest takie niebezpieczeństwo, żeby czasami radni, na wzór wójta, nie zabrali się za lekturę „Obłędu”. Choć ich postawa na sesjach rodzi czasami przypuszczenia, że fragmenty już liznęli. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, kiedy przeglądam protokoły z ich wszystkich sesyjnych spotkań. Parafrazując Krzysztonia, można by powiedzieć, że to nie samorząd lecz trzoda publicznie prowadzona na moralną rzeź.
Wróćmy do Krzysztonia i jego „Obłędu”.
Jest to opowieść o szpitalach dla psychicznie chorych. Bohater tej książki cierpi na schizofrenię, ukazała się już po samobójczej śmierci Jerzego Krzysztonia. Autor pisał to kontrowersyjne dzieło, lecząc się w szpitalu psychiatrycznym. „Sam obłęd jest destrukcją albo niewyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia.” – czytamy we fragmentach.
W jednym z komentarzy o książce czytamy: „Kto odważy się przez niemal tysiąc stron druku śledzić wywody szaleńca? Nie, żeby samemu zaraz wariować. Po prostu szaleńcy wydają z siebie nieskładny bełkot. I ta książka boli, bo jej znaczna część zawiera urojenia, chwilami piękne poetycko, chwilami intrygujące filozoficznie, ale zawsze bez składu, zawsze dla zwykłego człowieka nic nie warte, bo wypowiedziane przez wariata, wysnute z urojonych przesłanek. I czyta się to, jak słucha się monologu szaleńca, najpierw z zaciekawieniem, potem poprzez upartą powtarzalność motywów z coraz większym znużeniem. To snucie idiotycznych teorii. Cóż zrobić? Można chwilowo się wyłączyć, pobieżnie przerzucić kilka stron, tak jak pobieżnie słucha się wariata, nie zawsze rozumiejąc, co ma na myśli, ale zawsze czując na sobie jego wzrok. Cały czas jego obecność wywiera wrażenie, może to błysk oczu, może zapał głoszonych teorii, może iskierka szaleństwa.”
W innej znów ocenie czytamy:
„Krzysztoń opisuje fenomen szaleństwa na przykładzie reportera radiowego - Krzysztofa, który popada w całkowity obłęd i zostaje zamknięty w Tworkach. Manieryczny styl pisarza sprawia, że trudno przez nią przebrnąć. Kiedy bohater, wykonując urojony rozkaz marszałka Piłsudskiego, krąży po Warszawie przekonany np., że kelnerka w knajpie chce go otruć, pijak spotkany w tym lokalu jest diabłem, albo że śledzi go i chce zabić stado szpiegów i skrytobójców nasłanych na niego przez nieokreślone bliżej wrogie siły, jest nawet do przeczytania. Opis pierwszych dni i tygodni pobytu bohatera w szpitalu, pełnych niespodziewanych wrażeń, jak np. spotkanie z senatorami rzymskimi, generałem Sowińskim czy księciem Poniatowskim, czyta się jeszcze w miarę, ale w dalszej części książka staje się nudna i trudna w odbiorze. Momentami styl Krzysztonia jest tak infantylny i pełen manieryzmów, że aż grafomański. Z całą pewnością nie jest to ani wybitne, ani nawet godne szczególnej uwagi dzieło.”
Tyle krótkie fragmenty z recenzji. Na pewno czytelnie sugerujące zainteresowania, cechy charakterologiczne i niewątpliwie zapędy kogoś, kto publicznie pozwala sobie poinformować, że jest fanem tak kontrowersyjnej powieści. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież książki są do czytania, po to powstają, sam jestem ich wielkim miłośnikiem. Ale kiedy skonfrontuje się ją z konkretnymi osobami z otaczającej nas rzeczywistości, fanami tego rodzaju literackich wynaturzeń, to może z cierpnąć skóra. I wciąż będzie powracać pytanie: dokąd nas zaprowadzi człowiek, dla którego idolem jest bohater powieści „Obłęd” Jerzego Krzysztonia?
Wiem i mam pełną świadomość, że każda droga jest słuszna do wyrwania się z gehenny, jaką niewątpliwie jest alkoholizm. Ale wiem również, że skutki uboczne terapii nie powinny przynosić ujemnych następstw na tyle, by przenosiły się na otoczenie, aż już broń Boże waliły na oślep rykoszetem w niewinnych ludzi. Również wyrwanie się z alkoholizmu nie może być orężem do walki, ani usprawiedliwieniem dla wszelkich nieczystych intencji. W przypadku naszego gminnego bohatera mam obawy, że z dobrodziejstwa mu danego nie potrafi, nie umie lub nie chce w uczciwy sposób skorzystać. Mylenie fikcji z rzeczywistością, przynieść może jedynie nieszczęścia. I przed tym nas Panie Boże broń.
To szok, to brak słów, to się nie mieści w jakichkolwiek kategortiach myślenia, bo umysł tego nie potrafi objąć w swej wszechstronności.Skrajność nad skrajnościami, że taki przypadek może jeszcze zaistnieć w ucywilizowanym kraju.
OdpowiedzUsuń